25 Lut 2010

Zaiste zadziwiający splot nieprawdopodobnych zdarzeń doprowadził do tego, że mogę dziś pisać te słowa, dostarczając – mam nadzieję – niejakich wzruszeń lub innych przeżyć licznym bywalcom tego miejsca.

To, że się w ogóle urodziłem, graniczy z cudem nieledwie. Nie jestem tu specjalnym wyjątkiem, bowiem pojawienie się gatunku ludzkiego, którego jestem dziś skromnym reprezentantem, było – jak wykazuje Hoimar von Ditfurth – następstwem mnóstwa niewiarygodnych zdarzeń. Przywołuję tu zapomnianego już nieco Ditfurtha (zmarł w 1989 roku), bo jego trylogia (Dzieci Wszechświata, Na początku był wodór, Duch nie spadł z nieba) przypadkowo wpadła mi w ręce jakieś 30 lat temu i od tej pory jestem jej wielbicielem i niestrudzonym propagatorem.

Swoją drogą ciekawe – tu będzie dygresja filozoficzna – jak bardzo ludzkie losy przypominają chaos, towarzyszący podobno (któż to widział?) powstawaniu wszechświata. Przecież życie na Ziemi nie miałoby najmniejszych szans na inicjację, gdyby nie pojawiła się woda i tlen. Gdyby mój ojciec w 1944 roku wlazł do innego kanału w Warszawie, mógłby dziś być jednym z tysięcy poległych wówczas bohaterów. Przedziwny zbieg okoliczności sprawił, że po wojnie i niemieckim obozie trafił do Olsztyna, gdzie zafascynowała go dziewczyna z jasnym warkoczem i śpiewnym wschodnim akcentem – moja mama. Gdyby, gdyby… Dziś wrócę na chwilę do korzeni.

Moja mama urodziła się w 1926 roku we wsi Świątniki ok. 35 kilometrów od Wilna. To tyle, co Ostróda od Olsztyna. Wtedy jednak odległości liczyło się inaczej. Konnym zaprzęgiem to była całodniowa wyprawa. Skąd te Świątniki? Ano posłuchajcie…

Moja babcia, Jadwiga z domu Jagiełłowiczówna, była córką Walerii z domu Niniewicz i Antoniego Jagiełłowicza. Urodziła się we wsi Sarguny k/Poniewieża na Litwie. W owym czasie zarówno Litwa, jak i Polska wschodnia były pod zaborem rosyjskim, a Polacy w małych zaściankach i dworkach byli rozsiani po całej Litwie i pomieszani z ludnością litewską oraz rosyjską.

Moja prababcia Waleria i pradziadek Antoni (obojga oczywiście nie znałem) mieli troje dzieci: Jadwigę, Waleriana i Antoninę.  Pradziadek wcześnie umarł i zostawił Walercię w zadłużonych Sargunach z trójką małych dzieci, zupełnie nie przygotowaną do życia. Zmagała się biedaczka z losem, w końcu jakoś oddała w lichą dzierżawę Sarguny i przeniosła się do Poniewieża, żeby dzieci oddać do szkół.

Tam to właśnie moje babcie Jadwiga i Antonina ukończyły średnią szkołę — oczywiście rosyjską. Polskiego nauczyły się po kryjomu, a wobec braku podręczników i właściwych nauczycieli wiedza była powierzchowna i ograniczała się do nauki poprawnego pisania, czytania oraz elementów literatury i historii Polski.

Stamtąd wymiotła ich pierwsza wojna światowa do Rosji aż pod Moskwę, gdzie obie siostry i matka zamieszkały we wsi Czubyszew. Była to duża wieś z siedmioklasową szkołą i kilkoma nauczycielami. Ponieważ — jak to w czasie wojny – większość mężczyzn poszła na wojnę, obie babcie zostały zatrudnione jako nauczycielki. Uczyły wszystkiego, nawet – wobec braku popa – religii prawosławnej. Tam też przeżyły rewolucję 1917r. I dopiero w 1921 roku z perypetiami wróciły do Polski, bo już wtedy była Polska niepodległa od Wilna po Lwów i od Gdańska po Śląsk.

Tu znowu mała dygresja. Babcia Antonina przed samą repatriacją zachorowała na tyfus i została w Rosji w szpitalu. Wówczas zakochała się w jednym z nauczycieli w szkole Czubyszewskiej, niejakim Bazylim Werstinie. Z owej to miłości i małżeństwa zawartego w cerkwi – bo nie było w pobliżu kościoła – urodził się Eugeniusz, mój ukochany wuj, o którym pisałem już na tym blogu. Ale jak to w życiu bywa, miłość gdzieś odpłynęła, został Gienio, którego w wieku półtora roku moja babcia Jadwiga z prababcią Walerią przywiozły do Polski – konkretnie do Wilna, gdzie zatrzymali się czasowo u kuzynostwa Pomarnackich na ul. Starej. Po powrocie zdrowej już  babci Antoniny – matki Gienia – obie siostry zaczęły rozglądać się za jakąś pracą. Okazało się, że jak na tamte czasy miały dość wysokie wykształcenie. Matura była rzadkością, a że obie dobrze władały językiem polskim, bez trudu miały parę ofert – nawet w samym Wilnie. Babcia Antonina (zwana później babcia Tosią)  jednak zdecydowanie wolała jakąś wieś. I tak obie trafiły jako nauczycielki do Świątnik.

