29 Cze 2010

Służbowe wyjazdy w teren mogą całkiem niespodziewanie nastroić nas na nutę sentymentalną, czego doświadczyłem podczas pobytu w niewielkim, ale pięknym miasteczku na Warmii. Zapraszam do lektury felietonu z piątkowej Gazety Olsztyńskiej.

Kukułeczka kuka

Rozmawiamy w pokoiku raczej niedużym, do tego przejściowym. Co chwila wchodzą i wychodzą przestraszone, zestresowane dzieciaki z odbitymi na ksero nutami. Za drzwiami, opatrzonymi odręcznie nagryzmolonym ostrzeżeniem: EGZAMIN, NIE WCHODZIĆ POD GROŹBĄ KARY ŚMIERCI trwa właśnie roczny sprawdzian umiejętności uczniów miejscowego ogniska muzycznego. Jedni grają jako tako, inni rzępolą rozpaczliwie, jeszcze inni całkiem składnie – jak to uczniowie. Po każdym wyjściu ucznia chwila przerwy, po czym z drzwi z budzącym grozę napisem wypada dobroduszny olbrzym, obdarza nas w przelocie półuśmiechem i wyławia z korytarza kolejną ofiarę. Wszystko to w sympatycznej atmosferze lekkiej zgrywy (choćby ten krotochwilny napis), ale i pewnej czułości, bez sztywnej powagi, obowiązującej na „prawdziwych” egzaminach.

Ktoś na akordeonie z ujmującą prostotą wygrywa znany ludowy motyw: Kukułeczka kuka… Na miły Bóg! Grałem to samo blisko pół wieku temu, tyle, że na pianinie, kalecząc wrażliwe uszy moich ówczesnych nauczycieli. Tak wbił mi się ten prosty motyw w głowę, że do dziś potrafię go zagrać na klawiszach, chociaż po półwiecznej przerwie sztywne paluchy potykają się raz za razem bezradnie. Czasem, gdy spotkam się z braćmi – a wszyscy trzej chodziliśmy do ogniska muzycznego – żartujemy sobie, ze razem moglibyśmy jeszcze dać niezły recital fortepianowy. Ja zapamiętałem jakimś cudem nieszczęsną Kukułeczkę, najstarszy brat do dziś wystuka Krakowiaczek ci ja, zaś drugi brat – Szła dzieweczka do laseczka. Zastanawiamy się nad zaplanowaniem trasy koncertowej.

Nigdy bym nie przypuszczał, że w Gminnym Domu Kultury w Ornecie dopadną mnie z taką siłą najpiękniejsze wspomnienia dzieciństwa. Chylę czoło przed skromnym orneckim dyrektorem i krotochwilnym nauczycielem muzyki. Tak trzymać, panowie.

Jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Naukę w ognisku muzycznym podjąłem pod przymusem, podobnie zresztą jak moi bracia, mimo to dzisiaj wspominam te czasy z ogromnym sentymentem. Nasze żmudne nauki na szczeblu absolutnie podstawowym owocowały za czas jakiś eksplozją naszych talentów w muzyce tzw. rockowej. Zajęliśmy niszę pod nazwą „Rock domowy” i do końca naszej twórczości jej nie opuściliśmy. Później rozmieniałem bezwstydnie swój talent na drobne przy ogniskach żeglarskich, bowiem dzięki opanowaniu kilku prostych chwytów na gitarze mogłem wśród raczej przygłuchej braci wodniackiej uchodzić za muzyka. Niestety najczęściej bywało tak, że gdy przestawałem grać, natychmiast ktoś ze słuchaczy krzyczał donośnie: hej! przynieście szklankę dla grajka! Nie muszę dodawać, co było w tej szklance.

Chyba nikogo nie dziwi, że rychło zakończyłem swoja karierę – zarówno muzyczną, jak i żeglarską.

18 Cze 2010

Czym się różni słowik? Tym, że ma lewą nóżkę bardziej niż prawą.

