31 Mar 2010

Na początek rozważania lingwistyczne. Miałem ogromne wątpliwości, czy mogę tak zatytułować ten felieton.

Przesyłając go redaktorowi Gazety Olsztyńskiej do mojego stałego kącika w wydaniu piątkowym, dałem do wyboru kilka tytułów, bo mnie samemu ten „syf” się nie podobał. Mój przyjaciel, erudyta, świetny poeta, redaktor, dziennikarz Marek Barański powiada, że są wyrazy, które nie przystoją pewnym ludziom, ergo: mnie syf nie pasuje. Ale przecież ten syf to nic innego, jak skrócona, popularna forma wyrazu syfilis, określającego groźną chorobę zwaną inaczej kiłą. Są wyrazy w języku polskim, które niespodziewanie nabrały pejoratywnego (czyli ujemnego) wydźwięku. Najbardziej reprezentatywne to żyd i syf właśnie. No ale przejdźmy do rzeczy, czyli do moich rozważań na temat bałaganu (inaczej syfu).

Rzadko zdarza mi się pisać dwa razy na ten sam temat, tym razem muszę jednak podzielić się z Państwem moim smutkiem i zgorszeniem. Dokopałem tydzień temu pieskom i ich panom za rozsiewanie po całym mieście śliskich pułapek. Wytrząsałem się nad niechlujstwem i nieodpowiedzialnością właścicieli psów, grzmiąc na koniec o potrzebie – być może – całkowitego zakazu hodowli psów w mieście.  W komentarzu do mojego wpisu pani Ewa (nazwisko nieznane redakcji) załączyła link do strony internetowej Gazety Olsztyńskiej, gdzie znajdujemy obrazki mrożące krew w żyłach. Jak kiedyś mówiła młodzież: syf i malaria. I co, to pieski tak nabrudziły – pyta triumfalnie pani Ewa.

Pani Ewa  nie ma racji, przeciwstawiając brud psi z brudem człowieczym. Przecież nie jest tak, że ludzie wykupują licencję na brudzenie np. w śródmieściu, zostawiając psom do ich wątpliwych popisów np. osiedle Kormoran. Obie nacje – tj. człowiecza i psia – brudzą pospołu w każdym miejscu i o każdej dobie, jak pięknie pisał Poeta (tylko jeden Poeta pisze się właśnie tak – z wielkiej litery).

Każdy syf (pozostańmy przy tym kolokwialnym określeniu) boli mnie dotkliwie, jednak ten, który zobaczyłem we własnej gazecie, pali mnie rozżarzonym żelazem. Jest to bowiem syf – można powiedzieć – sentymentalny. Zdjęcia, do których odesłała mnie pani Ewa, pochodzą z mojego rodzinnego Osiedla Nad jeziorem Długim. Wygląda na to, że niektórzy ludzie po prostu wywalają tam przez ogrodzenie swoje śmieci dosłownie na brzeg jeziora Długiego! Bezkarnie! Czy to ci sami ludzie, którzy byli moimi sąsiadami, znajomymi, przyjaciółmi? Poczułem się tak, jakby jakiś pies odwiedził niespodziewanie mój dom i narobił wielka kupę na środku salonu.

25 Mar 2010

W dzielnicy willowej Nad Jeziorem Długim, gdzie mieszkałem do pełnoletniości, a nawet nieco dłużej, ludzie hodowali nie tylko psy i koty, ale też świnie, krowy i konie, o kurach nie wspominając. W naszym domu koty bywały okresami; pojawiały się i znikały, czasem zatrzymywały się na dłużej, niektóre nawet dokonywały żywota. Mieliśmy też psa, który biegał luzem po całej dzielnicy, co wówczas było całkiem dozwolone i zwyczajowo przyjęte. Zdarzyło się nawet raz i drugi, ze przynosił nam w pysku stłamszoną kurę, w którą czasem nawet udało nam się tchnąć straconego już – zdawało się – ducha. Innym znów razem tylko zakrwawiony, szczęśliwy pysk zaświadczał, że właśnie odbył był ucztę kosztem upolowanej, równie jak on swobodnie hodowanej kury.

