29 Sty 2010

Chciałbym dziś wrócić do wydarzeń sprzed lat 64, które w pewnym sensie zdecydowały o moim pojawieniu się na tym łez padole (czyli na świecie – to objaśnienie dla tych, którzy już nie kojarzą staromodnych przenośni). 31 stycznia 1946 roku na zrujnowany dworzec główny w Olsztynie wjechał pociąg z tłumem wychudzonych, brudnych, przemarzniętych ludzi.

To transport repatriantów z Wileńszczyzny, wśród nich trzy kobiety: dwie około pięćdziesiątki i 20-letnia dziewczyna z jasnym warkoczem. Te starsze to moje babcie, dziewczyna z warkoczem to moja mama. Wyjechały z rodzinnej Wileńszczyzny do nowej ziemi obiecanej. Poniżej fragment pamiętnika mojej mamy, spisanego parę lat przed śmiercią. Mam nadzieję, że zaciekawi moich czytelników.

31 stycznia 1946r. wieczorem koło godz. 18 wjechaliśmy na dworzec główny w Olsztynie, który był całkowicie zrujnowany. Przesunięto nas na bocznicę towarową. Ludzie zaczęli wysiadać – większość witała już rodzina, a my jak sieroty ostatnie stałyśmy na pustym prawie peronie. Ktoś do nas podszedł i spytał, dokąd nas podwieźć. Kursował taki półciężarowy samochód i rozwoził przybyłych. Zrobiłyśmy głupie miny i powiedziałyśmy, że nie wiemy, bo na nas nikt nie czeka. Jakiś facet zgarnął nasze rzeczy na samochód i kazał nam też wsiadać (pamiętam, że padał wówczas ulewny deszcz) i powiózł nas do baraków drewnianych na ul. Lubelską. Wpuścił do dużej sali, gdzie przebywało już około czterdziestu osób. Kobiety, mężczyźni, dzieci. W dwóch szeregach stało kilkadziesiąt piętrowych łóżek. Pośrodku stał żelazny piec – tak zwany kukuruźnik, było to jedyne ogrzewanie baraku. Pod sufitem paliła się słaba żarówka. Salą rządził jakiś stary jegomość. Niezbyt przychylnie nas przyjął. Wskazał dwa wolne łóżka i od razu zaznaczył, że nie możemy ot tak sobie wygrzewać się – musimy starać się o węgiel. Nie bardzo wiedziałyśmy, jak to staranie ma wyglądać. Okazało się, że trzeba z wiadrem chodzić koło wagonów towarowych przywożących węgiel i po prostu podkradać co nieco. Ulokowałyśmy się na łóżku – mama na dole, ja na piętrze. Ciocia rozłożyła przywiezione ze sobą składane łóżko. Przykryłyśmy się jako tako, ale czekała nas nowa niespodzianka – pluskwy! Jak tylko zgasło światło, sypały się na oczy jak groch. W tej sytuacji światło musiało palić się bez przerwy, Nazajutrz była niedziela, poszłyśmy do katedry. Był to kawał drogi. Przy okazji zwiedzałyśmy Olsztyn. Szokowały nas niektóre napisy po polsku, np. zupełnie nie wiedziałam, co oznaczał duży napis na jednym budynku „Związek Walki Młodych”. W kościele wzruszył nas chór śpiewający polskie kolędy.

Zaczęła nam dokuczać bieda. Zapasy się wyczerpały, zostało trochę sucharów. Wszystkie trzy zachorowałyśmy na tzw. Olsztynkę, to taka biegunka z gorączką…

W Olsztynie mama poznała mojego ojca, urodzonego warszawiaka, który po Powstaniu Warszawskim trafił do niemieckiego obozu (tzw. stalagu), a stamtąd – razem ze swoim ojcem, też powstańcem warszawskim – na ziemie odzyskane. No i wskutek tego nieprawdopodobnego splotu wydarzeń pojawiłem się na świecie, dając jednak pierwszeństwo moim dwóm braciom.

