17 Lis 2010

Tak się ostatnio wszyscy podniecają paleniem i niepaleniem papierosów, że nie mogę być obojętny wobec tak nośnego tematu. Tym bardziej, że mam coś niecoś do powiedzenia.

Z papierosami miałem do czynienia od wczesnej młodości. Mój ojciec palił jak lokomotywa. A zaczynał tak:

Mój ojciec Witold w polskim obozie wojskowym w Goetingen (Getynga) w Niemczech, w brytyjskiej strefie okupacyjnej. Ojciec jest w mundurze armii brytyjskiej z naszywką POLAND na rękawie, rok 1945.

Obaj dziadkowie takoż hołdowali nikotynowemu nałogowi, podobnie jak bracia mamy, czyli moi wujowie. Wszyscy prędzej czy później rzucali palenie, w przypadku obu dziadków było to już pod koniec życia. Tata przestał palić ponad 20 lat temu po zawale, kiedy lekarze postawili go przed wyborem: życie bez papierosów, albo papierosy bez życia. Do dziś, mimo słusznego wieku, cieszy się dobrym zdrowiem, co zapewne zawdzięcza m.in. nikotynowej wstrzemięźliwości.

Nie mam pojęcia, czy ten idący z góry przykład miał wpływ na moją dość długą karierę  aktywnego palacza. Wydaje mi się, że większy na to wpływ mieli moi koledzy z szacownego I LO im. Adama Mickiewicza w Olsztynie. Opowiadam o tym w moim cotygodniowym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej. W tym blogu felieton ukazuje się już w środę, a więc dwa dni przed publikacją w gazecie, do tego wzbogacony o ilustracje, na które w przydzielonym mi kąciku w Gazecie miejsca nie staje. Oto wspomniany tekst:

Z dymkiem w Montrealu

Moje problemy z paleniem papierosów zaczęły się w drugiej klasie szkoły średniej, czyli I LO im. Adama Mickiewicza w Olsztynie. Główny problem polegał na tym, że nie potrafiłem szybko nauczyć się zaciągać, chociaż profesorów miałem świetnych, jako to: Andrzej (już wtedy chyba z 5 lat stażu palacza), Krzysiek (palił podobno od 10 roku życia) i Jurek. Mimo wielu porażek nie poniechałem jednak nauki i dzięki systematycznym, intensywnym treningom w męskiej toalecie, doszedłem wreszcie do pewnego rodzaju biegłości.

Nowo nabytą umiejętnością szczyciłem się przy wszelkich możliwych okazjach, starannie jednak ukrywałem ją przed rodzicami, a zwłaszcza przed nauczycielami. Z czasem niestety zdobyte z takim trudem doświadczenie palacza zaczęło mi nieoczekiwanie przeszkadzać. Okazało się bowiem, że to już nie szpan, nie zabawa, a konieczność bytowa nieledwie. Bez papierosów po prostu nie dało się żyć. Sęk jednak w tym, że z nimi też nie.

Pierwsze wielkie rzucanie rozpocząłem w roku 1976. Sukces był na wyciągnięcie ręki – nie paliłem chyba z pół roku – gdy przyszła porażka, czyli igrzyska olimpijskie w Montrealu. Tkwiłem nocami przy telewizorze, by oglądać sukcesy polskich bokserów (Jerzy Rybicki) i lekkoatletów (Szewińska, Ślusarski i inni). Dobili mnie jednak siatkarze. Finał z ZSRR zaczynał się chyba o 2 w nocy. Piłem kawę, robiłem pompki, wychodziłem na powietrze – nic nie pomagało, oczy zamykały się same, bałem się, że prześpię TAKI finał. Wtedy się złamałem i wyciągnąłem skądś Carmeny. Finał olimpijski nasi siatkarze wygrali, ale ja po raz kolejny przegrałem wówczas z nałogiem.