Jako dziecko chodziłem z kanką do sąsiadki po mleko. Granice miasta były bowiem wtedy – odmiennie niż teraz – otwarte dla wszelakiej żywizny, zarówno z rogami, jak i bez. Niejasno pamiętam, że ostatnia krowa zniknęła z mojej ulicy chyba na początku lat 60. ubiegłego wieku. Bywa, że tęsknię do beztroskich lat dzieciństwa, ale do tych krów, świń i kur, a także do śmierdzącej hodowli nutrii po sąsiedzku – już niekoniecznie.

Beztroskie dzieciństwo wyglądało tak:

Tu błyskawiczny konkurs dla czytelników: przyjrzyj się uważnie zdjęciu i znajdź autora bloga. Dla ułatwienia dodam, że należy go szukać wśród postaci małoletnich, bowiem dorośli to (od lewej) moja babcia Jadwiga, ojciec i mama.

Zaświeciło mi się w głowie to wspomnienie folwarków zwierzęcych w mojej dzielnicy w związku z powracającą co wiosnę sprawą psich kup i ich producentów. Pies jest największym przyjacielem człowieka, a przyjacielowi nie zagląda się pod ogon. Na to, co czasem spod tego ogona wylatuje, przymykamy elegancko oczy. Dżentelmeni o kupach nie rozmawiają, ale też niestety – tych kup nie tykają, zostawiając rozsiane po parkach, skwerach i chodnikach. W owych czasach dziecięcych naiwnie myślałem, że psy są przypisane tylko do terenów luźniej zabudowanych, tj. do dzielnic z domkami i obszernymi ogródkami. Co więcej dawniej psy zachowywały się elegancko i po każdej nieeleganckiej czynności fizjologicznej tak długo drapały pazurami ziemię i darń, aż wstydliwy produkt całkowicie zasypały. Dziś niestety psy widocznie są lepiej karmione, a przy tym bardziej leniwe, bowiem produkują więcej odpadów i ani myślą ich chować przed nami.

Problem psich kup w miastach jest podobno nierozwiązywalny, gdzieś atoli wyczytałem, że władze piękniejącego w oczach Berlina problem ten rozwiązały w sposób dość skomplikowany, ale skuteczny. Wprowadziły mianowicie obowiązek rejestrowania wszystkich psów (co i nas dotyczy), a w specjalnym laboratorium zgromadzony jest materiał genetyczny wszystkich tych zarejestrowanych zwierząt. Dalej jest już łatwo: jeżeli służby miejskie znajdą psią kupę, zabierają ją na badania DNA i w ten sposób namierzają właściciela, któremu przywalają kilkaset euro kary.

Póki co jednak proponuję wprowadzić u nas po prostu zakaz posiadania psów w mieście (z kilkoma wyjątkami, np. dla psów-przewodników niewidomych). Te, które już są, miałyby oczywiście prawo dożyć swoich dni, ale nie wolno byłoby sprowadzać nowych. Za kilka lat problem mielibyśmy z głowy. Przeciwnikom mojego pomysłu proponuję pójście na całość i przywrócenie krowom i świniom (o nutriach nie wspominając) prawa zasiedlania się w granicach miasta.

22 Mar 2010

Przeczytałem raz jeszcze mój poprzedni wpis i poraziło mnie. Napisałem, że moja mama kończyła LO 1, a przecież było to gimnazjum i liceum męskie niestety.

Dopiero w 1950 roku szkoła zyskuje status koedukacyjny, a ja wspominam nauki mamy w 1946. Mama nie żyje od dwóch lat, więc jej nie dopytam, ale pamiętam, jak żartowaliśmy, że kończyliśmy tę samą szkołę, wspominaliśmy nawet tych samych nauczycieli – prof. Żarską, prof. Kaczkowską, prof. Mirecką. Zajrzałem dla pewności do pamiętnika mamy – wszystko się zgadza. Mama poszła do szkoły w trybie wieczorowym, a tam widocznie nie obowiązywała segregacja płciowa. Jej naukę przerwała wojna. W 1941 roku po nauce w tajnych kompletach zdała w Wilnie tzw. małą maturę.

Pamiętam nawet temat pracy pisemnej z jęz. polskiego – wspomina mama. Trzy pokolenia w powieści „ Nad Niemnem” Elizy Orzeszkowej. Brrr. Nie cierpiałem tej powieści, miałem na niej w liceum przykrą wpadkę na gładkiej na ogól drodze mojej edukacji humanistycznej.

