28 Paź 2010

Nawał zajęć i niedoczas spowodowały pospołu, że zaniedbałem pracę nad blogiem. No, ale żeby nawet nie wkleić własnego felietonu z ostatniego piątku!?

Przecież wszyscy ci, którzy mieli przeczytać, już przeczytali – usprawiedliwiałem się przed samym sobą niepewnie.  A Internauci? A emigranci? A ci, którzy spędzają spóźniony urlop na Węgrzech czy na Majorce? No już, wybatożyłem się dostatecznie, zapraszam do lektury.

Ze szkoły z tarczą

Technika kontrolna była różna. Niektórym wystarczało ulotne spojrzenie, inni sprawdzali solidność mocowania. Ten drugi sprawdzian był najbardziej odsiewowy; wprawne palce belfrów bez trudu zrywały pojedyncze ściegi, którymi nader często się posługiwaliśmy.

Tak w latach 60. i 70. ubiegłego wieku wyglądała kontrola tarcz szkolnych w I Liceum Ogólnokształcącym im. Adama Mickiewicza w Olsztynie, w którym pobierałem naonczas nauki.

Noszenie tarcz było wówczas obowiązkiem. Ówcześni uczniowie – w tym niżej podpisany – podchodzili do tego obowiązku różnie. W pierwszej klasie nosiłem tarczę z dumą; była czerwona, zatem już z daleka było wiadomo, że jestem uczniem szkoły średniej. Podstawówki znakowane były bowiem tarczami niebieskimi. Niestety tarcze służyły także do łatwiejszego identyfikowania nas w sytuacjach pozaszkolnych, przeważnie takich, o których wolelibyśmy nie opowiadać w szkole. Trudno było z czerwoną tarczą na rękawie wypalić spokojnie papieroska w parku na podzamczu czy chlapnąć piwko w nowo otwartym barze Wars przy obecnej al. Piłsudskiego. Zawsze znajdował się życzliwy, który o takich naszych nieprzystojnych wyczynach informował naszą budę w sążnistych listach bez podpisu lub anonimowych telefonach. Ktoś powie: to po cholerę chodziłeś na piwo w tej samej kurtce/marynarce/płaszczu (niepotrzebne skreślić). Ano dlatego, że wtedy miewało się przeważnie jedną kurtkę/marynarkę/płaszcz. Stosowaliśmy metodę wielokrotnego przyszywania i odpruwania, ale po takich eksperymentach rękawy naszych kurtek/marynarek/płaszczy błyskawicznie zamieniały się w rzeszoto.

Dziś jestem dumny, że dzięki skrupulatnym kontrolom zawsze wracałem ze szkoły z tarczą, co jak wiadomo jest symbolem zwycięstwa.

Dziś tak sobie myślę, że nasz bunt przeciwko noszeniu tarcz mógł mieć podłoże daleko głębsze, niż tylko chęć anonimowego puszczenia dymka czy łyknięcia cienkiego piwka. Wszak wszystko to działo się – nie zapominajmy – w dość smutnej rzeczywistości schyłku lat 60. ubiegłego stulecia. Rzeczywistości powszechnie regulowanej i  kontrolowanej. Zatem ucieczka od rozpoznawalności była ucieczką do wolności. Czy o to chodziło nam, gówniarzerii sączącej piwko w parku na podzamczu?

17 Paź 2010

Najtęższe umysły od wieków zastanawiają się nad zagadnieniem: czy jesteśmy sami w Kosmosie.

Czy są gdzieś na odległych planetach (bo że planety są, to już dość dawno astronomowie wykazali) stwory podobne do nas, myślące i mówiące.  Niektórzy w naukowy sposób próbują wykazać, że kosmiczne cywilizacje po prostu muszą istnieć, bo tak wynika z rachunku prawdopodobieństwa. Taki pogląd wyraził w swojej najnowszej książce Stephen Hawking, największy bodaj współczesny astrofizyk. Niektórzy w paranaukowych dysertacjach próbują pokazać ślady bytności przybyszów z Kosmosu na Ziemi (najsławniejszy z nich to Erich von Däniken),  jeszcze inni stanowczo oznajmiają, że mieli z nimi osobiste spotkania. Należę do tych ostatnich; swoje spotkanie z Marsjanami opisałem w ostatnim felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Kosmici są wśród nas

Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak – po prostu byli i już. Coś tam bełkotali po swojemu – ot, jak to kosmici – ale kto by tam ich zrozumiał. Widać jednak inteligentne bestie, bo już po chwili jeden wydusił z siebie po naszemu: – Chłopaki! O co tu chodzi?

