28 Maj 2010

W swoim felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej zaprosiłem PT Czytelników na swój blog, obiecując ujawnić przepis na niejadalną sałatkę śledziową.

Zanim jednak oddamy się przyjemności przyrządzania tego specjału (mimo wszystko jadalnego, jak się okazało), najpierw obowiązek – czyli felieton.

De gustibus non est disputandum – powiadali starożytni mędrcy, mając już wtedy zapewne na myśli moją nieocenioną małżonkę. Ale skąd wiedzieli, że – mając w rękach wszelkie atuty – aż tak spartolę sałatkę śledziową.

Zaczęło się od przepisu, który nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd zalągł się na moim komputerze i wyskoczył niespodziewanie wprost przed oczy. Sałatka śledziowa z buraczkami – przeczytałem na głos.

– Przestań, bo mam ślinotok –  powiedziała niewyraźnie (to przez ten ślinotok) koleżanka z pracy. – Ale jak zrobisz, to przynieś trochę na spróbowanie.

No więc zakupiłem, co trzeba,  zrobiłem jak trzeba (po przepis zapraszam na mój blog), zdążyłem tuż przed powrotem żony. Wyszła nieludzko słona, do tego zacebulona do granic możliwości i w ogóle moim zdaniem prawie niejadalna. Żona jednakoż pochłonęła swoją porcję bez słowa skargi.

– Poprawię ją, dołożę ziemniaczków, będzie mniej słona i w ogóle łagodniejsza – obiecałem skwapliwie po posiłku, gdy już podałem napoje łagodzące obyczaje.

– Ani mi się waż, jest pyszna – powiedziała zupełnie szczerze moja nadzwyczajna druga połowa.

Złożyłem to na karb jej znanej powszechnie łagodności i niechęci do konfliktów. Kiedy nazajutrz pojawiłem się w pracy, koleżanka łypnęła na moje skromne bagaże.

– I co, masz sałatkę?

– Zrobiłem, ale wyszła ohydna – tu opisałem ze szczegółami wszystkie wady mojego wyrobu sałatkopodobnego.

– Taka właśnie jest najlepsza! – parsknęła obrażona koleżanka.

Chcąc nie chcąc podyrdałem w te pędy do domu po moją zdumiewającą mieszankę, mającą – jak się okazuje – walory niemalże afrodyzjaku. Wygląda na to, że dotychczas zupełnie nie znałem kobiet.

Teraz obiecany przepis:

Śledzie pod pierzynką z buraczkami

Produkty:

30 – 40 dag śledzi (najlepiej gotowe filety matiasy)

4-5 gotowanych ziemniaków w mundurkach

3-4  jaja

1 cebula (ja dałem dwie i przesadziłem chyba, więc można poprzestać na jednej, zwłaszcza gdy dorodna)

30 dag buraczków czerwonych w occie (ze słoiczka)

Majonez, sól, pieprz (sól podaję dla porządku, bo jest w przepisie, ale tylko wariat soli śledzie)

Sałatkę robimy warstwowo:

Na dole miski kładziemy pokrojone w paski matiasy, na nich obrane i pokrojone ziemniaki,  cebulkę, majonez, jajko, buraczki czerwone starte na paski, majonez i od początku, śledź, ziemniaki, cebulka, majonez, jajko, buraczki, majonez itd…

W praktyce tak się nie da (przynajmniej u mnie się nie dało), więc wszystko wymieszałem. Sałatka lepsza jest na drugi dzień, jak wszystko się dobrze przegryzie. Smacznego.

21 Maj 2010

Dziś dalszy ciąg wątku samochodowego. Zapewne nie ostatni to wpis na ten temat, bo przecież wszyscy lubimy samochody. Zdarza się jednak – czego właśnie doświadczam – że samochody nie lubią nas.

Jako handlarz używanymi samochodami odniosłem w życiu wiele sukcesów, rzadko były to jednak sukcesy finansowe. Najkorzystniej sprzedałem starą syrenkę, która na szczęście nie jeździła, więc mocno napalony kupiec, przybyły z krańca województwa, nie mógł sprawdzić przyspieszenia, płynności jazdy i podobnych walorów.

– Kiedy dawałem ogłoszenie, była jeszcze na chodzie – usprawiedliwiałem się wobec napaleńca. Wspomniałem też o innych drobnych niedomaganiach mojego krążownika szos, jako to dziurawe podwozie, miękki pedał hamulca  czy niemożność jazdy pod górkę.  Uznałem bowiem, że tylko pełna szczerość  może poprawić mój wizerunek potencjalnego oszusta, żerującego na cudzej niewiedzy.

– Nic nie szkodzi – odpowiedział na moje wywody mój gość. – Ja nie potrzebuje tym jeździć, przerobię ją na przyczepkę. To ile płacę?