Tak wyglądała moja mama tuż przed wojną. Widzimy ją na beztroskim spacerze ulicami Wilna w towarzystwie jej mamy (czyli mojej babci) i brata (mojego wuja, zmarłego niestety w 1959 roku w wieku 32 lat).


21 Mar 2010

Czerwone, ceglane mury, ciemne piwniczne lochy, nad nimi niewiele jaśniejszy korytarz, trochę przypominający więzienny spacerniak. Moje liceum.

Kiedyś było tak, że do liceum się zdawało. Tak jak na uniwersytet. Pamiętam, że pierwsze wrażenie po przestąpieniu licealnych progów było porażające. Klasztor – znałem to określenie od starszego brata i jego kolegów. Szkoła – legenda. Kończyła ją moja mama, która przyjechała do Olsztyna po wojnie jako repatriantka z Wileńszczyzny, mając tzw. małą maturę w tajnych kompletach.

Jedynka, Mickiewicz – to była nobilitacja. Dyrektor Antoni Wiśniewski jako jedyny dyrektor szkoły średniej w Olsztynie nosił oficjalny tytuł profesora. My jednak nazywaliśmy go poufale: Łysy. Do wszystkich nauczycieli mówiło się per: pani profesor/panie profesorze. A woźny potrafił nas zapędzić w czasie lekcji do zsypywania koksu do piwnicy – i żaden profesor nie ośmielił się podważyć tej jego decyzji.

25-lecie naszej matury, zbiorowe zdjęcie naszej klasy przed szkołą. Na krześle ś.p. prof. Natalia Żarska. Czy ktoś rozpozna inne nauczycielki i jednego nauczyciela?

Cudowni, wspaniali nauczyciele; przede wszystkim niesłychanej erudycji prof. Natalia Żarska, która mogła spokojnie zapędzić w kozi róg niejednego profesora polonistyki. Moi koledzy – lekarze, weterynarze, biolodzy, matematycy – do dziś potrafią z pasją dyskutować o ukraińskich peregrynacjach Seweryna Goszczyńskiego i symbolice słynnej mickiewiczowskiej liczby 44. Wspaniała, kochana prof.  Krystyna Hrynkiewicz, nasza wychowawczyni, zwana przez nas pieszczotliwie Krysią – kochaliśmy ją jak matkę, a może raczej jak starszą siostrę. Ciepła, opanowana prof.  Szewczuk, usiłująca wpoić w nas zasady oddziaływania kwasów na metale.

Panie Hrynkiewicz (z lewej)  i Szewczuk zaprosiliśmy na spotkanie naszej klasy z okazji 30-lecia matury. Stoi nasz kolega z klasy Janusz Zaleski, dziś wiceminister środowiska.

Inteligentna, błyskotliwa, cięta w języku rusycystka Zofia Szczyt; flegmatyczny, pozornie lekko osowiały wuefista Mieczysław Piekut – świetny trener gimnastyki. Matkująca wszystkim wicedyrektor Kaczkowska (kto pamięta imię tej niepozornej ciałem, a wielkiej duchem profesorki?). Jeszcze szkolny chór, prowadzony przez prof. Zenona Warczyńskiego, w którym piałem raz cieniej, raz grubiej – zależnie od potrzeb chwili. Wszystko to zwieńczone maturą, w tym z matmy, która po latach znów wróciła.

Nie wiem, jaka dzisiaj jest jedynka – wtedy była jednym z dwóch LO, teraz jest jednym z jedenastu (jeżeli dobrze liczę). Za żonę wziąłem oczywiście absolwentkę jedynki, ale już najstarszy syn kończył czwórkę, młodsze dzieci dwójkę. Kto będzie uczył moje wnuki?

19 Mar 2010

Kiedy byłem dużo młodszy, zajmowałem się różnymi głupotami, m.in. publicystyką tak zwaną ekonomiczna. Piszę tak zwaną, bo ówczesna ekonomia dzieliła się na dwie nierówne części: ekonomię zwykłą, mówiącą o prawach popytu i podaży, oraz ekonomię socjalistyczną, której nikt – łącznie z jej twórcami – nie rozumiał.

