17 Lis 2009

Było kiedyś takie powiedzenie: tramwaj w oku.  Znaczyło mniej więcej tyle, co ucho od śledzia, czyli rzecz zgoła  niemożliwą. Przypomniało mi się w związku z burzliwą dyskusją o przyszłych (?) olsztyńskich tramwajach.

Bardzo wielu mieszkańców Olsztyna nawet nie wie, że tramwaje jeździły po naszym pięknym mieście już w roku 1907, a pierwszy tramwaj po II wojnie światowej ruszył przedwojenną trasą linii nr 1  1 maja 1946 roku. Pierwszym pasażerem był prezydent miasta Tadeusz Pałucki, a tego dnia wszyscy jeździli za darmo.

Odkąd pamiętam, tramwaj był ważnym elementem mojego życia. Mieszkałem blisko pętli przy ul. Jeziornej (tak się mówiło: pętla, ale w rzeczywistości był to zwykły przystanek końcowy z rozgałęzieniem szyn), więc widok tramwaju był obrazem z mojego życia codziennego.  Przy tej pętli stała obskurna buda z kioskiem  Ruchu i poczekalnią, która służyła głównie za publiczny szalet. Nie pamiętam, czy ktokolwiek kiedykolwiek czekał tam na tramwaj – ja na pewno nie.

Tramwaj był nie tylko środkiem komunikacji miejskiej; dla nas, dzieci, był przede wszystkim niewyczerpanym źródłem wszelakich rozrywek. Na naszej pętli zawsze stał jakiś wagon, czasami dwa, jak był pusty, to znaczy bez obsługi, można było wsiąść, pokręcić korbą, ponaciskać pedały, podzwonić dzwonkiem, uruchamianym specjalnym sznurem.  A jak już tramwaj jechał, zabawialiśmy się wskakiwaniem i wyskakiwaniem. Przystanki nie były dla nas – wyskakiwaliśmy w biegu tam, gdzie nam akurat pasowało. Można też było wskakiwać w biegu, wykazując się przy okazji sprinterskim talentem. Prawdziwą rozkoszą byłą jazda na stopniach, co czasami było koniecznością wobec ogromnego tłoku.Na stopniach tworzyły się wówczas tzw. winogrona. A bilet kosztował 50 groszy, ulgowy 20 groszy.

Tramwaje jeździły z naszej pętli do dworca głównego, potem kilkakrotnie skracano trasę; tuż przed likwidacją (20 listopada 1965) jedynka kończyła bieg na ul. Dąbrowszczaków przy ul. Kajki.  Po drodze były tzw. mijanki, czyli miejsca z podwójnymi torami, gdzie jadące z naprzeciwka tramwaje mogły się wyminąć. Były na ul. Grunwaldzkiej, 11 Listopada (wówczas 22 Lipca) i chyba na Partyzantów niedaleko Polmozbytu. Bywało, że czekaliśmy na takiej mijance po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut. Nikt nie wysiadał, choć w tym czasie można było całą trasę przemierzyć na piechotę. Co ja tu zresztą będę gadał, zobaczcie sami, jak tramwaj przejeżdża pod Wysoką Bramą. To se ne vrati, jak mówią bracia Czesi.


 

Na początku lat 80. ubiegłego wieku kolegowałem się z ówczesnym dyrektorem MPK w Olsztynie. Kiedyś chciałem mu po przyjacielsku dokuczyć i zapytałem, kiedy tramwaje wrócą do Olsztyna.

– Wpadnij do mnie, coś ci pokażę – powiedział Leszek.

To „coś” to był projekt budowy linii tramwajowej w Olsztynie. Dziś nie pamiętam, czy była tam mowa o jednej, czy o dwóch liniach, pamiętam za to, że trasa biegła m.in. przez Nagórki i dzisiejszą ul.  Synów Pułku chyba do dworca.

– Stary, tu mi kaktus wyrośnie, jak to wejdzie kiedykolwiek w życie – pokazał Leszek wnętrze  swojej szerokiej dłoni.

Wygląda na to, że mój kolega musi powoli przyzwyczajać się do stałej obecności kolczastej narośli na ręce. Chyba że dzisiejsze projekty odbudowy sieci tramwajowej znów trafią do szuflady. Wówczas pozostanie przywołanie starego powiedzonka: tramwaj w oku!

06 Lis 2009

Odezwał się do mnie mój kolega, raczej przyjaciel  z Ameryki. To znaczy on teraz jest w Ameryce; przedtem przez całe dzieciństwo mieszkaliśmy blisko siebie, chodziliśmy do jednej klasy w podstawówce i liceum.

Jego mama – wspaniały człowiek i znakomity lekarz – pomagała mi w zmaganiach z dziecięcą chorobą. Bywaliśmy u siebie bardzo często. Potem on pojechał na nauki do stolicy, a jeszcze później wylądował w Ameryce. Nie podaję szczegółów, bo mnie nie upoważnił do pisania historii jego życia i emigracji. Korespondujemy co jakiś czas; niedawno podałem mu adres tego bloga. Odpisał mi, że z przyjemnością czytuje mnie do śniadania. No więc Juras, specjalnie dla Ciebie poniżej wklejam tekst mojego felietonu z dzisiejszej Gazety Olsztyńskiej. Ty tam w Ameryce masz tylko te niujorktajmsy, Olsztyńskiej u was nie ma. Teraz wiesz, co tracisz. A z Tobą ci, którzy mogą, ale też  nie kupują Olsztyńskiej.

