30 Lip 2010

Jestem – jak wszyscy prawie faceci (wyjątkiem jest mój przyjaciel Marek z blogu obok) – kibicem piłki nożnej. Kiedyś jednak byłem kibicem piłkarskim bardziej, dzisiaj mniej. Zawsze natomiast jeszcze bardziej byłem kibicem lekkiej atletyki.

Był czas, że na wyrywki znałem wszystkich złotych medalistów olimpijskich w biegach, skokach i rzutach. Dziś trochę osłabłem w kolekcjonowaniu tej wiedzy, ale zawsze z przyjemnością i emocjami oglądam zmagania na lekkoatletycznych arenach. Ta fascynacja tkwi we mnie od wczesnego dzieciństwa. Z okazji trwających właśnie Mistrzostw Europy w Barcelonie napisałem do Gazety Olsztyńskiej taki oto felieton.

Starszy brat wygrywa
Nasze podwórko miało strukturę – powiedzielibyśmy dzisiaj – tarasową. Na poziomie niższym był teren niezagospodarowany, wyżej tzw. ogród – też przeważnie niezagospodarowany. W ogrodzie wśród rozłożystych łopianów i wszechobecnego perzu przebijały gdzieniegdzie rachityczne tulipany, a w lepsze lata zdarzała się nawet marchewka, buraczki i ulubiony przez nas groszek. Taką marchewkę wyrywało się z ziemi, płukało pod ogrodowym kranem i chrupało w dwie sekundy. A strączek grochu naciskało się w odpowiednim miejscu – pękał na dwie nierówne połówki (nie ma nierównych połówek, powie matematyk, ale czy matematyk łuskał kiedyś groch?). Ziarnka wyjadało się od razu, a z zielonych łupinek trzeba było zdjąć cienką wewnętrzną błonkę – i za chwile trzaskała soczyście w zębach. Pycha.
Na dolnym ugorze urządzaliśmy igrzyska. Skakaliśmy w dal, wzwyż, rzucaliśmy. Rzut oszczepem, dyskiem, trójskok i wszystkie biegi odbywały się na naszej ulicy Morskiej. Zapraszaliśmy kolegów; pamiętam, że z mojej klasy przychodzili ś.p. Andrzej, Krzysiek – to była stała paka. Czasem wpadał Wiesiek, dwóch innych Andrzejów, jeszcze rzadziej Marek. Pamiętam, że Marek – chłopak silny, wysportowany, ambitny – tak się przyłożył do pchnięcia kulą, że ta wymknęła mu się z dłoni i przetoczyła po głowie.
Najczęściej wszystko wygrywał mój najstarszy brat, ja najczęściej byłem ostatni. On miał 16 lat, ja 12 – to chyba wiele tłumaczy, ale też miał chyba jakiś większy dryg do sportu. Niekiedy przenosiliśmy nasze igrzyska do lasu, nad Jezioro Długie. Brat leciał dookoła jeziora (przez niedawno rozebraną kładkę), ja się włączałem do biegu mniej więcej w połowie, ale i tak mi dokładał na finiszu.
W Barcelonie trwają Mistrzostwa Europy w lekkoatletyce. Kto tam będzie najstarszym bratem?

Dziś już nie ma mostu nad Jeziorem Długim, po którym przebiegał mój brat w drodze po kolejne nade mną zwycięstwo. Tuż przed jego rozebraniem nakręciłem taki oto sentymentalny filmik:

Kilka słów komentarza do treści felietonu. Igrzyska lekkoatletyczne urządzaliśmy niezbyt często; częściej tą samą paką chodziliśmy na boisko Technikum Łączności przy ul. Bałtyckiej (dziś Liceum i Gimnazjum Akademickie) pograć w kosza lub w nogę. Po meczu, potwornie zgrzani i zziajani, wchodziliśmy do pustego budynku szkoły i prosto z kranu (był chyba na korytarzu) żłopaliśmy bez umiaru zimną wodę.

