25 Wrz 2010

Na początku mojego dorosłego życia nie mogłem zrozumieć, skąd ludzie mieli samochody. Niby nie było tego dużo, ale jednak.

W firmie o nazwie Polmozbyt, zajmującej się motoryzacją, samochody naprawiali, sprzedawali żarówki i bendiksy (kto zgadnie, co to za cudo), ale samochodów tam nie było.
Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej (niezapomniana siódemka przy al. Przyjaciół w Olsztynie) tylko jeden z moich przyjaciół miał rodziców z samochodem. W liceum (jeszcze bardziej niezapomniana jedynka im. Adama Mickiewicza, także w Olsztynie), bogaczy było już nieco więcej. Po siermiężnej Polsce Gomułki zaczęliśmy nieśmiało spoglądać na świat; gierkowskie kredyty stwarzały ułudę dostatku i nowoczesności. Pojawiły się polskie fiaty – duże i małe. W mojej rodzinie epoka samochodowa wciąż jednak była melodią przyszłości.
Studia, pierwsza praca, pierwsze pieniądze – i niespodziewana okazja: można kupić samochód. Nie od razu, cierpliwości. Jak to było – opowiedziałem w cotygodniowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej.

Brać tego żółtka

Mój pierwszy maluch był żółty jak słonecznik. Oczywiście nie kupiłem go w żadnym salonie ani nawet w komisie; takich wynalazków wówczas jeszcze nie było. Była tylko firma Polmozbyt, ale wtedy tam się nie kupowało samochodów. Tam się je odbierało. Żeby odebrać samochód z Polmozbytu trzeba było mieć – oczywiście oprócz pieniędzy – talon czyli przydział. Talony przydzielały specjalne komisje, powoływane w zakładach pracy oraz we wszelkiego rodzaju organizacjach, stowarzyszeniach i zrzeszeniach. Jak to dokładnie działało, trudno powiedzieć, ale działało. Ludzie biegali z talonami do Polmozbytów i odjeżdżali nowiutkimi maluchami, syrenkami, a nawet fiatami 125 p. Osobiście talonu nigdy nie dostałem, ale nasza ludowa władza zadbała też o takich nieudaczników, jak ja. W 1975 ruszył system tzw. zielonych książeczek. Trzeba było wpłacić – pamiętam jak dziś – 5 tysięcy złotych i potem miesiąc w miesiąc wpłacać regularnie zadeklarowaną kwotę (wpłacałem bodaj po 1000 zł miesięcznie). Samochód odbierało się po 3 – 4 latach, zależnie od wysokości miesięcznych wpłat. Takim właśnie sposobem stałem się posiadaczem wspomnianego żółtego malucha. Kosztował mnie około 75 tysięcy złotych (ówczesna średnia płaca wynosiła ok. 3000 zł netto). Po samochód musiałem pojechać do Ostródy. Dostałem do wyboru bodaj dwa, nasz redakcyjny kierowca, którego poprosiłem o ekspercką pomoc, wskazał na ten żółty:
– Panie Adaś, musowo tego żółtka brać – zaciągnął z warszawska nieoceniony, nieżyjący już niestety pan Jurek.
No i wziąłem żółtka. Dzisiaj tego bym za Chiny nie zrobił, bo kupienie nowego malucha jest po prostu niemożliwe. Dokładnie 10 lat temu, 22 września 2000 roku zjechał z taśmy montażowej fabryki w Tychach ostatni egzemplarz malucha. Skończyła się pewna epoka polskiej motoryzacji.

Oto mój pierwszy samochód w działaniu, w drodze po kolejny wstrząsający reportaż do Gazety Olsztyńskiej. Był rok chyba 1980, ten zafrasowany facet w okularach to ja, coś tam chyba nawaliło w niezawodnym dotąd mechanizmie mojego bolidu, więc za chwilę zajrzę do silnika (trochę bez sensu, bo i tak zupełnie się na tym nie znam). Ten wysoki typ o podejrzanym  wyglądzie to mój serdeczny przyjaciel (wówczas także kolega z pracy) Tadeusz Prusiński, który wtedy chyba jeszcze pomieszkiwał u mnie w moim pierwszym w życiu samodzielnym mieszkaniu. Czy jechaliśmy do Morąga, czy może do Iławy – niestety nie pamiętam. Jak się z Tadziem zmieściliśmy w tej mydelniczce – też nie pamiętam, ale nie takie wielkoludy maluchami jeździły.

18 Wrz 2010

– Dzień dobry panie Adamie – zaszczebiotał jasny głosik w słuchawce.  – Jako klient (tu nazwa sieci handlowej) zyskał pan prawo do wspaniałego pakietu ubezpieczeniowego, gwarantującego kompleksowa opiekę zdrowotną.