Tłumaczymy, że spotkanie działaczy związków pływackich, że wybory, że to, że owo, ale oni wciąż swoje: – Ale chłopaki, o co chodzi!? Pewnie ich systemy translacyjne tylko tyle zdołały wygenerować w naszej trudnej mowie. Wyglądali prawie jak ludzie, ale niektóre szczegóły ich zdradzały, na przykład koszula włożona do slipów i wystająca spod nogawek. Ludzie tak nie chodzą odziani, ale kosmici skąd mają to wiedzieć?

Widać jednak tam, skąd przybyli, całkiem nieźle ich wyszkolono, bo nasi kosmici zagadywali coraz bardziej zrozumiale. – Macie coś się napić? – zapytał ten z koszulą w nogawkach może niezbyt gramatycznie, ale w pełni zrozumiale.

Nie czekając na odpowiedź wyjął skądś butelkę łudząco podobną do naszych ziemskich i pociągnął potężny łyk. Prawdopodobnie na szkoleniach wpajano im, że takie są standardowe zachowania tubylców w tej części Ziemi, na którą ich wysłano. W butelce miał chyba elektronicznego tłumacza, bo stawał się coraz bardziej rozmowny i coraz więcej słów byliśmy w stanie zrozumieć, chociaż jego aparat mowy, zapewne zupełnie niedostosowany do naszej fonetyki, co chwila odmawiał posłuszeństwa.

Takie było moje pierwsze bezpośrednie zetknięcie z kosmitami. Działo się to w Centralnym  Ośrodku Sportu w Spale około 10 lat temu. Od tej pory takich spotkań zapewne było wiele w różnych częściach świata, co skłoniło Organizację Narodów Zjednoczonych do powołania specjalnego zespołu ds. kontaktów pozaziemskich. Zespołowi przewodniczy w randze ambasadora ONZ niejaka Mazlan Othman, malezyjska astrofizyk. Zapraszam panią Othman na kurs do Spały.

09 Paź 2010

Jeżeli kiedykolwiek napiszę książkę – na co się na szczęście dla czytelników absolutnie nie zanosi – będzie to traktat o moich utarczkach z kolejnymi samochodami.

Jako bowiem absolutny antytalent techniczny (powinno się napisać „antytalent do czynności technicznych”, ale nie chciało mi się dopisać jednego wyrazu, więc teraz muszę pisać długaśne wyjaśnienie) wchodzę dość często w konflikt z nierozumną z pozoru kupą blach, prętów, trybików, zaworów i innego diabelstwa. Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego właściwie samochód jeździ i co ma z tym wspólnego wlewana do specjalnego otworu śmierdząca ciecz, zwana benzyną. W dodatku z zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów do niektórych aut lejemy benzynę, a do innych tzw. olej napędowy, który w dodatku wcale nie jest olejem, bo wygląda jak benzyna, tyle że śmierdzi jeszcze bardziej.

Mechaniczną stroną działalności moich samochodów zatem raczej się nie zajmuję z przyczyn wyłożonych wyżej. Niestety raz na jakiś czas nachodzi mnie chęć poprawy (nie odważę się użyć słowa „naprawy”) różnych elementów, zdobiących tę kupę pospawanej blachy. Ostatni taki przypadek opisałem w moim cotygodniowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej.

Drzwi do sukcesu

W moim cudnym, nieco już co prawda przechodzonym samochodzie stało się nieszczęście: odkleiła się końcówka listwy na drzwiach. W sensie urody mi to nie przeszkadzało, ale kiedy listwa odstała od drzwi nieco bardziej, zaczęła uniemożliwiać otwarcie tychże. Stosowałem technikę presji doraźnej, to znaczy wchodząc do samochodu dociskałem listwę ręką do powierzchni drzwi i otwierałem je bez przeszkód. Kiedyś jednak trzeba było wysiąść – i wówczas listwa opierając się o błotnik wygięła się jeszcze bardziej. Zakleiłem cholerę taśmą do pakowania, sam zaś udałem się do piwnicy po inspirację. Wróciłem na parking z tubką białego kleju, podobno klejącego wszystko. Wlałem białą maź między listwę i drzwi, docisnąłem taśmą – gotowe. Nazajutrz zrywam taśmę – listwa odstaje po staremu, tyle, że teraz w aureoli białej, zaschniętej skorupy. Modląc się o łaskę spokoju zeskrobałem na ile się dało białą skorupę (a dało się niewiele), po czym wlałem między listwę i drzwi porcję innego kleju. Docisnąłem czarna taśmą klejącą – nie da się docisnąć sprężystego diabelstwa do końca, ale widzę, że klej łapie, tylko trzeba przytrzymać, żeby dobrze zaschło. Na próbę otworzyłem drzwi, żeby sprawdzić, czy listwa nie zahacza – i olśniło mnie. Wystarczy włożyć kawałek drewienka między półotwarte drzwi  a błotnik, siła zamykająca drzwi sama dociśnie listwę. Włożyłem fragment klepki parkietowej – trzymało cudnie. Jedyny problem był taki, że drzwi musiały być otwarte przez parę godzin. Bałem się, że jakiś usłużny sąsiad pomyśli, że zapomniałem zamknąć auto i spróbuje trzasnąć drzwiami – a to skończy się pogięciem cennej blachy błotnika. Na szczęście nawet pies z kulawą nogą nie zainteresował się moim otwartym autem, dzięki czemu cała ta skomplikowana operacja zakończyła się sukcesem.