Koledzy, których wspominam, byli w dzieciństwie i szkolnej młodości moimi najbliższymi przyjaciółmi. Z Andrzejem i Krzysztofem byliśmy praktycznie nierozłączni. Mieszkaliśmy blisko siebie na kameralnym osiedlu Nad Jeziorem Długim, z  jednym i drugim siadywałem w jednej ławce w szkole, razem rozrabialiśmy,  czasem wagarowaliśmy, bywaliśmy u siebie prawie codziennie.  Andrzej niestety zmarł wkrótce po maturze na wyjątkowo złośliwą odmianę raka. Z Krzysztofem ostatnio odnowiłem kontakty; wyjechał z Polski w latach 80. ubiegłego wieku, mieszka w Strasbourgu we Francji, gdzie niedawno go odwiedziłem. Wkrótce przyjedzie na urlop do Olsztyna, na pewno się spotkamy, ale raczej nie zagramy w kosza na boisku Łączności…

23 Lip 2010

Dziś dalszy ciąg wątku pływackiego, który ciągnę regularnie jako jeden z ulubionych. Na razie jednak z moich wpisów pływackich trudno wyczytać jakiś powód do chwały mojej osobistej. To oczywisty dowód mojej wrodzonej skromności i obiecanej rok temu pełnej szczerości. Niczego przed Państwem nie ukrywam, dzisiaj w dodatku podzielę się z Wami tym, co mam najlepszego. To jednak za chwilę, najpierw najnowsza lektura obowiązkowa (tak nazywa się rubryka z moimi felietonami w Gazecie Olsztyńskiej)

Dziewiąta fala

Pierwsza fala podcięła mi nogi tak mocno, że z trudem – ale jednak – utrzymałem równowagę. Odwróciłem się z triumfującym uśmiechem w kierunku siedzącej na  brzegu żony i w tym momencie druga fala zwaliła mnie w płytkie przybrzeżne odmęty. Usiłowałem stanąć na śliskich kamieniach, wyściełających dno, ale kolejna fala zakręciła mną jak spławikiem i grzmotnęła o wspomniane kamienie. Znów się podniosłem i stanąłem chwiejnie na szeroko rozstawionych nogach, co okazało się taktyką skuteczną; kolejna fala tylko potężnie mną zachwiała, ale utrzymałem pion.

Postanowiłem zmienić technikę i zaatakować wodę tyłem. Odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego blondyna, z wyglądu typowego Szweda, który miał podobne problemy i naśladował  jak w lustrze wszystkie moje ruchy. Teraz też stanął tyłem do morza i patrzył na mnie wyczekująco.

Ruch tyłem do przodu ma swoje zalety, ale jedną ogromną wadę – nie widać przeciwnika, czyli fali. Kolejna zaatakowała moje nogi, powodując mimowolne kucnięcie; następna zakryła mnie i Szweda całkowicie i skotłowała po dnie. Ta nowa pozycja zainspirowała mnie do kolejnej zmiany taktyki; postanowiłem mianowicie w ogóle się nie wynurzać i dotrzeć na głębinę pod wodą, gdzie siła fal jest mniej powalająca. Nic z tego – nieuchronny odpływ obnażył nie tylko moje umęczone ciało, ale i potężne luki w mojej nowej taktyce. Powróciłem do pionu, ale tylko na chwilę, by znów lec na dnie po nierównym pojedynku z ryczącym jak samolot grzywaczem.

Ostatnia próba: opadam na czworaki i pełznę do przodu najszybciej jak potrafię; kolejna fala była szybsza i ponownie wymusiła kilka niekontrolowanych fikołków. Byłem jednak już nieco dalej od brzegu, dziewiąta fala już tylko przetoczyła się nade mną, a wracając poniosła na zbawczą głębię.

Wczasy w egzotycznych krajach to wielce ryzykowna, najeżona niebezpieczeństwami forma wypoczynku.

Jak zawsze kilka słów objaśnień i uzupełnień. Rzecz dzieje się na wybrzeżu Morza Śródziemnego, konkretnie w Alanyi w Turcji, gdzie spędzaliśmy z moją niezastąpioną małżonką upojny tydzień z okazji 20. rocznicy ślubu.  Wszystko, co napisałem jest czystą, wykąpaną w morzu prawdą – jedynie szczegół z liczbą fal może być nieco naciągany. Ta dziewiąta fala pasowała mi idealnie do tytułu (czy ktoś coś w związku z tym kojarzy? – ogłaszam błyskawiczny konkurs literacki, oczywiście bez nagród).