– Ale ja przecież jestem ubezpieczony, jak wszyscy, obowiązkowo – zacząłem plątać się w bezsensownych wyjaśnieniach.

– No przecież wszyscy wiemy, jak działa nasza służba zdrowia. A dzięki naszemu ubezpieczeniu ma pan dostęp do lekarzy wszystkich specjalności bez skierowania i  w terminie ekspresowym. Może pan przeprowadzić kompleksowe badanie stanu swojego zdrowia, przecież warto…

Kontynuowałem tę bezsensowną rozmowę, ale zanim o wnioskach, zapraszam do lektury mojego felietonu w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Telewizor na zdrowie

Łupie Cię w krzyżu? A może coś Ci zalega na płucach? Serce nawala? Nie martw się, na takie kłopoty mam jedną radę: kup sobie telewizor. Może być też np. kino domowe, pralka, zmywarka czy lodówka – byle w sklepie „nie dla kretynów” i na raty. Ten ostatni warunek jest absolutnie niezbędny; kupując na raty dostajesz bowiem umowę kredytową, a do niej specjalną kartę kredytową.

No dobrze – zapytasz – ale co to ma wspólnego z moim chorym kręgosłupem. Cierpliwości, zaraz do tego dojdziemy. Po zakupie wzmiankowanego telewizora (pralki, zmywarki etc.) nie robisz po prostu nic. Dla jasności: z zakupionego sprzętu możesz sobie korzystać do woli, nawet będzie Ci weselej i  czas się nie będzie dłużył podczas czekania.

Musisz bowiem cierpliwie czekać na telefon. Prędzej czy później ktoś zadzwoni i zapyta, czy jesteś taki to a taki. Odpowiedź prawidłowa: tak, to ja. No i przechodzimy do sedna. Miła pani w telefonie roztoczy przed Tobą wizję niebiańskich rozkoszy, jakie czekają Cię dzięki przyjęciu oferty specjalnego ubezpieczenia zdrowotnego, oferowanego tylko kretynom, o pardon, klientom sieci „nie dla kretynów”.

Przyjmując ofertę masz nieograniczony i niemal natychmiastowy dostęp do wszelkich specjalistów, którzy zajmą się Twoimi schorzałymi organami wewnętrznymi i zewnętrznymi, a także członkami wszelakimi, jeżeli i te szwankują. Ba, wspomniane członki i organy wcale nie muszą szwankować, bo w/w specjaliści mogą zrobić Ci badania profilaktyczne, które ustrzegą Cię od chorób i w konsekwencji od przedwczesnej śmierci. A wszystko to prawie bezpłatnie, czyli za symboliczną składkę kilkudziesięciu złotych miesięcznie. Nie licząc rzecz jasna składki na NFZ, którą i tak musisz zapłacić.

Jutro kupuję żelazko, na raty oczywiście. W zdrowie warto inwestować.

Obiecane wnioski niech każdy z Państwa wysnuje sobie sam. Mój jest taki: mamy wspaniałą uspołecznioną służbę zdrowia i przebogaty wybór lekarzy wszelkiej specjalności. System służby zdrowia nie tylko – jak to ładnie mówili i mówią biurokraci – zabezpiecza bieżące potrzeby społeczeństwa w ramach powszechnej opieki zdrowotnej, ale jeszcze pozwala na zbudowanie ogromnego marginesu usług dodatkowych, dostępnych po zakupie telewizora (kina domowego, pralki, lodówki etc.). Jest tylko jedno drobne ale: otóż mnie słowo margines, którego użyłem wcale nieprzypadkowo, kojarzy się mało pozytywnie.

11 Wrz 2010

Od czasu, gdy dorobiłem się pierwszego własnego samochodu, praktycznie nie korzystam z usług transportu publicznego. Mimo to trzymam rękę na pulsie przemian, dotykających koleje państwowe, a to dzięki licznemu potomstwu.

Wróć, potomstwo też już dorobiło się samochodów, ostatnim Mohikaninem na peronach pozostała córka. Dzięki swojej nieujarzmionej ruchliwości dostarcza mi materiałów do coraz to nowych przemyśleń i konstatacji. Ostatni taki przypadek opisałem w piątkowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej. Oto ten tekst:

Rzecz ma się w skrócie tak: córka bawi na weselu koleżanki w Gdyni, ale musi w poniedziałek rano być w Krakowie na egzaminie, więc pojechać trzeba w niedzielę. Z Gdyni do Krakowa kursuje INTER CITY, ale bilet trzeba kupić natychmiast, bo zabraknie. Córka z wesela się nie wyrwie po ten bilet, no więc kupić musi mama z tatą. Szybki surfing po Internecie: gdzieś głęboko ukryta zakładka: rezerwacja biletów. Można przez Internet! Wypełniamy gorączkowo elektroniczny formularz, płacimy przelewem elektronicznym i ciężko dysząc po tej robocie czekamy na potwierdzenie rezerwacji. Jest odpowiedź: rezerwacja odrzucona.
Dzwonimy do tych od rezerwacji (siedziba spółki w Poznaniu) i dowiadujemy się, że system tak działa, że po 30 minutach odrzuca rezerwację, jeżeli kasa nie pojawi się na koncie. Ale przecież przelaliśmy po 5 minutach! Cóż z tego, skoro na koncie w Poznaniu pieniędzy nie widać.
Na razie więc umoczyliśmy niecałą stówkę, później pomyślimy, jak ją odzyskać, bilet pilniejszy. Uparta małżonka wynajduje telefon wprost do kasy biletowej w Gdyni. Niestety, nie można rezerwować telefonicznie, trzeba osobiście. Po którymś tam telefonie trafia na jakąś życzliwą duszę.
– To ja zarezerwuję ten bilet dla siebie i zostawię w kasie międzynarodowej na nazwisko pani córki – wyłuszcza naprędce ułożony plan nieznana dziewczyna z dworca Gdynia Główna Osobowa. – Tylko musi koniecznie odebrać, bo inaczej będę musiała sama za to zapłacić.
Niedziela, telefon od córki.
– Mamo, kasa międzynarodowa nieczynna.
– To zapytaj w którejkolwiek kasie
– Pytałam, mówią, że to nie ich sprawa.
Po chwili jednak kasę międzynarodową otwarto, rezerwacja się znalazła, córka pojechała i z tego rozpędu zdała egzamin na 5. Niech ktoś mi teraz powie, że kolej nie sprzyja pasażerom!

Jak widzimy, rzecz cała miała pomyślny finał, co więcej – następnego dnia otrzymaliśmy swoje pieniądze, przelane na tę nieziszczoną rezerwację. Córka zaś wyznała, ze trudy podróży i wcześniejszej pracy podczas wesela (zaśpiewała koleżance w prezencie solo Ave Maria Franciszka Schuberta z towarzyszeniem skrzypiec)  natchnęły ją – paradoksalnie – niesłychaną energią, bystrością skojarzeń i elokwencją. Zdała przełożony egzamin ze współczesnej literatury rosyjskiej celująco, i to u profesorki uchodzącej na całej krakowskiej Jagiellonce za wyjątkowa piłę.

02 Wrz 2010

Cała Polska świętuje 30-lecie Solidarności. Nie cierpię świętowania, całej tej pompy, zresztą nie mam czego świętować, bo nigdy nie byłem w Solidarności.

Nie dlatego, że ruch był mi ideowo obcy, ale do zrzeszania się mam generalnie stosunek dość niechętny, podobnie jak do politykowania. Raz jednak nie wytrzymałem. A było tak, jak opisałem w felietonie w piątkowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej:

Rany boskie, to już trzydzieści lat! Trzydzieści lat temu Lech Wałęsa wymachiwał swoim niesamowitym, karykaturalnie wielkim długopisem, którym w końcu złożył podpis pod historycznym porozumieniem. A my rok później w Olsztynie mieliśmy swoje pięć minut, czyli słynny strajk drukarzy. Miały być – jak w całej Polsce – dwa „Dni bez prasy”, czyli strajk ostrzegawczy, wymierzony w prasę partyjną. W Olsztynie trwał trzy tygodnie i był – po strajku w Stoczni Gdańskiej – najdłuższą taką akcją okresu tzw. pierwszej Solidarności. Olsztyńscy drukarze odmówili drukowania Gazety Olsztyńskiej, która przez cały ten czas co prawda nie przestała się ukazywać, ale wyglądała bardziej jak biuletyn uczniowski, niż poważna gazeta. Wówczas jednak nikomu nie było do śmiechu. Władza się piekliła i wygrażała, sam Lech Wałęsa wzywał do przerwania strajku – a olsztyńscy drukarze trwali w zaciętym uporze.
Ośmieliłem się wówczas nie podzielać stanowiska moich przełożonych w tej sprawie i poparłem – wraz z garstką kolegów z redakcji – postulaty strajkujących drukarzy. Ta moja niesubordynacja – ku mojemu zdumieniu – nie zakończyło się wywaleniem mnie z roboty na zbity pysk, kiedy nastał stan wojenny. Dostałem jedynie poważne ostrzeżenie – to znaczy kilkumiesięczne zawieszenie w obowiązkach dziennikarza.
Czytam dzisiaj tamto moje oświadczenie, opublikowane w tzw. drugim obiegu (m.in. w piśmie olsztyńskiej Solidarności „Rezonans” z 22 sierpnia 1981 r.) z rozrzewnieniem i bólem w sercu. Sześcioro sygnatariuszy tego listu nie żyje, tylko dwóch do dzisiaj pozostało w zawodzie (oprócz mnie Wacek Radziwinowicz, dziś korespondent w Rosji jednej z ogólnopolskich gazet). Mimo wszystko warto było, choćby po to, żeby przez kolejne trzydzieści lat bez specjalnej odrazy patrzeć w lustro przy goleniu.