Szkoła w Świątnikach, od lewej: pies, babcia Tosia z Gieniem na rękach, prababcia Waleria (trochę w cieniu), rok 1922

15 Lut 2010

Często tak jest: wracam do domu późnym popołudniem, bywa, że i wieczorem, a tu na przykład nasi grają w ręczną albo w siatkę. No a dziś ta Justyna…

Trzynaście czynności muszę wykonać w ciągu dwudziestu minut. Kilkanaście sekund tracę na idiotyczne, kompletnie nikomu niepotrzebne wyliczenia, ile też sekund wypada statystycznie na jedną czynność. Wyszło mi półtorej minuty z maleńkim hakiem. No ale zakupy zajęły mi połowę całego czasu, więc na resztę zostaje po kilkadziesiąt sekund. Dobra: woda na ryż na gaz i chytry plan w głowie. Nie będę gotował tego ryżu, tylko zagotuję wodę, wsypię trochę ryżu do wrzątku, chwilę pogotuję – i pod poduszkę. Dojdzie. Stary ludowy sposób. Mój szatański plan działa: ryż dochodzi, a ja tu z Justyną… Szybciej, szybciej… Co to za smród, pewnie sąsiadka z góry zupę przypaliła… Dobra, drzwi zamknę, bo tu Justyna… Biegnij, biegnij, oooooooo, dopiero piąta, nie tak miało być. No spoko, jeszcze trzy biegi, tam będzie mocniejsza, zwłaszcza w klasyku… Co z tym smrodem?! O rany! Ryż!!!

Zapomniałem o tym cholernym ryżu, zostawiłem garnek na gazie. Zagotowało się, ryż wchłonął wodę zgodnie z planem, ale niezgodnie z planem zaczął się przypalać, bo wielki planista (czyli ja) nie zdjął gara z palnika. Mieliście kiedyś w domu przypalony ryż? Nie? No to macie szczęście. Garnek do wyrzucenia, mieszkanie do kilkugodzinnego wietrzenia. A znakomity kucharz do poprawki. Może z ziemniakami lepiej pójdzie? No chyba że znowu Justyna…

09 Lut 2010

Bliskie spotkanie drugiego stopnia z dzikiem skończyło się dla mnie tylko wgniecionym błotnikiem i pękniętym zderzakiem. Dzik nie miał niestety wykupionego OC.

Noc, coś tam siąpi z nieba, mgła, więc jadę wolno, może z 70 km/h. Nagle metr przed samochodem wyrasta jak spod ziemi wielkie, czarne, szablaste bydlę. W ciągu ułamka sekundy musiałem podjąć życiową decyzję: gruchnąć drania czołowo, ryzykując swoją i jego śmierć; skręcić gwałtownie, ryzykując wpadnięcie do rowu ze skutkami jw. (ale dzik cały), czy też pokombinować tak, żeby uderzenie było bokiem – a więc lżejsze i teoretycznie bardziej bezpieczne. Wybrałem trzeci wariant, musnąłem czarnego bokiem; potrząsnął łbem i potruchtał do lasu, z którego w ogóle nie powinien był wyłazić. Przez chwile jechałem zygzakiem (na szczęście pusta szosa), ale już po chwili opanowałem wóz i nerwy i z wiszącym na cienkim kabelku kierunkowskazem pojechałem do domu. Na szczęście nie miałem daleko – niecałe 200 kilometrów.

Po powrocie mitręga naprawcza: najpierw ubezpieczyciel: chce pan skorzystać z autocasco? – pyta niezbyt uprzejmy agent ubezpieczeniowy. – Muszę, bo dzik nie dał mi numeru swojej polisy OC – odgryzam się tanim dowcipem. Potem wizyta przedstawiciela, oględziny, zdjęcia, protokoły, oświadczenia… Mając w garści dokumenty pojechałem do zaprzyjaźnionego warsztatu. Właściciele nie raz wybawiali mnie z różnych opresji, więc mogłem spać spokojnie. A że trochę pojeżdżę autobusami, pochodzę piechotą – tylko na zdrowie mi wyjdzie.

Po tygodniu samochód był gotowy. Rozliczeniami w ogóle się nie interesowałem – bo przecież bezgotówkowo. A tu po jakimś czasie otrzymuję pismo: szkoda numer taki a taki, przyznano odszkodowanie w wysokości takiej a takiej, pomniejszone o 50% kosztów amortyzacji/ Forma płatności – przelew na rachunek mojego warsztatu. Niewiele myśląc, przelałem kwotę amortyzacji na rachunek warsztatu, o czym nazajutrz poinformowałem właścicieli.

– Co pan najlepszego zrobił, przecież my nie użyliśmy części oryginalnych, ale tzw. alternatywnych, więc amortyzacji potrącać nie mieli prawa. Już napisaliśmy odwołanie.