Jako młodzian dość rozgarnięty, ale naiwny jak dziecko, usiłowałem zgłębić niezgłębione z natury tajniki tej drugiej ekonomii. Dawałem się prostodusznie wpuszczać w takie tematy, jak skup butelek czy zaopatrzenie w sznurek do snopowiązałek, które to problemy wstrząsały wątłą i tak ekonomią mojej ludowej wówczas ojczyzny. Inna sprawa, że skup butelek pozostał zagadnieniem nie rozwiązanym do dziś, mimo że zajmowały się nim najwyższe naukowe i polityczne gremia. Mój kolega zrobił magisterium z tematu – cytuję z  pamięci – „Problematyka skupu butelek na posiedzeniach Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR w latach…”. A wówczas wspomniane Biuro Polityczne było ważniejsze, niż dzisiaj Sejm, Senat, Prezydent i rząd razem wzięci.

Odnosiłem wtedy wrażenie, że im bardziej czegoś się w mojej publicystyce domagałem, tym bardziej tego nie było, a im bardziej coś krytykowałem, tym szybciej i trwalej obiekt mojej krytyki pojawiał się w przestrzeni publicznej. W ten prosty sposób nieświadomie na kilkadziesiąt lat wstrzymałem budowę elektrowni atomowej w naszym pięknym kraju. Napisałem bowiem wkrótce po katastrofie w Czarnobylu (przypominam: kwiecień 1986), że ten wypadek nie powinien absolutnie wpłynąć na kontynuację rozpoczętej już budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu. No i co? Oczywiście budowę polskiej elektrowni wstrzymano i do dziś nie wznowiono. Podobno ma jednak ruszyć od nowa, więc solennie obiecuje, że nie napiszę o tym już ani słowa.

17 Mar 2010

Olśniło mnie! Rany boskie, jak ten czas mąci pamięć.

Przy poprzednim moim wpisie rozwinęła się żywa dyskusja na temat grania i rzępolenia na gitarze. Przypomniałem w komentarzu niektóre motywy, na których w młodości ćwiczyliśmy palcówki i powołałem się na słynny wówczas zespół The Shadows, przygrywający jeszcze słynniejszemu piosenkarzowi Cliffowi Richardsowi. Ale ten najsłynniejszy motyw, na którym łamaliśmy sobie palce, był jak najbardziej rodzimej produkcji. Pochodził z rockowej adaptacji rosyjskiego romansu „Oczy czarne”. Śpiewała to wspaniale Violetta Villas, o tak:

a wersję instrumentalną opracował i grywał zespół Bizony. Posłuchajcie tego słynnego przejścia;

14 Mar 2010

Sobota wieczór, dawniej tradycyjnie czas zabawy i imprez. No ale czasy już nie te. Siedzę w domu z własną żoną i teściową.

Skąd ta teściowa? – zapytacie. Ano teściowa jest częścią składową żony. Od jakiegoś czasu mieszkamy wszyscy razem, korzystając z przestronności mieszkania, wolnego od dzieci. Mama trochę ostatnio chorowała, więc  bezpieczniej mieć ją przy sobie i doglądać w słabościach. Ale nie o słabościach miało być, a o sobocie. No więc TV jak zawsze przynudza, a ja wpadam na pomysł, żeby sięgnąć do starych, zapomnianych melodii. Beatlesi, Rolling Stonesi, Animalsi. Komputer otwarty, You tube aktywne, co dać…

Daję mój przebój wszech czasów. Pamiętacie?


Mama zachwycona, mówi, że pamięta i że jej  się bardzo podoba. No ale co ona tam wie. Nie grała tego na prymitywnej, twardej jak druty telefoniczne gitarze – a ja grałem. Tylko cztery akordy: a-mol, C-dur, D-dur i F-dur, prymityw, no ale zagrajcie tak, jak Animalsi, zaśpiewajcie, jak Eric Burdon. Próbowałem – nie do powtórzenia. Próbował mój syn, zdolniejszy znacznie. – Tato, ja wymiękam, jak słyszę tego gościa, tak się po prostu nie da.

Uwielbiam Beatlesów, Rolling Stonesów, Pink Floyd, Led Zeppelin i setki innych kapel, ale House of the rising Sun w wykonaniu Erica Burdona i The Animals zdarzyło się tylko raz.