27 Sty 2010

Pamiętacie, jak wyglądało Wasze spotkanie z największym, ekstremalnym mrozem? Moje pamiętam tak…

Bawełniane gatki, wełniane skarpety i takież nauszniki – to cały mój strój. Jeszcze drewniane saboty na nogach i maska chirurgiczna na twarzy. Tak wystrojony idę do lekarza; puls, ciśnienie i werdykt: nadaje się.

Wypisz wymaluj komisja wojskowa, tylko po co te kretyńskie nauszniki i maska, o podkolanówkach nie wspominając? Otóż za chwilę mam znaleźć się z kilkoma kolegami w najzimniejszym miejscu w Polsce. To miejsce to pierwsza w kraju kabina kriogeniczna, Spała, Centralny Ośrodek Sportu.

Najpierw przedsionek, gdzie jest jeszcze dość ciepło – tylko minus 60 stopni C. Po około minucie otwierają się boczne drzwi do właściwej kriokomory z chłodkiem sięgającym minus 170 stopni. Zaleca się spokojny marsz w kółko (uwaga, lepiej nie dotykać innych uczestników zabiegu, bo można się nawzajem poparzyć!) i spokojne, płytkie oddychanie, żeby sobie płuc nie odmrozić. Seans trwa ok. 2 minut, ale i tak zdążymy przemarznąć dosłownie do szpiku kości, chociaż tego wcale nie czujemy. Ten niewyobrażalny mróz spowodował błyskawiczne zamrożenie naszych receptorów na powierzchni skóry, dzięki czemu stoimy goli i czujemy się jak we własnej łazience. Może to sposób na przetrwanie obecnych mrozów.

Z dzieciństwa pamiętam inne oblicze mrozu. W  moim domu rodzinnym zostawione na noc w kuchni mleko rano znajdowaliśmy pod postacią lodu. Takie zamarznięte mleko dawało wiele radości, bo po pierwsze nie można go było podać na śniadanie, po wtóre zaś było znakiem nieomylnym, że dziś, najdalej jutro zamkną szkołę i będziemy mieli niezaplanowane ferie. Mróz trzaskający zamrażał bowiem nie tylko nasze mleko, ale też cały system oświatowy, chociaż szkoły były ogrzewane zdecydowanie lepiej, niż wzmiankowana kuchnia. Widocznie obawiano się, że nieszczęsne dzieci zamarzną w drodze po kaganek oświaty, co było typowym strachem na Lachy. Kiedy bowiem odchodziliśmy od szkoły bram, zamkniętych z powodu mrozu, czym prędzej nurkowaliśmy do przepastnych piwnic po przybory rozrywkowe, jako to: sanki, łyżwy, narty (nieliczni szczęśliwcy) czy bobsleje własnej roboty. Wszystkie te urządzenia ciągnęliśmy z piekielnym łoskotem do pobliskiego lasu, gdzie rozbijaliśmy je w drebiezgi na drzewach, porastających nasze trasy zjazdowe (znacie las nad jeziorem Długim w Olsztynie?).  Stąd tak wielkie powodzenie wzmiankowanych bobslejów, bowiem zjeżdżało się na nich w pozycji leżącej, dzięki czemu na drzewie rozbijaliśmy łeb, pozostawiając nietknięty drogocenny sprzęt. A wszystko to przy mrozie minus 30 stopni, w kurteczkach wiatrem podszytych, w rękawiczkach dziurawych i zawsze przemokniętych, w butach zdartych do skarpetek.

Tegoroczna zima spisała się na medal, ośmieszyła wrony, kraczące o globalnym ociepleniu. Dzieciakom dała radochę w postaci zamykanych szkół, zupełnie jak za moich szkolnych czasów.  Tak trzymać (byle bez przesady).

24 Sty 2010

Od kiedy pamiętam, najważniejszą kobietą w moim życiu kilkuletniego berbecia była babcia Jadwiga. Nie jestem rzecz jasna oryginalny, chociaż dzisiaj chyba coraz mniej jest rodzin wielopokoleniowych. Ja w takim domu właśnie mieszkałem: rodzice, nasza trójka i właśnie babcia.

