23 Kwi 2010

W życiu mężczyzny przychodzi nieuchronnie taki czas, kiedy musi zmienić samochód. Motywacja bywa różna, najczęściej niestety irracjonalna; bo kolega ma lepszy; bo dzieci rosną, a Ty wciąż w tym samym maluchu/skodzie/fordzie/fiacie (niepotrzebne skreślić).

Tak czy siak auto trzeba wymienić na lepszy (droższy!) model. W tej dziedzinie obowiązuje staropolska zasada: zastaw się, a postaw się. Innymi słowy kupujemy samochód, na który nas po prostu nie stać.

A skoro tak, to trzeba jakoś zdobyć tę horrendalną kasę, której nie mamy. Postanowiłem zatem wziąć kredyt. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że bank przyzna mi stosowną pożyczkę.  Miałem w rękach wszystkie argumenty: w banku ulokowałem znacznie więcej, niż wynosiła wnioskowana kwota pożyczki, byłem klientem długoletnim, na konto regularnie wpływały comiesięczne przelewy z tytułu wynagrodzenia za pracę. Pracuję w firmie chyba dość wiarygodnej (właśnie obchodzi 124-lecie), staż mam ponadtrzydziestoletni, jestem w grupie wiekowej chyba najniższego bankowego ryzyka. Co więcej – przedmiot zakupu – czyli  mój wymarzony samochód – stanowić miał hipoteczną współwłasność banku. No po prostu klient idealny.

Nie do końca i nie dla wszystkich. Miła pani konsultantka mojego banku oddzwoniła po paru dniach z hiobową wieścią: nasz analityk uznał pana za klienta wysokiego ryzyka, więc proponujemy obniżenie kwoty pożyczki oraz rozłożenie jej na 7 lat.

Niestety, nie mogłem spotkać się z przenikliwym analitykiem, ale może to i dobrze. Musiałbym mu udowadniać, że białe jest białe, a czarne – czarne. Zastanawiam się, jakież to kryteria brał pod uwagę niewątpliwie młody i niewątpliwie zdolny analityk bankowy. Może powinienem być milionerem? Tylko po co wtedy byłaby mi pożyczka? A może powinienem mieć 19 lat i przyszłość przed sobą, zamiast przeszłości za sobą. Honorowo zrezygnowałem z pożyczki. A samochód i tak kupiłem, spłukawszy się niemal do cna.

18 Kwi 2010

Obyś żył w ciekawych czasach – życzyli wrogom starożytni mędrcy chińscy. Dane nam jest żyć w czasach ciekawych, ale też strasznych.

Czuję się w pewnym sensie wyróżniony przez los. Na moich oczach zmienił się ustrój społeczno-gospodarczy mojego kraju – a takie rzeczy dzieją się raz na kilka pokoleń. Byłem świadkiem pontyfikatu papieża Polaka – a taka rzecz wydarzyła się po raz pierwszy w 2000-letniej  historii kościoła katolickiego. To, czego jesteśmy wszyscy świadkami od pamiętnego poranka 10 kwietnia nie miało jednak miejsca nigdy w całej historii Polski. W tym jednym przypadku oddałbym jednak wiele, żeby nie być świadkiem zdarzenia tak straszliwego, choć także niewątpliwie historycznego.

Oglądałem – jak wszyscy chyba świadomi Polacy – uroczystości pogrzebowe Marii i Lecha Kaczyńskich. Dwa tygodnie temu byłem w Krakowie, odwiedziłem Bazylikę Mariacką, byłem na mszy wielkanocnej na Wawelu. Teraz w telewizji widzę żałobny kondukt, przemierzający te moje szlaki sprzed dwóch tygodni, królewskie szlaki Krakowa. Wówczas ze wzruszeniem słuchałem wspaniałego chóru Katedry Wawelskiej, w którym od niedawna śpiewa moja córka. Dzisiaj także  zaśpiewała ze swoim chórem – ale w jakże innych, tragicznych okolicznościach. Zwyczajnie, po babsku i po polsku, płakała nad tą niewyobrażalną tragedią, ale podczas ceremonii pogrzebowej łzy trzeba powstrzymać. Nie płaczem, lecz przejmującym śpiewaniem uczciła – wespół z koleżankami i kolegami – pamięć tragicznie zmarłej prezydenckiej pary.

Straszne czasy, ciekawe czasy. Zróbmy wszystko, żeby jednak było mniej ciekawie.

12 Kwi 2010

Ciszej nad tą trumną – apelowałem do autora jednego z blogów na stronie wm.pl. Sam jednak przerywam tę ciszę.

Jako młody człowiek nie byłem w stanie zrozumieć, jak Jan Kochanowski mógł w ogóle pomyśleć o pisaniu wierszy po stracie ukochanej córeczki? Jak Władysław Broniewski – poeta wielki, liryczny, niesłusznie kojarzony tylko z apoteozą socjalizmu – mógł zabrać się za składanie rymów do swojego cyklu żałobnego „Anka” po śmierci córki? A jednak coś siedzi w człowieku, co mu każe po niesłychanych, traumatycznych przeżyciach, opowiadać o nich, o sobie, o tym jak cierpi.

