28 Sie 2010

Zaczęło się od tego, że mieliśmy kłopot z wymyśleniem kolejnego prezentu z okazji imienin czy urodzin teściowej, czyli mamy mojej niezrównanej małżonki. W końcu właśnie żona (nie darmo nosi tytuł „niezrównanej”) wymyśliła.

– Kupmy mamie komputer.
Nie mnie takie rzeczy dwa razy powtarzać. Internet, allegro, synku pomóż (to do najmłodszego, który akurat dziwnym trafem był w domu); jest, bierzemy. Kilka szybkich ruchów i komputer nasz. Mama oczywiście na razie nic nie wie, to ma być niespodzianka. Monitor już czekał; przy zakupie kolejnych komputerów i akcesoriów na potrzeby nasze i potomstwa niespodziewanie został w rezerwie. Finał opisałem w mojej cotygodniowej rubryce w Gazecie Olsztyńskiej. Oto ten felieton:

Komp który mówi
– Tu się włącza, tu się klika, a tu wyłącza – pouczyliśmy teściową z wyżyn naszej informatyczno-elektronicznej wiedzy. Zresztą mama – obecnie w wieku zdecydowanie poprodukcyjnym – miała już do czynienia z klawiaturą i myszką, jeszcze za czasów aktywności zawodowej. Jako księgowa (i to główna – bez fałszywej skromności), liczyła co trzeba najpierw „ręcznie” i na różnych tam liczydłach, a potem po prostu w tabelkach programu Excel. Z lubością zatem zasiadła do kompa, który daliśmy jej w prezencie i poprosiła o dalsze instrukcje. No i zaczęło się. Z pewną nieśmiałością pokazaliśmy możliwości Internetu, jakiś tam filmik, jakieś gadające głowy – ale w kompie cisza.
– Czemu tak cicho – zapytała nieśmiało nasza świeżo upieczona entuzjastka surfowania w sieci.
Spiekłem raka.
– Mamo, bo my jeszcze nie kupiliśmy głośników.
Poleciałem na skrzydłach wstydu po te głośniki, przywożę, podłączam – nic, głucho. Zapędziłem do roboty najmłodszego syna.
– Pewnie nie ma sterowników, poszukamy w sieci.
Szukał, szukał, coś tam znalazł, coś tam aktualizował – dalej głucho.
Przez jakiś czas mama pokornie używała kompa-niemowę, ale uwierało mnie to niby kamyk w bucie. Mamę akurat zabrali do szpitala na kilka dni na obserwację, więc zabrałem jej komputer i pojechałem do specjalisty – zresztą mojego dobrego kolegi.
– Pewnie trzeba znaleźć sterowniki – powtórzył diagnozę mojego syna. – Wpadnij jutro.
Wpadłem. Nie sterowniki, lecz karta dźwiękowa była nieczynna. Wiesiek kupił nową, włożył gdzie trzeba – działa!
Trzeba było widzieć minę mojej kochanej teściowej, gdy odsłoniliśmy jej nowe możliwości komputerowej skrzynki. W dodatku sprezentowaliśmy jej komplet płyt z muzyką klasyczną. Kiedy wychodziliśmy, z głośników płynęły dźwięki jednego z mazurków mistrza Fryderyka.

20 Sie 2010

Czekałem, czekałem, aż się doczekałem. Przyjechał do mnie z rewizytą Krzysztof z francuskiego Strasburga. Zaplanowałem kilka atrakcji, ale niektóre nie wypaliły, niestety.

Napisałem o tym parę słów w moim felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej. Opatrzyłem ten tekst wyjątkowo frywolnym tytułem, który jednak – mam nadzieje – nikogo nie urazi. Zapraszam do lektury.

Grupowo z Jagną

– Kupą, mości panowie, kupą – nawoływali się bohaterowie powieści Henryka Sienkiewicza. I mieli rację. Liczy się tłum, kupa ludzi, grupa. Jednostka zerem, jednostka bzdurą, jak mawiali (i pisywali) więksi i mniejsi klasycy realnego socjalizmu.

Nie jestem grupą, niestety, więc automatycznie mam zdecydowanie mniej możliwości rozrywki, niż pierwszy lepszy tłumek. Nie wierzycie? Oto dowody.

Przyjechał do mnie z Francji długo wyczekiwany przyjaciel z żoną. Postanowiłem dostarczyć drogim gościom rozrywki w stylu jak najbardziej olsztyńskim: spływ Łyną od zamku do elektrowni. Znalazłem telefon do firmy, która takie spływy organizuje.

– Chciałbym spłynąć Łyną z przyjaciółmi – przedstawiłem swą zachciankę pani, która odebrała telefon.

– A ilu tych przyjaciół?

– Dwoje, ale dlaczego pani pyta?

– Dlatego, że spływy organizujemy tylko dla grup od 20 osób wzwyż.

– To znaczy, że nie spłynę.