Oto mój zestaw wynalazczy:

Po tym bolesnym zabiegu mój samochód ma białe blizny – pozostałości po tym pierwszym kleju, który nie kleił, ale za to jak zaschnął, stał się nie do usunięcia. Liczę na to, że klejowa skorupa w naszym surowym klimacie, nękana mrozem, sieczona śniegiem i marznącą mżawką, prażona najpierw zimowym, potem (jeżeli przetrwa) także wiosennym słońcem, w końcu skapituluje i opuści nas (mnie i mój samochód) na zawsze. Nie omieszkam o tym poinformować wszystkich zainteresowanych.

02 Paź 2010

Dawno dawno temu byłem młodzieńcem wszechstronnie utalentowanym. W szkole podstawowej zarówno słupki arytmetyczne, jak i  składne wypracowania na temat były dla mnie polem triumfu, nie udręki.

Skończyło się jak nożem uciął w sławnym LO im. Adama Mickiewicza w Olsztynie. Pozostałem humanistą. Na tę ważką decyzję być może wpłynęła trauma z wczesnej młodości, o której pisałem w moim cotygodniowym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej. Zapraszam do lektury.


Ja jako bankier

Jako jasnowłose pacholę przejawiałem szczególne zdolności do liczenia, co było dość dziwne w mojej humanistycznej z dziada pradziada rodzinie. Później bywało różnie, póki jednak na lekcjach rachunków wystarczała moja średnia inteligencja i zdroworozsądkowe myślenie, uchodziłem – całkiem niesłusznie – za matematycznego geniusza.

Tu dygresja: kiedy po latach spotkałem się z moją ostatnią nauczycielką matmy z podstawówki Elą Kraszewską, ta nie mogła uwierzyć, że ukończyłem studia humanistyczne.

– Adam, z twoim łbem do matematyki! – wykrzykiwała na całą salę, w której świętowaliśmy którąś tam okrągłą rocznicę szkoły.

Ten mój łeb do matmy zaowocował kiedyś zupełnie nieoczekiwanie zaszczytną, ale uciążliwą funkcją klasowego skarbnika. Zostałem wybrany jednogłośnie, bowiem rekomendowała mnie inna nasza ówczesna matematyczka, zachwalając swego kandydata (czyli mnie) słowami: – Kto jak kto, ale Adam chyba się w rachunkach nie pomyli.

Jako klasowy skarbnik miałem obowiązek zbierać kasę na różne tam drobne wspólne wydatki, czy jednak takie były – dziś nie pamiętam. Pamiętam za to doskonale mój kontakt z dużymi pieniędzmi, czyli wpłatami na Szkolną Kasę Oszczędności. SKO istnieje do dziś, a tradycję ma aż przedwojenną. Działa to tak, że dzieciaki mają swoje książeczki SKO, a opiekun – najczęściej nauczyciel – zakłada książeczkę PKO, na której gromadzi wszystkie wpłacane przez podopiecznych pieniądze.

Otóż u mnie było podobnie, tyle że z jakichś względów nie było żadnej zbiorczej książeczki PKO, ani nawet – o zgrozo – opiekuna spośród ciała pedagogicznego. Cały interes spoczywał na moich wątłych barkach. Wyglądało to tak, że koleżanki i koledzy wpłacali mi pieniądze, ja wpisywałem w ich książeczkach stosowne kwoty, ale kasę trzymałem w domu pod tapczanem. Marny był jednak ze mnie bankier; co prawda nie uroniłem jakimś cudem ani złotówki z oszczędności moich kolegów, ale też nie wypłaciłem im ani grosika odsetek.

Zaczął się październik, miesiąc oszczędności. Nie powierzajcie swoich ciężko zarobionych pieniędzy marnym bankierom.

Wówczas królowało hasło: dziś oszczędzam w SKO – jutro w PKO. Eh, książeczki PKO, kto je pamięta? PKO rządziła na rynku bankowym, bo innych banków po prostu nie było.  Wybór był skromny: PKO albo pończocha. Wielu i tak wybierało pończochę; zaufanie do naszego socjalistycznego państwa było niestety ograniczone.

A co do SKO – dopiero dzisiaj, po przeszło 40 latach dowiedziałem się, że tych odsetek wcale nie musiałem wypłacać. Taki system był, bez procentów. Oczywiście tylko w banku, bo w innych dziedzinach procenty jak najbardziej…

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.