Natychmiast wyłożył żądaną (niezbyt oczywiście wygórowaną) kwotę na stół i zapytał, czy mam klucz czternastkę. Przypadkowo miałem. Po chwili obserwowałem go przez okno, jak zdjąwszy marynarkę położył się pod moim (a właściwie już swoim) unieruchomionym wehikułem w karkołomnej pozycji, z jedna ręką wewnątrz kabiny, a drugą pod podwoziem. W ten sposób naprawiał hamulce. Później coś pogmerał  pod maską, przekręcił kluczyk i silnik zaskoczył.

– Hela, jedziemy – rzucił do żony,  krążącej w pobliżu jak rozjuszona lwica.

Połowica z ociąganiem zniknęła wewnątrz rozdygotanego nadwozia i odjechali. Śledziłem później przez kilka dni kronikę wypadków. Nie znalazłem nic o mojej syrence – znaczy: dojechali.

Nigdy więcej nie zawarłem tak korzystnej transakcji sprzedaży. Później to ja bywałem parę razy nabywcą kupy jeżdżącego złomu, którą ogromnym nakładem kosztów i stresu doprowadzałem do stanu jako takiej używalności. No cóż, transakcja życia zdarza się tylko raz.

15 Maj 2010

W piątkowej Gazecie Olsztyńskiej zakończyłem swój felieton zaproszeniem na blog. Kto nie czytał Gazety, zapraszam najpierw do lektury felietonu.

Bez zakończenia 

Efektownie piknąłem pilotem, samochód równie efektownie zablokował wszystkie zamki, błysnął światłami kierunkowskazów i… tak pozostał. To znaczy z włączonymi na stałe kierunkowskazami. Manipulacje pilotem powodowały jedynie na przemian zablokowanie lub odblokowanie drzwi, ale światła przylepiły się do mojego cudu techniki na stałe.

Próbuję uruchomić – bez problemu. Ale jak jechać z włączonymi trwale kierunkowskazami?  Do domu mam równo 100 kilometrów, do najbliższego większego miasta – z 50. Nie miałem wyjścia: pojechałem dalej świecąc jak choinka. Na szczęście kierunkowskazy nie migały, lecz paliły się światłem ciągłym, co od biedy z daleka można było uznać za jakiś świetlny bajer.

W renomowanym warsztacie w najbliższym mieście powiatowym mechanik najpierw zdjął klemy z akumulatora. – Może auto da się oszukać.  Nie dało się, więc przyniósł komputer, podłączył do jakiegoś tajemnego złącza w moim samochodzie, coś tam poklikał i światełka zgasły.  Nie na długo niestety. Nazajutrz rano diabeł mnie podkusił, żeby znowu uruchomić pilota. Niezawodne światła rozbłysły pełną gamą.

Tym razem auto pojechało do autoryzowanego salonu, tamtejszy fachowiec podłączył swój komputer, poklikał i światełka zgasły. 

– Coś jest w instalacji, ktoś coś kombinował z dodatkowym alarmem  – zawyrokował.  – Jak się powtórzy, trzeba będzie rozbebeszyć całe auto.

Dzień później moje światełka powitały mnie radosnym mrugnięciem, po którym ponownie ustawiły się w pozycji wiadomej. Pojechałem  do zaprzyjaźnionego warsztatu panów Andrzeja i Krzysztofa. Ich mechanik wysunął pewną hipotezę, ale że był już wieczór, sprawdzi  ją dziś rano. Ciekawych dalszego ciągu zapraszam na mój blog (adres poniżej). Na razie sam nie wiem, jak to się skończy.

 Dalszy ciąg jest taki, że teza mechanika okazała się niestety nietrafna, co skutkowało dalszym pozostawaniem mojego auta na przywarsztatowym parkingu. Miał tak czekać kilka dni aż fachowiec w autoryzowanhym salonie znajdzie czas, żeby prześwietlić go swoim komputerem. Pan Andrzej – rasowy fachowiec – nie wytrzymał i popróbował raz jeszcze zmierzyć sie z palącym problemem. Osiągnął nawet pewien sukces, niestety nie na długo. Dojechałem do centrum miasta, po czym moja choinka zapaliła się ponownie.

Wróciłem do warsztatu i pozostawiłem samochód pod płotem. Czekam na wyrok z komputera.

08 Maj 2010



Odwiedziła mnie w długi weekend córka z przyjaciółkami. Całe to towarzystwo wracało do Krakowa w poniedziałek 3 maja. Wypatrzyliśmy w Internecie niezłe połączenie: 11.05 z Olsztyna do Warszawy, stamtąd po 10 minutach Intercity do Krakowa.