Jak to się stało, że babcia mieszkała z nami, a dziadek – jej mąż było nie było – w dość odległym Węgorzewie. Historia jest i prosta, i skomplikowana zarazem. Żeby ją opowiedzieć w miarę zrozumiale, trzeba cofnąć się do lat 20. ubiegłego stulecia. Podwileńska wieś Świątniki, właśnie przyjeżdżają dwie dojrzałe już kobiety (ktoś powie złośliwie: podstarzałe panny), jedna już z dorobkiem postaci synka. To właśnie moje babcie: Jadwiga i Antonina, siostry ze szlacheckiego rodu Jagiełłowiczów. Antonina – ta z dzieckiem – jest po burzliwym romansie z niejakim Werstinem, oficerem armii rosyjskiej. Owocem tej wielkiej miłości jest malutki Gienio, mój wuj, rocznik 1920. Obie zostały tu skierowane na posady nauczycielek. Oczywiście wokół niebrzydkich i niebiednych szlachcianek (przed wojną pensja nauczyciela wynosiła coś około 300 złotych) zaczęli się kręcić miejscowi kawalerowie. Antoninę bałamucił niejaki Łakis, Litwin z nosem wielkim i wiecznie zakatarzonym; nigdy nie widziałem żadnego zdjęcia, ale wyobrażam go sobie długiego, chudego, z ogromnymi wąsami – wypisz wymaluj sienkiewiczowski Longinus Podbipięta. Panna Jadzia wciąż samotna, ale już zagaduje ją obrotny, chybki, wesoły Franio Lipiński, o ładnych parę lat młodszy. I tak wąsaty Łakis i wesoły Franio wychodzili sobie żony nauczycielki.

Nie będę tu spisywał szczegółowo historii mojej rodziny, dość, że po wojnie obie babcie i dziadek Franio (Łakis zniknął gdzieś w czeluściach matki Rosji) znaleźli się w Olsztynie. Babcia Antonina (nazywana w naszej  rodzinie babcią Tosią), mieszkała dłuższy czas samotnie w niewielkim Okonku na Pomorzu, ale na starość wuj Gienio ściągnął ją do Warszawy, gdzie mieszkał i pracował. Tak wszystkim pokierował, że załatwił dwa malutkie mieszkania na 11. piętrze wieżowca w centrum. W jednym mieszkał z żoną, w drugim zamieszkała babcia Tosia. Gienio dzielił swój czas między obie panie w miarę sprawiedliwie. Babcia Jadzia razem z Franiem przyjechała po wojnie do Olsztyna, ale dziadek nie widział dla siebie miejsca w mieście. Był rolnikiem z krwi i kości; wkrótce zaproponowano mu posadę kierownika gospodarstwa rolnego pod Węgorzewem. Babcia ani słyszeć nie chciała o wyjeździe na wieś, on z kolei nie mógł żyć bez kontaktu z ziemią i codziennymi rolniczymi kłopotami. I tak zamieszkali osobno. My, dzieci, niewiele rozumieliśmy z tych zawiłości, dla nas było zupełnie naturalne, że babcia była z nami, a do dziadka jeździło się do Węgorzewa.

Naszły mnie te babcino-dziadkowe refleksje z powodu Dnia Babci i Dnia Dziadka, które to święta obchodziliśmy pod koniec tygodnia. Zapraszam do lektury mojego ostatniego felietonu z piątkowej (22 stycznia – Dzień Dziadka) Gazety Olsztyńskiej.

Daleki dziadek

Muszę się Państwu przyznać, choć niełatwo mi to przychodzi, że od ładnych kilku lat systematycznie dziadzieję. Najpierw zdziadziałem stryjecznie, do czego przyczyniły się córki moich braci (niech im historia przebaczy); na szczęście okazało się, że dziadowanie stryjeczne jest stosunkowo mało dolegliwe. Gorzej z dziadowaniem – jeżeli można tak się wyrazić – osobistym.