Ten surrealistyczny żart pasuje tu jak ulał. Wszystko wyjaśnia mój felieton z piątkowej Gazety Olsztyńskiej, zapraszam do lektury:

Czym się różnię

Przyszło awizo na nazwisko córki. Drobnym drukiem dopisano, że przesyłkę może odebrać osoba dorosła o tym samym nazwisku, mieszkająca pod tym samym adresem. Uznałem, że spełniam warunki, więc poczłapałem na pocztę. Niestety, okazało się, że nie po przesyłkę, ale dla twórczej dyskusji z panią w okienku.

– Nie mogę panu wydać tej przesyłki – poinformowała bez uśmiechu pani zza szybki.

– Ale dlaczego – schyliłem się do otworu, położonego na wysokości pasa. – To moja córka, jest u mnie zameldowana, ale podczas studiów mieszka w Krakowie.

– To przesyłka z (tu nazwa Bardzo Ważnej Instytucji), może odebrać tylko osobiście.

Zbaraniałem i omal zapomniałem języka w gębie.

– W takim razie podam aktualny adres córki i proszę jej odesłać.

– Tego zrobić nie możemy, przesyłka musi trafić na adres zameldowania.

– Więc co będzie z tym listem?

– Wróci do nadawcy.

– A co potem?

– Nadawca wyśle jeszcze raz

– A córka znów nie odbierze, więc może… tu przerwałem dalszą dyskusje, bo niewygodnie się rozmawia w pozycji aż tak pochylonej, do tego kolejka petentów za mną zaczęła syczeć, psykać i dogadywać.

Wróciłem nazajutrz, żądając widzenia z kierownikiem. Wyszła do mnie miła pani. Okazało się, że jedyną możliwością odebrania takiej przesyłki przeze mnie jest czekanie w domu na kolejną wizytę listonosza. Osoba dorosła zameldowana pod tym samym adresem co odbiorca przesyłki może ją odebrać w domu, ale nie na poczcie. Nie próbowałem ustalić, czym się różnię JA w mieszkaniu od tego samego MNIE, stojącego bezradnie przed pocztowym okienkiem. Na szczęście w pełnomocnictwie notarialnym, w jakie wyposażyła mnie moja przezorna córka, był też punkt o odbieraniu korespondencji. Pani naczelnik przeprosiła za przykre nieporozumienie i z ulgą rozeszliśmy się do swoich zajęć.

No i jak Wam się podobają moje utarczki z pocztą? Pozostaje fundamentalne pytanie: czym się różni Bartnikowski?

13 Cze 2010

Wróciłem z dalekiej podróży… Byłem w miejscu niezwykłym, deptałem stare uliczki, pływałem kanałami, pstrykałem  bez umiaru, ale i tak to zdjęcie musiałem ściągnąć z Internetu. Popatrzcie:

Takiego zdjęcia zwykły śmiertelnik nie wykona. Mnie się udawały takie:

Chciałem na zdjęciu uchwycić, jak monumentalna katedra w Strasburgu (lub – jak kto woli – Strasbourgu) przytłacza wszystko i wszystkich w pobliżu. Masz wrażenie, jakbyś stanął o stóp wielkiej góry; ta góra zdaje się walić na ciebie, wtłaczać w ziemię. Po prostu zapiera dech – ale nie tylko z zachwytu, ale dosłownie, jakby siadł na ciebie ogromny ciężar. Dobra, dam sobie spokój, tego i tak nie da się opisać. Jak mawia mój znakomity przyjaciel Marek Barański (patrz blog obok) – prawdziwe dzieła sztuki trzeba oglądać w oryginale. Żadne zdjęcia, a tym bardziej opisy na wiele się nie zdadzą.

Ale przecież nie pojechaliśmy do Strasburga tylko, ani nawet przede wszystkim dla turystycznych wrażeń. Szukałem bezpowrotnie utraconego dzieciństwa, zapomnianej na długie lata przyjaźni.

Mój przyjaciel z dzieciństwa i młodości wyjechał do Francji prawie 30 lat temu. Rok temu spotkaliśmy się w Polsce. Powspominaliśmy, pogadaliśmy, dobrze nam było razem, no więc Krzysiek powiada przy rozstaniu: musisz koniecznie wpaść do mnie do Strasburga, oczywiście z Ewą.