Jakoż za kilka dni otrzymuję następne pismo: w związku ze szkodą numer taki a taki przyznane zostało odszkodowanie w wysokości takiej a takiej, która to kwota stanowi dopłatę wcześniej potrąconej amortyzacji. Wpłata na rachunek warsztatu nr…

W pierwszej chwili chciałem zrobić mojemu ubezpieczycielowi karczemną awanturę za to, że dwa razy domaga się ode mnie kwoty z tego samego tytułu. Dopiero kiedy wściekłość przestała mnie oślepiać dostrzegłem, że ani wtedy, ani teraz nikt nie chciał ode mnie żadnych pieniędzy. Po prostu otrzymywałem korespondencję pomiędzy ubezpieczycielem a moim warsztatem. Wszystko odbyło się tak, jak chciałem – bezgotówkowo. A że pospieszyłem się z niepotrzebną reakcją? Cóż: pośpiech jest złym doradcą, jak mówi stare przysłowie.

03 Lut 2010

Sądząc po liczbie odwiedzin, wielu bywalców tego blogu bardzo zainteresował wątek historyczno-rodzinny, związany z pojawieniem się mojej rodziny w Olsztynie. Popatrzmy zatem, jak potoczyły się dalsze losy dziewczyny z warkoczem, bohaterki mojego poprzedniego wpisu, a prywatnie – mojej przyszłej mamy.

… W zrujnowanym Olsztynie budziło się życie. Otwierano sklepiki. Pamiętam sklep bławatny przy ul. 1-go Maja, który prowadziła sama p. Pieniężna. Spożywczy PSS Społem w odbudowanym z gruzów domu przy ul. Partyzantów. Przy ul. Warmińskiej powstała namiastka rynku. Kobiety z pobliskich wsi przyjeżdżały tu sprzedawać mleko w czajnikach, kiełbasy własnego wyrobu, warzywa. Nas trochę wspomagały paczki UNRRA z Ameryki. Przysyłano konserwy, kawę, papierosy i używaną odzież i obuwie.

Moja mama jakby odzyskała wigor. Poszła do Kuratorium i zaangażowała się do pracy jako nauczycielka matematyki w szkole podstawowej dla dorosłych, która mieściła się w budynku Szkoły Podstawowej Nr 1 przy ul. Moniuszki. Pieniądze nam się jakby podwoiły, więc i bułeczki zaczęły się pojawiać i czasami tzw. resztki wędlin, masło.

Nie mniej jak cierń kłuła nas nieobecność i losy tatusia i Miecia. Wysyłaliśmy nasz adres na Wileńszczyznę, ale na razie było głucho. Chodziłyśmy na spotkania przyjeżdżających transportów. Przyjeżdżało sporo osób z naszych okolic. Między innymi Leoś Jabłoński, mój świątnicki adorator.

Ja wygłodzona przez lata wojny brakiem towarzystwa i koleżanek włączyłam się natychmiast do różnych form działalności, jaka tylko zaczęła się rozwijać. Marysia Karpowiczówna wciągnęła mnie do chóru w katedrze św. Jakuba. Prowadził go Piotr Materski. Niektóre msze i pieśni były mi znane z chóru w Balingródku. Nie miałam nadzwyczajnego głosu, ale słuch bardzo dobry, toteż przydałam się nawet do kwartetu żeńskiego, który akurat przygotowywał program na powitanie kardynała Hlonda.

(…)  Śpiewaliśmy dużo. Przede wszystkim na mszach i nieszporach, ale także na ślubach i co ważniejszych pogrzebach. Pamiętam uroczysty ślub córki  p. Pieniężnej – działaczki polonijnej w Prusach. Żenili się koledzy z chóru: Edek Warzecha, Tadek Ziomek, Włodek Jarmołowicz, Krysia Decówna, Krysia Kwiatkowska i wielu innych. W pracy przyjaźniłam się z Marysią Karpowiczówną – jasną blondynką o niebieskich jak bławaty oczach, Reginą Suwałówną – niestety krótko, bo wyjechała do Radomia, Krysią Żuchewiczówną – elegancką (umiała się ubrać z niczego) Warszawianką, Irenką Szczerbicz elegancką sekretarką dyrektora. (…)  Któregoś dnia  szefowa kadr przyniosła i rozdała nam jakieś ankiety, kazała wypełnić i oddać jej. Nie wiedziałam zupełnie, o co chodzi – wypełniłam ankietę i oddałam. Za kilka dni otrzymaliśmy legitymację członka Polskiej Partii Socjalistycznej. Kiedy powiedziałam o tym mamie, złapała się za głowę – po cóż ty się wepchnęłaś do partii politycznej? Tłumaczyłam, że wszyscy się zapisywali. O! Przepraszam; jeden pan nie. Był to starszy woźny Boczkowski, który już należał do Polskiej Partii Robotniczej.

Muzyczne zamiłowania mojej mamy przekształciły się w zawód: ukończyła Państwową Szkołę Muzyczną i jako dyplomowany muzyk dorabiała przez prawie całe dorosłe życie prowadzeniem chórów i lekcjami fortepianu.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.