Specjalnie na ten wyjazd kupiliśmy nowy aparat fotograficzny, oczywiście z funkcją nagrywania filmów. Niestety moja żona nie nagrała mnie w walce z morzem – nie była w stanie, po prostu zwijała się w konwulsyjnym śmiechu. Za to ja nagrałem ją później, jak wychodziła z morskich odmętów, mniej już co prawda wzburzonych. Zauważcie Państwo charakterystyczne przykucniecie – to właśnie skutek dziewiątej fali.

Filmik wstawiłem oczywiście za zgodą bohaterki. Myślę, że wypadła znakomicie, zwłaszcza w konfrontacji z moimi kompromitującymi fikołkami, a także na tle tła.

19 Lip 2010

Oglądam na stronie internetowej mojej gazety fotki z plaży miejskiej w Olsztynie. Niby ta sama, ale nie taka sama. Brakuje skoczni, układ pomostów jest inny, nie ma restauracji i przebieralni.

Na plażę miejską nie chadzam od wielu lat, wolę jakieś mniej ludne miejsca. Ale kiedyś… Zanim opowiem, zapraszam do lektury felietonu z piątkowej Gazety Olsztyńskiej.

Pływanie z cytryną

Plażę miejską w Olsztynie darzę sentymentem głównie dlatego, że tu nauczyłem się pływać. Kiedy jeszcze mieszkałem w domu rodzinnym przy ul. Morskiej, na plażę chodziliśmy z braćmi i kolegami nielegalnym przejściem przez tory. Oczywiście tylko wtedy, gdy szliśmy bez rodziców. Schodziliśmy z nasypu w pobliżu dzisiejszej restauracji Przystań. Wtedy też tam była przystań, tyle że klubu sportowego Budowlani. Tu plażowała elita. Na przystań bowiem wpuszczano tylko członków klubu, ich rodziny i inne uprzywilejowane osoby. Inna sprawa, że na plaży miejskiej było o wiele fajniej; był piasek, przebieralnie, kioski z lodami, kanapkami i napojami, a nawet prawdziwa restauracja.

Ale miało być o nauce pływania. Umiejętność tę nabyłem poniekąd przypadkiem; pamiętam, że już dość pewnie utrzymywałem się na wodzie, gorzej było z przemieszczaniem się. Mój „pierwszy raz”, czyli wypłynięcie na głęboką wodę, odbył się na dystansie od mola do mola, czyli kilkunastu metrów. Jednak już poprzedniego lata na koloniach letnich w Mrągowie wychowawca wręczył mi (jak całej zresztą grupie kolonistów) odznakę „Już pływam”.

– Umiesz pływać? – zapytał mnie przed uroczystym apelem, połączonym z wręczaniem odznak.

– Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawda.

Skrzywił się, jakby zjadł na raz całą cytrynę, co wówczas zresztą było marzeniem ściętej głowy. Cytryny można było kupić dopiero tuż przed Bożym Narodzeniem.

– Ale przecież kąpałeś się z grupą, potrafisz utrzymać się na wodzie.

– No tak, ale… – brnąłem w przesadnie uczciwe zeznania.

– No to świetnie – przerwał moje jąkanie. – Dostaniesz odznakę, jak wszyscy.

Bo przecież chodziło o to, żeby w odpowiedniej rubryce sprawozdania z kolonii można było napisać: wszyscy koloniści opanowali pływanie w stopniu podstawowym. Nawet ten niezdara Bartnikowski.

Być może to nieco wstydliwe wspomnienie z przeszłości spowodowało, że później sztukę pływania opanowałem w stopniu całkiem przyzwoitym, głównie metodą samokształcenia. Kilka właściwych ruchów (mówię o pływaniu oczywiście) pokazała mi przystojna pani magister od wuefu na studiach – i to wszystko, jeżeli chodzi o pracę nad techniką.