Zakup biletów okazał się czynnością wysoce skomplikowaną, bowiem córka miała zniżki studenckie, zaś jej przyjaciółki – zniżki dla nauczycieli akademickich. Niezbyt dokładnie wiem, na czym polega różnica, ale stwarza to potężne komplikacje. Jedna z koleżanek  – nauczyciel akademicki – ma zniżkę na Intercity, a na tańsze pociągi nie. Młodzież akademicka zniżkuje wprost przeciwnie.  Spróbujcie policzyć cenę takiego biletu – osobno dla studentki, osobno dla profesorki.Kasjerka tego dokonała, ale kiedy już transakcja została zakończona, zauważyliśmy na tablicy odjazdów pociąg do Krakowa. Bez przesiadki, odjazd o 11.05. To NASZ pociąg! Wprowadzono go od 1 maja, w Internecie jeszcze go nie było. Sytuacja była więc taka: dziewczyny miały wsiąść do pociągu do Krakowa, ale musiały wysiąść w Warszawie, tam poczekać na następny pociąg do Krakowa. Lekki obłęd, ale nie tracimy spokoju; szybka decyzja – trzeba wymienić dopiero co kupione bilety. Powrót do kasy – niestety, nie można wymienić! Trzeba iść do dyżurnego ruchu na I peronie i tam załatwić sprawę.

W dyżurce na I peronie – zresztą starannie ukrytej przed ewentualnymi interesantami – nastrój spokojny, rzec by można świąteczny (przypominam, jest 3 maja). Po kilku długich jak wieczność minutach łaskawe skinięcie ręką – proszę, o co chodzi?

Dziewczyny przedstawiają problem, pani kiwa ze zrozumieniem głową, nie spiesząc się przystawia na biletach jakieś pieczątki, coś tam gryzmoli, wreszcie kończy. To co, można wsiąść do pociągu? Skądże, trzeba wrócić do kasy, tam oddać bilety, odebrać pieniądze i kupić bilety jeszcze raz. Pociąg już niemal ruszał, gdy nasze trzy zziajane podróżniczki z biletami w spoconych rękach wskoczyły wreszcie do wagonu.

Na szczęście dzień później nadeszły pomyślne wieści: wygląda na to, że pociągi w naszym pięknym kraju przestaną wkrótce w ogóle kursować. Reforma PKP zaszła bowiem tak daleko, że każdym peronem i każdym torem zarządza inna spółka.

04 Maj 2010

Niniejszy wpis zawdzięczają Państwo aktywności mojej małżonki na jednym z portali społecznościowych.

Dojrzał ją tam niejaki Ralph Bartnikowski, mój daleki kuzyn (?) z Ameryki i natychmiast napisał do mnie, że widzi i pozdrawia. Odpisałem mu, że sorry ale nie mam czasu, bo robię pierogi – no i dopiero się wkopałem. Daj mi przepis na polskie pierogi – zażądał Ralph zza atlantyckiej otchłani. Cóż było robić – zasiadłem ze słownikiem do komputera i słówko po słówku wysmażyłem cały przepis. Jako bonus dołożyłem kołduny – niech się chłop pomęczy: najpierw z moją chromą angielszczyzną, potem z garami w kuchni.

Specjalnie dla Państwa przepis (po polsku) na kołduny rosyjskie/litewskie (ok. 80 sztuk):

1. Ciasto – chyba każdy wie, ale na wszelki wypadek… Usypujemy na stolnicy górkę z 4 szklanek mąki, wybijamy ręką niewielki dołek – coś na kształt wulkanu (ale nieczynnego) i wbijamy tam 3 – 4 jajka. Przygotowujemy dzbanuszek z letnią woda i zarabiamy ciasto nożem, dolewając cienkim strumyczkiem wodę. Po kilku minutach odkładamy nóż i z ciężkim westchnięciem zabieramy się za właściwe wyrabianie ciasta. Miętolimy je rękami tak długo, aż będzie jednolite, elastyczne i gładkie. Dzielimy na 4 mniej więcej równe porcje, przykrywamy wilgotną lnianą ściereczką i zabieramy się za

2. Farsz – potrzebujemy ok. 70 dag dość chudej wołowiny oraz ok. 30 dag pachwiny wieprzowej (do kołdunów litewskich – pół na pół wołowina z baraniną). Wszystko to mielimy w maszynce z dość grubym sitem. 1 – 2 cebule drobno siekamy, podsmażamy i dodajemy do farszu, solimy do smaku i obficie doprawiamy mielonym pieprzem (10 – 15 ziarenek), zielem angielskim (15 – 20 ziarenek), majerankiem (ile kto lubi, ja dodaję co najmniej 2 łyżeczki). Dodajemy kilka drobno posiekanych ząbków czosnku i ćwierć szklanki bulionu wołowego (jeżeli do kołdunów gotujemy rosół wołowy, wówczas dajemy do farszu tenże rosół), dokładnie mieszamy i gotowe. Ciasto wałkujemy i szklanką wycinamy kółeczka, które napełniamy farszem. UWAGA: żeby kołduny nam się nie rozpadły podczas gotowania, dobrze jest przed zlepieniem zwilżyć brzegi krążków wodą. Gotowe kołduny gotujemy w osolonej wodzie lub jeszcze lepiej w rosole wołowym 10-15 minut (oczywiście wrzucamy je do wrzątku). Jeżeli rosołu nie chciało nam się gotować, podajemy polane roztopionym masłem.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.