Na razie tylko jeden z moich potomków zdecydował się na śmiały krok w postaci wykreowania własnego potomka. Kiedy otrząsnąłem się z szoku, związanego nieuchronnie z tak radykalną zmianą mojego statusu społecznego, mój syn zdecydował się dobić mnie powtórną (pro)kreacją. W ten sposób zostałem dziadem podwójnym. Póki co wywiązuję się z tej roli raczej mizernie. Widuję wnuki kilka razy w roku, a to z powodu dzielącej nas odległości ponad 500 kilometrów. Muszę jednak przyznać, że znajduję atawistyczną przyjemność w obcowaniu z głośnymi, nieraz bardzo uciążliwymi berbeciami. Inna rzecz, że już zupełnie odwykłem od kontaktu z tak mało samowystarczalnymi, a przy tym dość kapryśnymi istotami. Ich ciekawości świata nie zaspokoi datek na kino, ich głodu nie nasyci skromny banknot na hot doga z colą. Z rozrywek zdecydowanie odpada pub, chociaż akurat ta forma spędzania wolnego czasu jest mi wielce miła. Natomiast wizyta na plaży, którą nieopatrznie zaserwowałem mojemu trzyletniemu wnukowi podczas wakacji, omal nie wpędziła mnie w nerwicę.

Mając jednak dość filozoficzne nastawienie do życia (to przychodzi z wiekiem, możecie mi wierzyć), pogodziłem się z rolą podwójnego dziadka (o stryjecznym dziadowaniu nie wspominając). Chociaż póki co Dzień Dziadka obchodzę raczej z daleka, niż świątecznie.

14 Sty 2010

Nie jestem specjalnie chorowity, więc chyba na moim koncie w Narodowym Funduszu Zdrowia uzbierała się już ładna sumka ze składek, które regularnie płacę. Ciekawe, kto i kiedy zwróci mi tę kasę.

Ostatnio sięgnąłem do kasy NFZ chyba z 10 lat temu, kiedy z podejrzeniem zawału serca zdezelowana karetka zabrała mnie w nocy do szpitala. Na szczęście okazało się, że serce mam zdrowe, inaczej wykorkowałbym pewnie już w drodze do szpitala. Ze śmiechu. W karetce nie domykały się drzwi; na każdym zakręcie otwierały się pod wpływem siły odśrodkowej, by po chwili – pod wpływem siły o wektorze skierowanym przeciwnie – ponownie zamknąć ciasną przestrzeń karetki. W szpitalu spędziłem resztę nocy z kroplówką w żyle i tak wzmocniony udałem się rano piechotą do domu.  Nie wiem, jaki był koszt mojej kuracji, ale sądzę, że spłaciłem ten dług już dawno.  Równie skrupulatnie rozliczam się z ZUS-em.  Ostatnie moje świadczenie – to kasa ze zwolnienia lekarskiego, jakie otrzymałem po podejrzeniu złamania ręki.  Mrożące krew w żyłach wydarzenia, związane z tym wypadkiem, opisałem w moim cotygodniowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej.  Te niepozorne artykuliki – zgodnie z poradą mojego kolegi (patrz wpis poprzedni) – będę co jakiś czas cytował w tym blogu. Oto wspomniany felieton:

Orzeł na lodzie

Na oblodzonych schodach banku jeszcze sobie jakoś poradziłem, ale na równie śliskim chodniku wywinąłem potężnego orła i grzmotnąłem z rozmachem o glebę. Próbując złapać równowagę wymachiwałem rozpaczliwie rękami; trzymane w prawej dłoni kluczyki do samochodu wyrzuciłem mimowolnie na rekordową odległość 30 metrów. Prawą ręką usiłowałem zamortyzować upadek, aż coś chrupnęło w nadgarstku.

Gdy przebrzmiało echo grzmotu, spowodowanego upadkiem, pozbierałem  się mozolnie do kupy i stanąłem chwiejnie na nogach. Ktoś życzliwy przyniósł mi kluczyki, ktoś zapytał z troską, czy mogę chodzić i prowadzić samochód. Tegoż dnia wieczorem miałem być na gali sportu młodzieżowego; jako prezes związku nie mogłem zawieść moich sportowców, trenerów i działaczy. Podczas gali ręka bolała mnie już do tego stopnia, że nie mogłem utrzymać talerzyka z sałatką owocową. Z pustym żołądkiem, prowadząc samochód jedną ręką, wróciłem obolały do domu. Nazajutrz założono mi opatrunek gipsowy i wypisano kilkanaście dni zwolnienia, z którego zresztą nie skorzystałem.