Zerwałem z nim ostatecznie 6 lat później. Nawrót mi nie grozi – wystarczy popatrzeć, jak grają nasi siatkarze.

Niespecjalnie przepadałem za komunistyczną władzą, a już ze stanem wojennym skojarzenia mam zupełnie niesympatyczne, ale jedno muszę wojskowemu reżimowi przyznać: to m.in dzięki niemu rzuciłem palenie.Pamiętacie kartki na papierosy? Przydział był bodaj 10 paczek na miesiąc, więc nałogowcom, nawet tak umiarkowanym jak ja, fajki kończyły się po tygodniu, najdalej dwóch. Później trzeba było kombinować, umizgiwać się do niepalących (przydział dostawali wszyscy powyżej 18 roku życia). Było to tak upokarzające, że na czas niedoboru papierosów po prostu przestawałem palić, zaczynałem zaś od nowa z napływem świeżego przydziału.

Kiedy zaczynałem palić, wyglądałem mniej więcej tak:

Na prywatce u szkolnej koleżanki w mieszkaniu przy ul. Mickiewicza w Olsztynie, rok 1969. Ja i Krzysiek (to ten przystojniak w środku) trzymamy w rękach papierosy prawdopodobnie marki sport

Pozycja okrakiem pomiędzy obozem palących a równie mocną armią niepalących doskwierała mi na tyle, że kiedy w końcu można było kupować moje ulubione Marlboro w dowolnej ilości, jakby na przekór pokusie rzuciłem palenie ostatecznie. Patrząc na siebie dzisiaj dochodzę do przekonania, że ta decyzja miała bardzo ujemny wpływ na moją urodę. Oceńcie zresztą sami, porównując tego młodziaka w okularach ze zdjęcia powyżej z moim wizerunkiem współczesnym, choćby tym z czołówki tego bloga.

15 Lis 2010

Dzisiaj będzie głównie o przyszłości i nowoczesności, ale na zakończenie akcent historyczny i sentymentalny nieco. A wszystko przez najnowszą koncepcję urbanistyczną w Olsztynie. Takie oto refleksje snułem wokół tego projektu w cotygodniowym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Kopernik Tower

Ma Chicago swoją Willis Tower (bardziej znaną pod poprzednią nazwą Sears Tower), ma Londyn swoją Tower of London, ma Kuala Lumpur (wiecie, gdzie to?) swoje Petronas Towers, miał Nowy Jork najsłynniejsze chyba wieże świata Word Trade Center, zrównane z ziemią pamiętnego 11 września 2001 roku. Nasz naród nie gęsi i swoje wieże też posiada, jako to Sky Tower we Wrocławiu czy Sea Towers w Gdyni, że nie wspomnę o najwyższej z nich Warsaw Trade Tower w Warszawie. Więc te wieże nam się mnożą na potęgę, nie nadążamy liczyć tych metrów, a wkrótce być może kilometrów wysokości. Najwyższa obecnie budowla na świecie – Burj Khalifa (wieża Kalifa) w Dubaju – ma 828 metrów wysokości.

Zanosi się na to, że i w Olsztynie będziemy mieli swoją wieżę, czyli Tower. Może na razie nie aż 800-metrową, ale 55 metrów też robi wrażenie. Przynajmniej na nas. Zresztą to nie będzie żaden wieżowiec, raczej konstrukcja przestrzenna, do tego użytkowa jak najbardziej. Podobno mają tam się znaleźć mieszkania i hotel, co jest koncepcją zdecydowanie słuszną. Czasami jest tak, że człowiek nie może się dostać do własnego mieszkania, bo na przykład nie zdoła trafić kluczem w dziurkę, a jak już trafi to się okazuje, że z drugiej strony też ktoś włożył klucz i otworzyć nie można. To się nazywa blokada małżeńska. Wtedy hotel pod ręką będzie jak znalazł.