Te trochę wyższe niż przeciętne umiejętności poruszania się w wodzie stały się źródłem moich kłopotów. Nie byłem w stanie wytrzymać rygoru poruszania się w ciasnych akwenach, wyznaczonych przez boje, skutkiem czego byłem stale wygwizdywany przez ratowników i policję wodną. Wyrobiłem sobie papiery na swobodne pływanie w postaci specjalnej karty pływackiej (tzw. żółty czepek), ale nadal byłem wygwizdywany, no bo przecież nie miałem wypisane na plecach, że posiadam specjalne uprawnienia. Należało po pierwsze nosić znak rozpoznawczy w postaci  idiotycznego żółtego czepka, który zgubiłem przy pierwszym kontakcie z falą w Bałtyku, po wtóre – przed zamierzonym pływaniem pozabojowym – pójść do ratownika i okazać mu stosowne dokumenty. Stąd moja życiowa decyzja: pływam tylko w miejscach odludnych z dala od czujnych oczu ratowników i policji wodnej.

Najbardziej ekstremalny wyczyn stał się moim udziałem w nadmorskim jeziorze o nazwie bodaj Bukowiec niedaleko Darłowa. Postanowiliśmy otóż z kolegą odbyć malowniczy spacer wąskim paskiem lądu, oddzielającym to jezioro od otwartego morza. Po jakichś 5 kilometrach wędrówki w potwornym upale weszliśmy do jeziora, aby dopłynąć do miejsca startu, gdzie czekały na nas żony z już rozpalonym grillem. Niestety, jezioro miało kształt lekko łukowaty, co wyraźnie wydłużyło naszą drogę do żon i dzieci. Wróciliśmy po 4 godzinach.

Wtedy życie jasno dało mi odczuć różnicę między zawodowstwem a amatorstwem. Kolegą, o którym wyżej wspominam, był Andrzej zwany Płetwą (to z uwagi na imponujący rozmiar stopy),  trener pływania, niegdyś znakomity pływak, mistrz Polski w różnych kategoriach wiekowych. Otóż podczas gdy ja młóciłem wodę w mojej najszybszej wersji kraula, on leżał sobie na plecach, poruszając tylko swoimi imponującymi stopami. W żaden sposób nie mogłem go wyprzedzić. Po  dwóch godzinach miałem tego dość.

– Andrzej, płyń do dziewczyn i powiedz, że trochę się spóźnimy na tego grilla.

– Dasz sobie radę? – upewnił się mój przyjaciel.

– No jasne, płyń, po co mają się martwić.

Andrzej ruszył spokojnym kraulem, za chwilę już go nie było widać.

Kiedy dopłynąłem po dalszych dwóch godzinach, na brzegu panowała dziwna cisza. To był początek cichych dni pomiędzy nami pływakami, a naszymi  nieocenionymi małżonkami. A grilla i tak rozpaliliśmy.

09 Lip 2010

W lipcu często zbiera mi się na wspominki. Częściowo to efekt rozmiękczenia mózgu, spowodowanego upałami, częściowo być może zaawansowanego wieku. Podobno starcy żyją wyłącznie przeszłością.

Inna sprawa, że akurat w lipcu miały miejsce doniosłe wydarzenia, w tym moja zawodowa inicjacja, i to podwójna. 1 lipca 1974 r dostałem etat w Gazecie Olsztyńskiej, gdzie – jak widzicie – tkwię do dziś. Prawdziwa inicjacja była jednak dwa lata wcześniej, kiedy to jako nieopierzony studencina załapałem się na rodzaj letniej praktyki w Gazecie – nie ukrywam, że po znajomości. Oto felieton na ten temat z piątkowej Gazety Olsztyńskiej.

Żeglarski babiniec

Kierownik działu sportowego okazał się postawnym mężczyzną po czterdziestce. Spojrzał na mnie dość przychylnie, był wszak starym kumplem mojego ojca.

– Dziennikarz pracuje nogami, nie d… – uświadomił mnie od razu mój pierwszy szef.  – Zasuwaj w teren.

– Ale co, ale gdzie, ale ja nie wiem – bąkałem bezradnie jak dziecko.