To był ostatni wpis w mojej legitymacji ubezpieczeniowej, data: grudzień 1998 rok. Mam ten dokument od lat przeszło 35, wciąż ten sam, z mnóstwem jeszcze wolnych rubryk. Przez ten czas na zwolnieniu byłem 4 razy (przynajmniej teoretycznie, bo czasami – jak wspomniałem – nie korzystałem z wolnego), łącznie może 25 dni. Wpisy zajmują 4 rubryki, wolnych rubryk  pozostało 286. Więc  kiedy jakiś facet w telewizji z groźną miną mówi, że legitymacje będą ważne tylko do czasu, aż skończy się miejsce na wpisy, ogarnia mnie pusty śmiech. Moja legitymacja starczy mi na pewno do końca życia zawodowego, a gdyby podlegała prawu spadkowemu, mogłaby posłużyć jeszcze moim dzieciom i wnukom. Te puste rubryki zaś to mój osobisty protest przeciwko wszelkim „reformom” rodem z ZUS czy NFZ.

Kto nie wierzy, niech obejrzy, specjalnie dla Was wybrane strony z mojej legitymacji. Najpierw tytułowa, z datą wydania:

ADAM-1

Teraz wpisy z wizytami u lekarzy:

ADAM-2

Przyznacie, że niespecjalnie nadwyrężam budżet ZUS, czyż zatem mogę mieć nadzieję na ekstra dodatek do emerytury? Jakoś się nie łudzę.

10 Sty 2010

Napisałem w papierowej Gazecie Olsztyńskiej kilka słów o zwyczajach mojej kochanej żony, no i tekst niespodziewanie zrobił furorę wśród kolegów.  Nie chciałbym, żeby czytelnicy bloga czuli się ludźmi gorszej kategorii, nie mając dostępu do moich papierowych dokonań.

Zresztą kiedyś kolega, który mnie namówił do prowadzenia tego bloga (Robert, pamiętaj, że ja pamiętam) udzielił mi prostej rady. Zapytałem, skąd czerpać pomysły na nowe wpisy.

– Po prostu kopiuj swoje felietony z gazety – poradził.

– A skąd brać tematy do felietonów?

– Kopiuj tam swoje wpisy z blogu – odparł z niezmąconym spokojem.

I pomyśleć, że ten wynalazca dziennikarskiego perpetuum mobile żyje wśród nas.

Oto obiecany felieton.

Mickiewicz na krześle

W pewnej chwili żona rzuciła się na podłogę i zaczęła wić się w konwulsjach, trzymając ręce i nogi w górze. Tylko twarz była spokojna; patrzyły z niej na mnie rozumne, pytające oczy.

– Woodstock – rzuciłem triumfalnie w kierunku nic nie rozumiejącej młodzieży.

– Nnno – żona zaprzestała konwulsji, wstała i otrzepała się metodycznie z kocich kłaków, nieustannie zalegających – mimo naszej katorżniczej pracy ze szczotką i odkurzaczem – podłogę w salonie.

Nie był to bowiem atak szaleństwa ani amok wynikający z egzotycznej choroby. Po prostu w taki sposób moja genialna małżonka pokazała bez użycia słów istotę słynnego festiwalu w Woodstock (tarzanie się w błocie). Na tym polegała ta gra, którą nazwaliśmy zabawą w kalambury. Dzielimy się na dwie drużyny (można i na więcej), każda drużyna wymyśla hasła, które członkowie przeciwnej drużyny będą musieli pokazać w określonym czasie (np. 2 minuty) przy użyciu gestów, mimiki i ruchów ciała. Nic nie wolno mówić, nie wolno też używać rekwizytów. Zaręczam: zabawa znakomita, w naszym przypadku miała ten dodatkowy walor, że zgromadziła u nas w pierwszy dzień nowego roku kilka osób w różnym wieku, ze znaczna przewagą młodzieży, to znaczy naszych  dzieci i ich przyjaciół. Bawiliśmy się wspólnie przez  9 godzin bez żadnej przerwy. Osobiście wymyśliłem sposób na błyskawiczne przedstawienie nazwiska Mickiewicz. Właziłem na krzesło i stawałem wyprostowany z charakterystycznie ułożonymi rękami – jak na pomniku wieszcza na rynku w Krakowie. Młodzi twórczo rozwinęli moją koncepcje, włażąc na krzesło przy byle okazji i tylko ruchem ręki przedstawiali poziom prezentowanego „wieszcza”.