Pas z indeksem

Jako małe dziecko byłem raczej otyły, a to za przyczyną niepohamowanego upodobania do wszystkiego, co nadawało się do jedzenia. Gdy otrząsnąłem się z atawistycznego nawyku nabijania organizmu wszelkimi składnikami odżywczymi, rychło uzyskałem smukłą figurę i w takiej postaci przepędziłem całe dzieciństwo, młodość i wiek dojrzały, w czym dodatkowo wspomagały mnie liczne ćwiczenia fizyczne, aplikowane przez starszego brata. Po każdym podwórkowym meczu koszykówki czy piłki nożnej z moim żałosnym udziałem popijaliśmy trunki proste, ale skutecznie gaszące pragnienie, jako to woda z kranu czy też ­- dla kontrastu – lepka od cukru ówczesna oranżada. Później dopiero zasmakowałem w trunkach z wyższej półki, którego to tematu nie będę tutaj rozwijać.

Od jakiegoś czasu pijam wyłącznie wodę mineralną (oraz wspomniane trunki), co – jak się okazuje – jest odruchem nie tylko prozdrowotnym, ale też mającym w perspektywie skutki ekonomiczne. Dowiaduję się bowiem z gazet (czasem warto coś przeczytać), że Amerykanie chcą się opodatkować i płacić więcej za dosładzane napoje. Pomysł podchwycił jeden z naszych senatorów, proponując wprowadzenie tego haraczu także u nas.

Trochę bym się jednak zastanowił. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że podwyżka ceny oranżady czy soku winogronowego dosładzanego spowoduje spadek obwodu w pasie i w biodrach Amerykanów i Polaków, chociaż skądinąd taki spadek byłby po obu stronach Atlantyku pożądany. Czy jednak np. podwyżka cen alkoholu wytrąca kieliszki z rąk pijaków? Czy większa akcyza na papierosy powstrzyma nałogowych palaczy przed puszczeniem kolejnego dymka? Osobiście walczę z nadwagą nowoczesnymi metodami, pilnując swojego wskaźnika BMI (ang. Body Mass Index – szczegóły w Internecie). Doszedłem do wskaźnika 23,2, a Wy?

02 Lis 2009

Pierwszolistopadowe święto trudno raczej zaliczyć do świąt radosnych, jednak w tym roku odczuwałem w tym czasie rodzaj radości. Moja zmarła w ubiegłym roku mama połączyła się nareszcie ze swoją mamą (czyli moją babcią) i ze swoim ukochanym bratem.

Oboje umarli pół wieku temu. Wspólnie z braćmi postanowiliśmy kilka tygodni temu, że przeniesiemy szczątki babci i wuja w miejsce, gdzie od sierpnia ubiegłego roku spoczywa nasza mama. Sprawę udało się załatwić stosunkowo szybko i bezproblemowo. Mam jakieś irracjonalne przekonanie, że sprawiliśmy tym radość mamie. A przy okazji – wstyd powiedzieć – łatwiej jest nam „obsługiwać” miejsca spoczynku bliskich bez uganiania się po kilku cmentarzach.

Zresztą tak na dobrą sprawę dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki to przecież przede wszystkim wspominanie tych, którzy odeszli. Pojechałem 31 października z bratem do Węgorzewa, gdzie na miejscowym cmentarzu spoczywa od prawie 30 lat nasz dziadek, ojciec mamy. Spotkaliśmy się z nieocenioną panią Teresą i jej mężem, którzy od lat opiekują się grobem dziadka.  Byli dla dziadka jak rodzina. Kiedy umarł, pozostali najbliższymi mu osobami.  Rozmawialiśmy o dziadku, ale przede wszystkim o mamie. Ci wspaniali ludzie stają się też moją rodziną. Czy musi być tak, że trzeba stracić kogoś bliskiego, żeby zdobyć kogoś bliskiego? Ta rozmowa w domu pani Teresy była chyba najbardziej prawdziwymi Zaduszkami.

A potem Olsztyn, podróż na cmentarz. U mamy nowy nagrobek, to nasz prezent na Święto Zmarłych. Przy marmurowym grobie stanąłem wręcz triumfalnie; widzisz mamo, jesteś znowu z najbliższymi, jak w rodzinnych Świątnikach pod Wilnem. Jeszcze tylko brakuje tutaj Twojego kochanego Taty, a mojego dziadka, który uwielbiał Cię od urodzenia i rozpieszczał nieprzytomnie, o co nawet Twój brat był trochę zazdrosny. Nie martw się mamo, pomyślimy i o dziadku.

Doniczka z chryzantemami, kilka lampek, chwila zadumy. Opodal mój ukochany teść, jeden z najlepszych i najmądrzejszych ludzi, jakich znałem. W sąsiedniej alejce bratowa; zmarła w kwiecie wieku po wyniszczającej chorobie.  To moja stała trasa po cmentarnych alejkach. Ludzie na cmentarzu raczej radośni niż refleksyjni. Obok grobu mamy jakaś rozgadana rodzina. – Wynieś te śmieci – mówi matka do 12-letniego synka. – Za darmo nie wyniosę – odpowiada rezolutnie nastolatek, wytwór nowych, merkantylnych czasów. Wyniósł i wyciągnął ręke do matki po napiwek. Nad grobem ciotki, czy może babci. Rozumiecie to? Opodal nad innym grobem radosny gwar spotkania rodzinnego. Wracam do bramy, naprzeciwko rodzina Cyganów, pardon – Romów, niosą kwiaty, znicze. Czy będa ucztować na grobach bliskich, jak dyktuje ich tradycja? Na ich miejscu bym nie ryzykował, to by się mogło nie spodobać bywalcom naszego na wskroś katolickiego cmentarza.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.