Pamiętam pierwszy wieżowiec w Olsztynie, mój Boże – siedmiopiętrowy. To ten budyneczek na dole ul. Grunwaldzkiej, przy moście św. Jana. Pamiętam, że na dole był fryzjer, któremu wkrótce wpisałem się do harmonogramu pracy, podgalając systematycznie moją dziecinną jeszcze, dzięki temu porośniętą włosem głowę.

Nowa wieża ma się podobno nazywać Centaurus, ale ja optuje za Kopernik Tower. Będzie i swojsko, i światowo.

Felieton przeczytał mój ojciec i kiedy spotkałem się z nim w sobotę, pokazał mi takie oto zdjęcie:

Fotka jest marnej jakości, jeżeli jednak klikniemy kilkakrotnie, uzyskamy dostęp do funkcji powiększenia – wówczas można zobaczyć z bliska mojego ojca – to ten facet w kapeluszu wsparty na łopacie, drugi od prawej. Cała ta grupa pracowała przy odgruzowywaniu ul. Grunwaldzkiej w pobliżu Mostu Jana. W tle widać ciężarówkę, wydębioną na okoliczność tej akcji od radzieckich „sojuszników”, stacjonujących jeszcze wówczas w Olsztynie. Był rok 1947.

05 Lis 2010

Nie wyobrażam sobie życia bez konta w banku i to koniecznie z dostępem przez Internet.

Mam takie coś od lat dziesięciu i do tej pory tylko raz udało mi się konto zablokować. Jak człowiek prowadzi ustabilizowany tryb życia – czym mogę się śmiało pochwalić – wszystko działa doskonale i pozornie nic nie można spieprzyć. Pozory czasem jednak mylą, czego usiłowałem dowieść w moim cotygodniowym felietonie w piątkowej  Gazecie Olsztyńskiej.

Bez grosza

Tak mi się spodobało użytkowane od kilku lat konto w banku internetowym, że w tym samym banku pozakładałem rachunki swoim dorosłym dzieciom. Niech też korzystają z dobrodziejstw cybercywilizacji, a że póki co na mój koszt –  nie szkodzi, cała przyjemność po mojej stronie. Codzienność uporczywie sypie jednak piasek w pozornie bezbłędnie naoliwione trybiki naszej rodzinnej wirtualnej przestrzeni finansowej. No i zgrzytnęło.

Mój najmłodszy syn studiuje w mieście Łodzi (oni tak mówią: „mieszkam w mieście Łodzi”, zwykłe „w Łodzi” im nie wystarcza), dokąd przemieszcza się z Olsztyna świeżo wyremontowanym autkiem.  Pośrodku trasy autko miało apetyt na paliwko, więc młody zatankował, co trzeba i próbował płacić kartą wspomnianego wirtualnego banku.

– System odrzucił, karta nieważna – poinformowała kasjerka.

– Niemożliwe, proszę spróbować jeszcze raz.

Kasjerka pojeździła kartą w czytniku jeszcze parę razy – zawsze z tym samym skutkiem, czyli bez skutku. Syn spojrzał na kartę – data ważności 31.10.2010 (było 1 listopada). No pięknie. Jakimś cudem miał przy sobie trochę gotówki – do rachunku zabrakło bodaj 2 złote, które sympatyczna kasjerka dołożyła z prywatnej kieszeni. Do miasta Łodzi pojechał dosłownie bez grosza przy duszy, do tego bez szans na pobór kasy z bankomatu. Do banku też nie pójdzie, bo bank istnieje tylko w Internecie.

Morał jest prosty: lepiej studiować w Toruniu, niż w mieście Łodzi. Pierwszy rok studiów syn przepędził na UMK w Toruniu, więc zakładając konto podał jako adres do kontaktu Toruń właśnie. Potem mu się odmieniło w sensie studiów, ale nowego adresu bankowi nie podał. Bank wysyła kartę pocztą dwa tygodnie przed upływem jej ważności, więc pewnie koperta z kartą Visa krąży obecnie gdzieś w przestrzeni jak najbardziej rzeczywistej niestety.