– No masz, to ja mam ci tematy wynajdywać? Dobra, jedź nad Krzywe, tam podobno jest obóz żeglarski. Zobacz, jak to wygląda.

Trzeba Państwu wiedzieć, że wtedy brzegi Krzywego nie wyglądały tak, jak teraz. Sporo jeszcze było dzikich miejsc, sporo obozowisk – tych zorganizowanych i tych zupełnie prywatnych. Łaziłem od namiotu do namiotu pytając, czy przypadkiem lokatorzy nie są uczestnikami obozu żeglarskiego. W końcu trafiłem; rany boskie – same baby. Ktoś wymyślił taki obóz szkoleniowy tylko dla dziewczyn. Obległy mnie z radosnym szczebiotem, opowiadając o swoich przeżyciach. Wszystko sumiennie notowałem, odpytałem też kadrę i z ciężkim notesem pojechałem do domu, gdzie do nocy skrobałem pracowicie pierwszy – pożal się Boże – reportaż mojego życia.

Kiedy nazajutrz szef otrzymał pokaźnych rozmiarów maszynopis, wybuchnął niepohamowanym śmiechem.

– Co ty mi tu bracie przyniosłeś. Przecież miało być o obozie kadry żeglarskiej, a nie o babach – rechotał. – No dobra – dodał widząc moją nieszczęśliwą minę – coś z tego zrobimy.

Coś pokreślił, coś dopisał i nad wszystkim napisał wielkimi kulfonami: ŻEGLARSKI BABINIEC.

To był mój pierwszy materiał dziennikarski, opublikowany – nie uwierzycie – w lipcu 1972 roku. Jak więc widać, dziennikarzem zostałem dawno, dawno temu, w dodatku przez pomyłkę. Na dalszy ciąg wspomnień o moich pierwocinach zawodowych zapraszam na mój blog.

Kilka słów komentarza. Szefem działu sportowego był wówczas Ryszard Zalewski, partnerował mu Wojtek Zachalski – i to cały zespół. Gazeta przeznaczała wówczas na sport dwie szpalty w codziennym wydaniu, zaś w poniedziałek całą stronę. O dodatkach sportowych nikt wtedy nawet nie myślał, wszak cały naród żył wydarzeniami nierównie bardziej doniosłymi, jak na przykład kolejne plena (plenum to po prostu zebranie delegatów) jedynie słusznej partii (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, gdyby ktoś nie pamiętał).

Jako pacholę marzyłem o karierze dziennikarza sportowego, ale kiedy stawiłem się po raz pierwszy do pracy – już etatowej – skierowano mnie do działu miejskiego. Tam szefem był ś.p. Mietek Szczepański, który na odczepnego (wiadomo, z młodymi  same kłopoty, więc trzeba ich czymś zająć) wymyślił mi zebranie informacji o patronach olsztyńskich ulic, oczywiście tych związanych z naszym regionem.

Zabrałem się za robotę niezwykle skrupulatnie, grzebałem w archiwach, encyklopediach, przewodnikach. Publikowałem te kawałki w rubryce „Znane i nieznane”, obficie dzieląc się z czytelnikami zdobyta wiedzą. Któregoś dnia wezwał mnie Romek Wachowiec, wówczas zastępca sekretarza redakcji, późniejszy wieloletni zastępca redaktora naczelnego.

– Adam, co ty tak ciągle o tych biskupach, kanonikach, księżach. To nie jest gazeta kościelna, a raczej – można powiedzieć – wprost przeciwnie.

Tak się bowiem składało, że co patron – to duchowny. Najśmieszniej było z Wacławem Osińskim; na jednym końcu ulicy jego imienia widniała tabliczka: KS. WACŁAWA OSIŃSKIEGO, a na drugim KSIĘCIA WACŁAWA OSIŃSKIEGO. Do dziś nie wiem, czy ten lapsus popełniono z głupoty, czy rozmyślnie, aby chociaż na jednym krańcu ulicy schować tego nieszczęsnego księdza. Tak czy siak po mojej publikacji tabliczkę wymieniono.