Pamiętam tę gorącą godzinę, kiedy w ogromnych emocjach pisaliśmy punkt po punkcie. Zaczęło się od Grześka Skwierczyńskiego, który wpadł jak burza na mój redakcyjny dyżur (przygotowywałem kronikę dnia) i wywołał gorącą dyskusję.

Od słowa do słowa postanowiliśmy dać wyraz naszemu niezadowoleniu z polityki redakcji, władz, pokazać naszą solidarność z drukarzami. No i wysmażyliśmy to trochę koślawe, emocjonalne, ale szczere pismo. Podpisanych jest 11 osób, ale rzeczywistymi twórcami byliśmy we dwóch: ja pisałem na maszynie, Grzesiek latał po pokoju i rzucał kolejne myśli, które wspólnie poźniej układaliśmy w zdania. O ile pamiętam, pracowali z nami też Tomek Śrutkowski i Wacek Radziwinowicz. Pozostali po prostu podpisali, wyrażając swoją solidarność i poparcie.

Rada w radę uchwaliliśmy, że list trzeba opublikować.

– Idziemy do Pazery (Czesław Pazera, wówczas redaktor naczelny Gazety Olsztyńskiej).

Wydelegowali mnie i bodaj Wacka. Naczelny przyjął nas od razu, rzuciliśmy na biurko list i zażądaliśmy,  żeby nazajutrz został opublikowany.

Naczelny rzucił okiem.

– Chłopaki, przecież wiecie, że tego nie mogę opublikować.

Oczywiście wiedzieliśmy, ale uważaliśmy, że nasza rodzima gazeta ma „prawo pierwokupu”. Skoro nie skorzystała, to mieliśmy wolną rękę. Następnego dnia oświadczenie znalazło się w piśmie Solidarności „Rezonans”.

I tak zostałem opozycjonistą. Przypomniano mi to w pierwszych dniach stanu wojennego, kiedy zgłosiło się po mnie dwóch smutnych panów w charakterystycznych płaszczach.

– Pan pójdzie z nami.

– Świetnie, tylko kto zaopiekuje się dziećmi? – wskazałem na moich małolatów.

Panowie spuścili z tonu, tego wariantu pewnie nie mieli opracowanego.

– W takim razie proszę zgłosić sie jutro w pokoju numer…

No i wyobraźcie sobie, że głównym zarzutem, jaki przedstawiła mi bezpieka, była moja nieobecność w szeregach Solidarności. Pewnie uważali to za mój wyjątkowo perfidny kamuflaż.

Gwoli sprawiedliwości: ten sam Czesław Pazera, któremu usiłowałem narzucić publikację naszego protestu, później prawdopodobnie wybronił mnie przed wyrzuceniem z Gazety, dzięki czemu mogę dzisiaj wspominać te trudne, rewolucyjne czasy.

A co do tzw. Listu 11 – oryginał gdzieś zaginął w historycznych zawieruchach. Mam w domu jedynie pożółkły egzemplarz Rezonansu z opublikowanym naszym oświadczeniem. Wygląda to tak:


Niestety większość jego sygnatariuszy już nie żyje. Nie ma wśród nas Zosi Dudzińskiej, Ireny Ruczyńskiej – wspaniałych, prawych kobiet,  wywodzących się ze znanego rodu Ruczyńskich. Nie ma Ryśka Marciaka i Bogusia Markockiego, wiecznych krytykantów systemu,  niemających  wcześniej okazji do powiedzenia „nie”.  Nie ma Staszka Wieczorka, partyjnego reformatora, któremu ówczesna władza pokazała miejsce w szeregu. Nie żyje też niestety Grzesiek Skwierczyński, wówczas jeden z moich najbliższych przyjaciół, obdarzony niesłychanym talentem dziennikarskim, przepełniony ogromnymi, niedającymi się okiełznać emocjami.  Józek Wroński wyjechał wkrótce do Niemiec, Andrzej Szajkowski zajął się prywatną przedsiębiorczością,Wacek Radziwinowicz odszedł z naszej redakcji, Tomek Śrutkowski po latach został pierwszym redaktorem naczelnym odnowionej, demokratycznej Gazety Olsztyńskiej. Obecnie ma własne wydawnictwo.  A  ja jakimś cudem się uchowałem – pewnie po to, by dziś tworzyć te historyczne wspominki.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.