– Powtarzam: spływy robimy tylko dla grup, bo kajaki mamy w magazynie i trzeba by je specjalnie przywozić…

– A dla naszej trójki się nie opłaca – dokończyłem ze zrozumieniem.

Zamiast na Łynę pojechaliśmy zatem do olsztyneckiego Skansenu. Przy niektórych obiektach siedziały lub stały wystrojone na ludowo panie, które mój przyjaciel nazywał pieszczotliwie Jagnami. Panie Jagny siedziały lub stały nieruchomo, zupełnie nie zajmując się gośćmi niezrzeszonymi. Co innego grupy: o, dla grupy były rozmowne i uśmiechnięte, niektóre szeroko opowiadały o wspaniałych wiatrakach i chałupach. Gwoli sprawiedliwości dodajmy jednak, że były to przewodniczki, przydzielone – a jakże – grupom. My – niezrzeszeni – nawet o takich fanaberiach nie pomyśleliśmy. Wiadomo, jednostka zerem, jednostka bzdurą…

Jak zawsze kilka słów wyjaśnienia. Sytuacja w skansenie była całkowicie naturalna. Trudno przecież wymagać, aby pracownicy muzeum (a skansen jest muzeum, choć dość szczególnym) zajmowali się każdym, kto się pojawi przy jakimś eksponacie lub obiekcie. Skansen w Olsztynku bardzo ożył pod dyrekcją mojego przyjaciela Mariana Juszczyńskiego, co przyzna każdy obiektywny obserwator. Nie chciałbym, żeby Marian odebrał mój felieton jako krytykę swojej pracy. Natomiast moim zdaniem nie ma wytłumaczenia dla organizatorów spływu Łyną. Ta atrakcja turystyczna powinna być stale promowana, reklamowana i obecna codziennie na polanie w pobliżu zamku. Nie wierzę, że tylko ten upierdliwy Bartnikowski miał ochotę popływać kajakiem po Łynie.

Jeszcze słowo o cytowanych słowach „jednostka zerem, jednostka bzdurą”. Tak, to sam Włodzimierz Majakowski, czołowy poeta rosyjskiego futuryzmu, niestrudzony piewca rewolucji, socjalizmu i Lenina, skądinąd postać tragiczna, pełna sprzeczności. Podobno popełnił samobójstwo, ale znając tamte czasy w Rosji nie byłbym taki pewny.

12 Sie 2010

Lubię sobie od czasu do czasu pożeglować, chociaż okazja nie trafia się zbyt często. Ba, powiedziałbym nawet -zbyt rzadko.

Dzieje się tak z powodu mojego wrodzonego lenistwa oraz zamiłowania do stacjonarnego trybu życia. Czasem jednak zdarzają się sytuacje, które wysadzają mnie z wygodnego fotela i zmuszają do zażywania różnych form ruchu, w tym nawet żeglarstwa. Jedną z takich sytuacji opisałem w piątkowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej. Oto ten tekst:

Mieszkający w Krakowie syn uszczęśliwił mnie ostatnio kilkudniową wizytą. Ponieważ – jak wiadomo – szczęścia chodzą parami, przyjechał ze swoim 4-letnim synem, czyli moim wnukiem.
– Mam patent – pochwalił się syn. Ukończył właśnie kurs żeglarski.
– Pokaż.
– Jeszcze nie mam.
– A mówiłeś, że masz.
– Zdałem egzamin, ale dokument dopiero się wyrabia.
Chcąc nie chcąc odkurzyłem mój żeglarski patent sprzed lat prawie trzydziestu, bowiem syn koniecznie chciał sprawdzić świeżo nabyte umiejętności. Patent był potrzebny tylko w wypożyczalni w Olsztynie. W Ostródzie o takie błahostki nikt nie pytał – zresztą w zgodzie z przepisami, które nie wymagają papierów żeglarskich na jachty o długości poniżej 7,5 metra. Tak przy okazji – w Ostródzie za cały dzień pływania jachtem kabinowym typu orion zapłaciliśmy mniej, niż za niespełna dwugodzinny rejsik omegą z olsztyńskiej wypożyczalni.
Podobno w czasie deszczu dzieci się nudzą. Dodam od siebie: w czasie rejsu też. Nasz dzielny czterolatek postanowił zabić nudę ruchliwością. Co dziesięć sekund zmieniał miejsce pobytu: kabina – kokpit – kabina… Zajęci sterem i żaglami patrzyliśmy z lękiem na te wędrówki, aż wreszcie mój syn wpadł na genialny pomysł.
– Przywiążemy Mikołaja za nogę do gretingu (to taka kratka na podłodze kokpitu).
Mikołaj był zachwycony, my nieco mniej. Gdy mały wskakiwał do kokpitu, trzeba było zawiązać mu cumę do nogi, gdy zechciał wyjść do kabiny – cumę trzeba było odwiązać. Węzeł musiał być mocny, żeby się nie rozwiązał, ale i luźny, żeby nie uciskał zbytnio nogi, jednocześnie dość ciasny, by się nie ześliznął.
Czekam z niecierpliwością na kolejny rejs z wnukiem. Mam pomysł na nowy węzeł nożny cumowniczy.
Jak wygląda cuma do nogi – zobaczcie zdjęcie na moim blogu (adres powyżej)

Oto obiecane zdjęcie

Dzięki cumie na nodze cały rejs przebiegał bezkolizyjnie i bezproblemowo. Płynęliśmy z Ostródy (przystań LOK) do Piławek i z powrotem. Dodam jeszcze, że syn – świeżo upieczony żeglarz – spisał się znakomicie.