Pewnie jak przejdę na emeryturę (nie tak szybko, jeszcze się nie cieszcie) napiszę wspomnienia o ówczesnej Gazecie i jej ludziach. Czy kogoś to jeszcze dzisiaj interesuje?

02 Lip 2010

Dziś dalszy ciąg wątku samochodowego z akcentem dydaktyczno-wychowawczym. Zacznijmy tradycyjnie od felietonu w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

W lewo czy w prawo?

W czym jak w czym, ale w wychowaniu dzieci sukcesy odnoszę bezsporne. Ostatnio uzyskałem kolejny dowód karności i posłuszeństwa mojego najmłodszego syna, z zawodu studenta, mieszkającego w Łodzi. Otóż w jakimś dziwacznym geście dobroczynności przekazałem temuż studentowi samochód marki i wieku średniego, ale o wysokim współczynniku sprawności i wygody. Syn był zachwycony, atoli po mniej więcej miesiącu puściły mu hamulce. Samochodowi, nie synowi. Czas był sesyjny na uczelni, więc auto stało bezczynnie  i – wydawało się – bezpiecznie na peryferiach łódzkiej metropolii, czekając na litościwe zainteresowanie nowego pana. Traf jednak chciał, że któregoś dnia włączył się alarm i wył przez cały dzień aż do kompletnego wyczerpania akumulatora. Nie było komu wyłączyć, bo syn przecież na zajęciach. Od tej pory auto przestało reagować na pilota, bowiem zamek centralny działa jak wiadomo na prąd, a prądu akurat w syna samochodzie zabrakło.

– Spróbuj otworzyć kluczykiem, przekręć najpierw lekko w lewo, potem spróbuj mocniej, tylko nie połam kluczyka – poradziłem przez telefon.

Syn spróbował – nic z tego nie wyszło. Powstawały kolejne warianty dostania się do zamarłego pojazdu: wezwać fachowca od zamków (250 złotych), wybić szybę i otworzyć od środka (od 100 do 400 złotych).

Nie wytrzymałem, pojechałem do Łodzi pomóc synowi w biedzie.

– Wybijemy szybę w tylnych drzwiach, tę trójkątną – zdecydowałem. – Przynieś młotek i coś do przyłożenia.

Przed egzekucją raz jeszcze spróbowałem kluczykiem – i co powiecie? Poszło jak po maśle, tyle że musiałem kręcić w prawą stronę. Mój posłuszny syn kręcił cały czas w lewą, tak jak mu doradziłem.

Spotkanie w Łodzi miało swój dalszy ciąg – bodaj jeszcze ciekawszy. Zapraszam na swój blog (adres poniżej).

Już po opublikowaniu niniejszego dopadły mnie wyrzuty sumienia – bo to wygląda, jakbym chciał własnego syna ośmieszyć. Nawet mi to do głowy nie przyszło, chciałem tylko pokazać śmieszność sytuacji, kiedy to czynność zdawałoby się niewykonalna okazuje się banalnie prosta.

A oto obiecany w felietonie ciąg dalszy. Po wyjaśnieniu sprawy zamkniętego samochodu zaczęliśmy pakować do mojego auta parę rzeczy ze skromnego dobytku mojego studenta, które miałem zabrać do Olsztyna. Przymierzyliśmy się m.in. do zapakowania roweru. Męczyliśmy się długo, wpychając go raz tak, raz siak do kabiny – za cholerę nie chciał wleźć. Mój syn palił w trakcie tych czynności papierosa, co ostatecznie wyprowadziło mnie z równowagi.

– Wyjmij tę fajkę z ust – rzuciłem wściekły, chociaż związek między paleniem a niemieszczeniem się roweru był raczej wątły.

– Wyjąłem, ale rower nadal nie wchodzi – odpowiedział ze stoickim spokojem syn.

Ryknęliśmy wszyscy śmiechem. Ostatecznie – po odkręceniu obydwu kół – rower jakoś zmieścił się do samochodu.

Historia ta jak w bajce ma dobre zakończenie. Samochód syna wylądował u mechaników; teraz czekamy na obu (tzn. na syna i jego samochód) w Olsztynie. Już się cieszymy na wspólne wakacje.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.