Jaki pierwszy dzień, taki cały rok – mówi ludowe porzekadło. Mam nadzieję, że nie dotyczy tarzania się w błocie.


04 Sty 2010

  • Okazuje się, że na ten blog zaglądają liczni moi znajomi, którzy mają do mnie pretensje, że dawno nic nie pisałem. Zgłaszają te żale osobiście lub telefonicznie, niektórzy zaś w komentarzach do poprzednich wpisów.
    1. No więc skoro tak, to piszę – chcieliście bloga, no to go macie, skumbrie w tomacie, pstrąg – że sparafrazuję mistrza Gałczyńskiego. Pamiętacie ten jego słynny wierszyk o podłożu mocno politycznym? A swoją drogą ciekawe, czy odgadniecie, kiedy mistrz to napisał i do jakich wydarzeń odnosił (tylko błagam, nie pozwólcie zgadywać Markowie Barańskiemu, bo on wie na 100 procent!).
      A oto wierszyk:


    Skumbrie w tomacie
    Raz do gazety „Słowo Niebieskie”
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
    przyszedł maluśki staruszek z pieskiem.
    (skumbrie w tomacie pstrąg)
    – Kto pan jest, mów pan, choć pod sekretem!
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
    – Ja jestem król Władysław Łokietek.
    (skumbrie w tomacie pstrąg)
    Siedziałem – mówi – długo w tej grocie,
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
    dłużej nie mogę… skumbrie w tomacie!
    (skumbrie w tomacie pstrąg)
    Zaraza rośnie świątek i piątek.
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
    Idę w Polskę robić porządek.
    (skumbrie w tomacie pstrąg)
    Na to naczelny kichnął redaktor
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
    i po namyśle powiada: – Jak to?
    (skumbrie w tomacie pstrąg)
    Chce pan naprawić błędy systemu?
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
    Był tu już taki dziesięć lat temu.
    (skumbrie w tomacie pstrąg)
    Także szlachetny. Strzelał. Nie wyszło.
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie_
    Krew się polała, a potem wyschło.
    (skumbrie w tomacie pstrąg)
    – Ach, co pan mówi? -jęknął Łokietek;
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
    łzami w redakcji zalał serwetę.
    (skumbrie w tomacie pstrąg)
    – Znaczy się, muszę wracać do groty,
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
    czyli że pocierp, mój Władku złoty!
    (skumbrie w tomacie pstrąg)
    Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie!
    (skumbrie w tomacie skumbrie w tomacie)
    Chcieliście Polski, no to ją macie!
    (skumbrie w tomacie pstrąg)

      Na cały Nowy Rok 2010 obdarowany zostałem darami najważniejszymi: miłością i przyjaźnią. Noc sylwestrowa spędziłem z najbliższymi przyjaciółmi, których los wygnał kilka lat temu z Olsztyna. Zapuścili już korzenie w nowym miejscu, 400 kilometrów od nas. Widujemy się rzadko, ale nasza przyjaźń trwa i ma się doskonale. To poczucie wzmocniło nas i napełniło optymizmem, którego powinno wystarczyć na cały rok. Jeżeli macie prawdziwie bliskich przyjaciół, doskonale wiecie, o czym mówię.
      Wszystkiego najlepszego
    Blog Adama Bartnikowskiego

    Powered by WordPress
    Designed by Edytor Sp z o.o.