W pierwszych minutach dramatu pod Smoleńskiem zadzwonił do mnie przyjaciel. Pogadaliśmy chwilę: – Słyszałeś? – Słyszałem? – Nie mogę uwierzyć? – Ja też. I dalej w tym duchu, w zasadzie o niczym. Chcieliśmy poczuć tę więź między sobą, współodczuwanie z innymi rodakami – tymi zgromadzonymi w lesie pod Katyniem i tymi w kraju. Jest takie powiedzenie: stał jak rażony piorunem. W nas wszystkich uderzył piorun tej nieprawdopodobnej wiadomości. Cały dzień siedziałem kompletnie odrętwiały. Patrzyłem w telewizor, w komputer; śledziłem różne stacje, różne portale, a jednocześnie co jakiś czas logowałem się do swojego bloga, by za chwile się wylogować. Czułem, że jeszcze nie czas, że za wcześnie, że w jakimś sensie zakłócę swoim blogowaniem tę porażającą ciszę, która zapadła nad moim krajem. Wtedy to właśnie napomniałem jednego z kolegów (z wieku mi i urzędu ten przywilej należy – taką mam przynajmniej nadzieję), żeby wygasił niestosowną dyskusję w komentarzach pod jego wpisem. Kolega przyznał mi rację.

Napisał też do mnie inny przyjaciel, od lat na emigracji, obecnie w USA. Przysłał zdjęcia z miasta Portland w stanie Oregon. Tam też Polacy i Amerykanie uczcili tak, jak potrafili, pamięć ofiar naszej narodowej katastrofy.

Msza za ofiary tragedii w Smoleńsku przy bocznym ołtarzu w polskim kościele w Portland

Flagi polska (z czarną wstążką) i amerykańska na historycznym Domu Polskim w Portland

Na schodach Domu Polskiego przechodnie zostawiali kwiaty, znicze, kartki pamięci

Zamieściłem jego zdjęcia na stronie internetowej Gazety Olsztyńskiej, napisałem mu o tym w mailu. Zajrzał na nasz portal z tej swojej kosmicznie odległej Ameryki, za chwilę pisze: Adam, zmień proszę w podpisie moje imię: nie George, a Jerzy.

Jurek przez wszystkie te lata – a wyjechał tuż po stanie wojennym – pozostał Polakiem. Trochę kanadyjskim, trochę amerykańskim. Pisze, że może wróci do Polski na resztę życia.  Po polsku odczuwa z nami nową katyńska tragedię.

Nieprawdopodobnie współczułem Jarosławowi Kaczyńskiemu; musiał zidentyfikować szczątki własnego brata na przerażającym rumowisku po katastrofie. Raz w życiu przypadła mi podobnie traumatyczna rola, ale w nierównie bardziej naturalnych okolicznościach. Przed pogrzebem mojej mamy poproszono mnie o dopełnienie formalności i potwierdzenie tożsamości zmarłej. Jako pierwszy z całej rodziny zobaczyłem mamę w trumnie.

– W porządku – zapytał mnie pracownik firmy pogrzebowej.

– Nie, nie jest w porządku – odparłem. Widząc zdumione spojrzenie pracownika szybko dokończyłem myśl: – Nie jest w porządku, bo mama nie żyje.

Potem było mi głupio, że zamiast po prostu skinąć głową wygłosiłem tę uwagę, która ociera się o ponury żart. No ale przecież tak właśnie myślałem: to nie w porządku, że mama nie żyje.

Nie wiem, jak Jarosław Kaczyński zidentyfikował brata, co wtedy czuł, co powiedział – pewnie po prostu milczał, zastygnięty w jakimś potwornym, bolesnym skurczu, który trzymał go jeszcze długo potem na lotnisku w Warszawie. Myślę, że powinniśmy jak najdłużej zachować ciszę nad tymi trumnami. Ta cisza i tak przerażająco krzyczy.

06 Kwi 2010

W katedrze Wawelskiej bywałem kilka razy, ale na mszy świętej byłem po raz pierwszy. I od razu była to msza rezurekcyjna, trzygodzinna.

Do mszy trzygodzinnych nie jestem specjalnie wyrywny, ale tym razem okoliczność była niecodzienna. Na górze, na chórze, między dyrygentem i trębaczem, stała moja córka, wyśpiewując skomplikowane frazy pieśni niedostępnych zwykłym śmiertelnikom. Na dole kardynał Stanisław Dziwisz, kardynał Franciszek Macharski, cała ta procesja w zaklętym  kręgu wyjście-wejście. My malutcy w środku, a z chóru pieśń potężna spływa na nas siłą, spokojem i refleksją. Miałem nieposkromioną ochotę zaczepiać rozmodlonych sąsiadów, ciągnąć za rękawy i pokazywać palcem na górę: tam patrzcie, tam moja córka śpiewa, to jej głos słyszycie. Dałem spokój; i tak na mnie dziwnie patrzyli. Oni odwróceni do ołtarza, ja przekręcony w drugą stronę, z głową podniesioną ku sklepieniu.

Parę godzin wcześniej byłem na rynku krakowskim i w kościele Mariackim.

Na rynku czekaliśmy w tłumie na słynne krakowskie święcenie wielkanocne, które w tym roku mocno się opóźniało.

Coś tam się przesunęło w czasie, więc weszliśmy do Mariackiego. A tam niespodzianka: można dopchać się do ołatarza Wita Stwosza! Poświęciliśmy nasz koszyk wielkanocny na stole tuż przed ołtarzem. Tak to wyglądało. W ścisku zdjęcie nienadzwyczajne.

Na Wawel aparatu nie zabrałem. Mea culpa…

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.