Wiecie, jak to jest – zawsze mówimy: wpadnij do mnie, musimy się spotkać – a potem to wszystko rozmywa się w jeziorze czasu. Ale nie tym razem. Po wyjeździe Krzysztof zaczął mnie bombardować mailami: no i jak, kiedy się wybierasz do Francji? Po prostu naprawdę bardzo chcieliśmy się ponownie spotkać.

W końcu udało się na początku czerwca. To było tylko kilka dni, ale jakich! Przepełnionych przyjaźnią, serdecznością, a jednocześnie zwyczajnością. Czuło się, że Krzysiek i jego wspaniała żona Bożenka nie nadymają się przed gośćmi (czyli przed nami), tylko po prostu cieszą się naszą obecnością i możliwością wspólnego spędzania czasu. Strasburg i jego wspaniałe zabytki były tylko tłem naszego spotkania. A dodatkowo Krzysiek okazał się rewelacyjnym kucharzem. Dość powiedzieć, że bez użycia siły zdołał mnie nakłonić do spożycia ślimaków i małż.

Oczywiście przy pożegnaniu umówiliśmy się w Polsce. Będą w sierpniu. Już się cieszymy na kolejne z nimi spotkanie.

08 Cze 2010

Zaniedbałem nieco pracę nad blogiem, ale nie z lenistwa czy – nie daj Boże – lekceważenia PT Czytelników. Pojechałem po prostu na urlop, o czym napiszę oddzielnie. Dziś o wstrząsających wydarzeniach, jakie miały miejsce tuż przed wyjazdem. Oto felieton z piątkowej Gazety Olsztyńskiej.

Ludzie dzielą się na tych, którzy rzucili, rzucają bądź rzucą palenie. Dzisiejszy felieton chciałbym poświęcić grupie drugiej, co jest przedsięwzięciem podwójnie trudnym. Po pierwsze populacja grupy jest trudna do zdefiniowania, podział bowiem na tych, którzy jeszcze palą i na tych, którzy właśnie palić przestają jest – ze względu na ów tryb ciągły – mocno nieostry. Druga trudność wynika ze względów głęboko osobistych; otóż wyzwanie nałogowi rzuciła moja osobista małżonka.

Pierwotny plan mojej bohaterskiej żony zakładał rzucenie palenia stopniowo.

– Nie będę paliła w pracy ani nigdzie, czasami zapalę sobie tylko w domu, przy tobie – stwierdziła ciepło, dając do zrozumienia, że jestem wyniesiony do poziomu tego jedynego na świecie świadka.

Kobieta atoli zmienna jest, więc już po południu tego samego dnia moja lepsza połowa podjęła decyzję o odrzuceniu tego dwuznacznego kompromisu.

– Nic, od zaraz, nie mam ani sztuki i nie kupuję – oznajmiła po obiedzie.

Prawie w  każdym amerykańskim filmie jeden z bohaterów wygłasza taką kwestię: chcesz o tym porozmawiać? No więc moja małżonka chce o tym rozmawiać. Ba, cóż się dziwić, pamiętam siebie sprzed lat dwudziestu kilku, gdy zaniechawszy inhalacji za pomocą królujących wówczas Klubowych stałem się niestrudzonym propagatorem zdrowego trybu życia, polegającego – jak głosiłem – na skończeniu ze zgubnym nałogiem. Być może to moje przynudzanie w końcu tak zdenerwowało moją lepszą połowę, że postanowiła położyć mu kres. Od dziś zaczynam przynudzać mojemu najstarszemu bratu i najmłodszemu synowi – to ostatni palacze w moim rodzie.

Jednocześnie stanowczo dementuję pojawiające się tu i ówdzie pogłoski, jakoby ten felieton powstał w związku z ogłoszonym na 31 maja kolejnym Dniem Bez Papierosa. Teraz nie ma już dla mnie i mojej żony Dnia Z Papierosem.

Moja niezłomna małżonka dotrzymała słowa. Nie pali. Nareszcie jesteśmy równi.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.