Gdy syn odkrył przerażającą prawdę – w formularzu bankowym podał rzeczywiście adres toruński – odbył długą męską rozmowę z konsultantem banku. Najpierw zmienił w internetowym formularzu adres do kontaktu, podając tym razem namiar na nasze przytulne mieszkanko w Olsztynie. Telefonicznie podał jednak adres łódzki, żeby karta szybciej doszła. Tę kartę już wysłana musiał deaktywować (przez internet oczywiście), żeby nikt podstępnie nie zakradł się do jego opuchniętego od pieniędzy konta.  Na razie, kiedy potrzebuje gotówki, przelewa w Internecie potrzebną kwotę na konto koleżanki, po czym wyciąga do niej łapę po kaskę. System o dziwo działa bez zarzutu. Chwała sympatycznym koleżankom z miasta Łodzi!


02 Lis 2010

Dzisiaj Lożę Szydercy przenoszę na cmentarz. W obliczu Nieskończonej Tajemnicy stajemy wszyscy bezradni; po równo ci, którzy widzą w odejściu początek nowego życia, jak i ci, którzy tej nadziei są wyzbyci.

Katolicy i ateiści, a także agnostycy, deiści i różni inni odmieńcy, szukający tej najważniejszej prawdy: co jest po TYM. Nikt tego jeszcze nie sprawdził, a mnie naszły przed dniem Wszystkich Świętych takie oto myśli, którymi podzieliłem się z czytelnikami piątkowej Gazety Olsztyńskiej

Tajemnicę śmierci każdy z nas poznaje o ten moment za późno, kiedy już nie może podzielić się z ciekawskimi bliźnimi. Tym, którzy pozostają, pozostawiamy testament, pisany przez całą cywilizację. Podstawowy zapis tego testamentu nakazuje czcić zmarłych bardziej nawet, niż żywych. „O zmarłym dobrze albo wcale” – taka  fundamentalna zasada obowiązuje we wszystkich niemal kulturach. Kult zmarłych wcale nam jednak nie przeszkadza w budowaniu domów, ba – miast całych – niemal dosłownie na kościach naszych przodków. W moim rodzinnym Olsztynie bez trudu znajdziemy tego przykłady. Trudno zresztą jednoznacznie takie działania potępiać. Żywi muszą mieć miejsce na swoje życie, po śmierci jest nam (chyba?) obojętne, czy leżymy pod brzózką, czy pod centrum handlowym.

Czy zatem stawianie pomników, otaczanie czcią i szacunkiem miejsc spoczynku zmarłych, jest bez sensu? Może wystarczą pomniki, zbudowane z pamięci o uczynkach i przymiotach bliskich, którzy odeszli. Prawdziwi katolicy (jakże ich niewielu), wierzą, że zmarli nie odeszli na zawsze, jedynie zmienili miejsce pobytu i czasoprzestrzeń.

Do mnie moi zmarli wracają w snach. Najczęściej przyjaciel, który odszedł bardzo dawno temu, w wieku zaledwie 19 lat, tuż po maturze, rażony nagle okrutną, błyskawicznie wyniszczającą chorobą. Te sny bywały niekiedy tak realistyczne, że po przebudzeniu zastanawiałem się, czy Andrzej naprawdę nie żyje. A może ta jego śmierć to był zły sen, a ten mój sen – to rzeczywistość.

Kiedy jakiś czas po swojej śmierci przyśniła mi się mama, wiedziałem w tym śnie, że nie żyje. Prosiłem, żeby wróciła, nawet chyba płakałem – ale tylko uśmiechała się smutno i kręciła powoli głową. Stąd nie ma powrotu – zdawała się mówić. Tak to chyba jest, że dusze zmarłych ukazują nam się tylko w snach.

Dziś komentarza nie będzie. Zostawiam Wam czas i miejsce na własne refleksje.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.