13 Mar 2010

W życiu nie jest łatwo, nowe czasy stawiają nowe wyzwania. Jakiś czas temu niespodziewanie stałem się wielbicielem elektronicznych serwisów bankowych, telefonicznych i wszelkich innych, nie wymagających stania w kolejkach, których chronicznie nie znoszę.

Atoli to, co pozornie łatwe, niesie nowe trudne wyzwania, pułapki nowego. Oto taki przypadek, śmieszny bardziej, niż groźny. A może to ja jestem śmieszny i nie rozumiem nowego. Rozsądźcie sami, poddam się z pokorą Waszej ocenie.

W elektronicznym serwisie bankowym, z którego nałogowo korzystam, czekała na mnie taka oto wiadomość:

Szanowny Kliencie

W związku z brakiem możliwości skontaktowania się drogą telefoniczną prosimy o aktualizację numeru telefonu do oddzwaniania, który jest niezbędny do korzystania z usługi naszego banku w pełnym zakresie.

No jasne, mają bankowcy rację, przecież ja od kilku lat nie mam w ogóle telefonu stacjonarnego, więc muszę podać aktualny numer komórki. Tylko się zaloguję i…

Zaraz, coś nie tak! Czytam dalej:

Zmiana numeru telefonu może być dokonana za pośrednictwem konsultanta, jeżeli użytkownik usługi (to o mnie) jest dostępny pod numerem telefonu widniejącym obecnie w naszym banku.

Tłumaczę sobie ten prosty komunikat i nie wiem, śmiać się, czy płakać. Otóż bank mówi mi mniej więcej tak: jeżeli zmieniłeś numer telefonu, musisz nas o tym powiadomić. Możemy to załatwić telefonicznie, ale zadzwonimy do ciebie na stary numer. Ale ja właśnie dlatego chcę wam podać nowy numer, że starego już nie mam. To co mam zrobić?

Na szczęście mogę też pójść osobiście do oddziału banku. Tylko że ja od kilku lat nie chodzę do żadnych oddziałów banków; bo tam trzeba dojechać, znaleźć wolne miejsce na samochód, kupić kartę postojową, wypełnić, stanąć w kolejce do okienka… Po to właśnie nauczyłem się korzystać z bankowości elektronicznej, żeby tej mitręgi uniknąć. Więc numeru do dziś nie zmieniłem, a bank nadal nie może się do mnie dodzwonić (o ile próbuje, w co szczerze wątpię).

Podobnie uśmiałem się kiedyś, gdy korzystając z poczty elektronicznej natknąłem się na komunikat: jeżeli zapomniałeś swojego hasła, kliknij tutaj – hasło wyślemy ci mailem. Łapiecie? Wyślą mi hasło na skrzynkę, do której nie mam dostępu, bo zapomniałem hasła.

04 Mar 2010

Dziś dalszy ciąg wątku podróżniczego, tym razem jednak ze mną, a nie z GPS-em w roli głównej.

Jedna z wielu podróży służbowych po naszej pięknej warmińsko-mazurskiej krainie. Tym razem jadę z kolegą przez całą niemal długość (a może wysokość – z północy na południe) historycznej Warmii: z Braniewa do Olsztyna. Co prawda historyczność krainy zdaje się nie mieć żadnego znaczenia dla przedstawionych niżej faktów, ale niech łaskawy czytelnik wie, że się orientuję w dziejowych zawiłościach rodzinnej krainy. No więc tnę tę Warmię, dookoła mróz i śnieg, jak to zimą, ślisko jak cholera, więc pęd mamy raczej umiarkowany. I całe szczęście, bo w jakiejś tam mijanej wioszczynie na samym środku drogi stoi maluch – fiat 126 p gdyby ktoś nie wiedział – a wokół lata kilku ludzi; coś tam krzyczą, machają rękami do siebie, za chwilę machają do mnie Wyraźnie pokazują: stań! Nie mam wyjścia, i tak nie przejadę, bo maluch – choć mały – tarasuje całą oślizgłą od lodu szosę. Podbiega jakaś dziewczyna: pomoże pan?! No jasne, ale co się stało. Trzeba gonić, maluchem nie damy rady.