06 Sie 2010

Zakupy w Internecie mogą skończyć się zgoła nieoczekiwanie. Wcale nie myślę jednak o tym, o czym Wy w tym momencie pomyśleliście. Ostatnią przygodę z tym związaną opisałem w moim stałym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

Zdarza mi się raz na jakiś czas kupować to i owo w Internecie. Ostatnio zamówiłem specjalne żarówki do samochodu i próbując zapłacić pojawiałem się i znikałem w wirtualnym sklepie raz za razem. Nazajutrz otrzymałem e-maila z zapytaniem: to ile tych żarówek ma być w końcu.
Jeszcze raz spojrzałem na historię mojego zakupu; rzeczywiście wyglądało, jakbym zakupił co najmniej osiem. Nie straciłem jednak rezonu.
Dwie, a nie widać? – odpisałem niewinnie.
Przesyłka dotarła do mnie błyskawicznie. Kurier dostarczył ją wprost do mieszkania. No i znowu zaczęło być dziwnie.
– Tu pan podpisze, oto paczka. A kafelki w łazience nie poodpadały?
Pomyślałem, że upał zbyt mocno uderzył mu do głowy.
– Co proszę, o co pan pytał?
– Pytałem, jak tam kafelki w łazience, trzymają się jeszcze?
Osobom z problemami psychiatrycznymi nie należy zaprzeczać, więc udałem, że wcale mnie nie dziwi jego trochę nietypowe jak na kuriera pytanie.
– W porządku, trzymają się jak trzeba.
– A w WC – indagował nieustępliwie.
– Tam też w porządku, ale przepraszam, teraz ja zapytam – dlaczego pan pyta?
– Bo ja te kafelki u pana układałem 8 lat temu. Pamięta pan.
– No tak, jasne, oczywiście, że pamiętam – roześmiałem się z ulgą, chociaż szczera twarz posłańca z nikim i z niczym mi się nie kojarzyła. Nie chciałem jednak ryzykować pytania, jakie to złe (a może dobre) siły sprawiły, że przedzierzgnął się z samodzielnego rzemieślnika w internetowego posłańca. Mimo tak niezwykłego zbiegu okoliczności, stwarzającego niepowtarzalną okazję bezpośredniego kontaktu, jakoś nie ośmieliłem się poprosić mojego gościa o poprawienie przebiegu jednej z rur, która wystaje bezwstydnie spoza schludnej zabudowy umywalki. No bo kafelki trzymają się mocno, tylko ta rura…

Jak zawsze kilka słów wyjaśnienia.  Twarzy majstra rzeczywiście nie pamiętałem, ale jego kilkutygodniowy pobyt u mnie – jak najbardziej. Najmocniej utkwił mi w pamięci epizod z instalowaniem oświetlenia w WC. Kupiłem otóż nową oprawę oświetleniową, którą mój majster – po zakończeniu prac budowlano-kafelkowych – postanowił zainstalować. Zaczął pod moją nieobecność; często zostawialiśmy go samego w mieszkaniu. Jako bywalec cieszył się naszym pełnym zaufaniem. Zastałem go odpoczywającego, zamiast przy robocie, do tego w kompletnej ciemności.

– Korki wysiadły, musi pan dać nowe – poinformował lakonicznie.

Znalazłem w szufladzie bezpiecznik, wkręciłem w miejsce przepalonego. Majster zabrał się ponownie do roboty. Za chwilę strzeliło, jakby odkorkował szampana. To jednak nie był szampan dla uczczenia końca prac, to po raz kolejny wystrzelił korek. Więcej nie miałem, więc poszedłem do sąsiadów; mieli, pożyczyli, wkręciłem. Niestety, za chwilę wystrzelił kolejny szampan.

– Ta oprawka jakaś felerna, musi pan poradzić się elektryka, bo ja głównie od kafelków jestem – stwierdził na pożegnanie i sobie poszedł.

Nazajutrz zawołałem elektryka, którym zresztą był mój rodzony brat. Na początek zapragnął dostać się do instalacji. Trzeba było skuć kilka świeżo położonych kafelków. Kable były w porządku. Dopiero wtedy brat zabrał się za podłączanie oprawy. Szampana nie było. Okazało sie, że mój majster z uporem pchał kabel zasilający nie w tę dziurkę, co trzeba, powodując efektowne krótkie spięcia.


Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.