Bystry jestem z natury, więc zarządzam najpierw wsiadanego – czas nagli, w drodze dowiem się, o co chodzi. A jest tak: dziewczyna wracała z Braniewa do swojej wioski, zatrzymała na stopa tira, kierowca uprzejmie ją podrzucił, zostawił, gdzie chciała i pojechał. Ale torebka, torebka została w tirze! A w torebce portfel, dokumenty, komórka – no po prostu wszystko. Więc trzeba dogonić, wyprzedzić, zatrzymać i torebkę odzyskać. Pędzę więc jak Hołowczyc, ślizgam się na zakrętach, ocierając się niemal o przydrożne drzewa.

Wyglądało to mniej więcej tak:

Muszę zdążyć przed Pieniężnem, bo tam się drogi rozjeżdżają i skąd będę wiedział, którą pojechał nasz tir i nasza torebka. Między jednym a drugim wirażem wpadam na genialny pomysł: trzeba zadzwonić na tę komórkę w torebce, może kierowca usłyszy, zdziwi się i zatrzyma, spojrzy do tyłu i zobaczy tę nieszczęsną torebkę na tylnym siedzeniu.  Pomysł padł, bo dziewczyna nie zna numeru. Jak to, własnego numeru telefonu nie zna? – zawołacie. A Wy znacie? To powiedzcie z pamięci. A do żony czy dziewczyny znacie? No nie znacie, bo zapisuje się w komórce i później wywołuje po nazwie. W dodatku ten telefon był nowy: dziewczyna właśnie odebrała go z Braniewa i wiozła do domu. Wszystkie dokumenty były też w torebce. Pozostaje dalej gnać na złamanie karku z nadzieją, że zdążymy.

No i wyobraźcie sobie, zdążyłem. Dopadłem gościa przed przejazdem kolejowym w Pieniężnie,

właśnie tu

Zrobiłem efektowny nawrót i dosłownie wyrzuciłem pasażerkę, przerywając w pół słowa podziękowania. Dziewczyna odzyskała swoja bezcenną torebkę, a ja zyskałem miano Hołowczyca powiatu braniewskiego.

Zdjęcia i film wykonałem wczoraj; jechałem ponownie tą trasą i naszły mnie wspomnienia…

01 Mar 2010

Kupiłem jakiś czas temu sprytne urządzenie o zawiłym symbolu, zwane popularnie nawigacją samochodową. Nie pierwszy raz zresztą to dziwo nabyłem, jednak poprzednie służyło mi zaledwie 1 dzień.

Pozostawione na stole cudo techniki zostało brutalnie ściągnięte na podłogę przez mojego kota, co spowodowało nieodwracalny w skutkach wstrząs mózgu (elektronicznego, rzecz jasna).

Człowiek istota uparta, niezrażony zatem tak oczywistym znakiem opatrzności nabyłem (w promocji, a jakże) kolejny raz elektroniczną tabliczkę ze schowanym w środku Maciejem Wisławskim, legendarnym pilotem samego Krzysztofa Hołowczyca. Od tego czasu niestety utraciłem całkowicie samodzielność komunikacyjną; we wszystkim słucham wspomnianego Macieja W. Jak każe w lewo – jadę w lewo, jak w prawo – to w prawo. Z jednym wszak wyjątkiem. Mniej więcej w połowie trasy z Warszawy do Olsztyna mój elektroniczny przewodnik każe mi niespodziewanie skręcić w prawo. Gdy zdarzyło się to pierwszy raz, o mało nie zabiłem siebie i własnej żony, usiłując skręcić w nieistniejącą drogę w prawo. Do dziś nie mam pojęcia, o co chodzi, ale moja nawigacja nadal kieruje mnie w tym miejscu na manowce.

To jednak nic wobec tego, co przeżywamy w gęstwinie miejskich uliczek takiego na przykład Krakowa. Jechałem otóż z ulicy Starowiślnej (skrzyżowanie z Dietla) na ulicę Blich – kto ciekaw, niech zobaczy na mapie, odległość ze 400 metrów. Mój elektroniczny Cicerone prowadził mnie zaułkami szacownego grodu bez mała przez kilkanaście minut. Wszystko przez to, że w miejscu, gdzie zaparkowałem, stałem tyłem, a nie przodem do właściwego kierunku jazdy.

Wkrótce wybieram się za granicę. Mam dziwne wrażenie, że idąc za głosem Macieja W. odwiedzę liczne kraje, leżące zupełnie w innym kierunku, niż cel mojej podróży. Może po prostu jechać tyłem?

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.