27 Paź 2009

Mój przyjaciel, którego blog możecie Państwo odnaleźć w wirtualnej przestrzeni Gazety Olsztyńskiej, mawia często, że prawdziwe dzieło sztuki można właściwie poznać i ocenić tylko w oryginale.

Oczywiście przyjaciel ma rację, atoli codzienne obcowanie z oryginalnymi dziełami sztuki dane jest tylko nielicznym. Miliony zwykłych Kowalskich, Nowaków, a nawet Smithów czy Gonzalesów maja szansę popatrzeć na wielka sztukę tylko z rzadka, przy okazji wizyty w muzeum czy galerii. Moje pierwsze świadome zetknięcie z wielka sztuką zawdzięczam nieżyjącemu już wujowi, który sam zresztą sztukę uprawiał, nie będąc wszakże zawodowym artystą. Ówże wuj zafundował mi wiele lat temu wakacyjny wojaż po muzeach Krakowa i Warszawy, co zaowocowało młodzieńczą moją miłością do obu tych miast (z przewagą Krakowa) i do sztuki, z naciskiem na malarstwo. Wuj poszedł jednak dalej. Miał on otóż nieposkromioną pasję tworzenia: malował, rzeźbił, lepił gliniane maski, a wszystko to w swym warszawskim mieszkanku o powierzchni raptem jakichś 25 metrów kwadratowych. Nic więc dziwnego, że szkice, rzeźby, obrazy, konstrukcje przestrzenne (w tym cudowne szopki bożonarodzeniowe) zagracały jego klitkę do granic możliwości. Przy każdej okazji rozdawał swoje dzieła; najczęściej kościołom (szopki i rzeźby o tematyce biblijnej) i znajomym. Przy okazji którejś tam wizyty u wuja otrzymałem i ja kilka obrazów; najpierw parę widoczków, później ten, o którym skrycie marzyłem: piękną kopię, a raczej może impresję na temat znanego płótna Salvadore Dali (a może Dalego?) Chrystus ukrzyżowany. Oto oryginał:

dali ukrzyżowanie

a to moja kopia

dali kopia 2

Przyznacie, że moja kopia wygląda jak oryginał, a oryginał jak komputerowa kopia. Jestem z tego obrazu bardzo dumny podobnie jak z całej twórczości mojego wuja. Jest m.in. autorem 6 książek już wydanych i kilku kolejnych, które wydać mamy nadzieję. Ostatnią dedykację pozyskałem na jego książce, którą otrzymałem tuż przed Bożym Narodzeniem 2005. Dwa tygodnie później wuj zmarł.

06 Paź 2009

Oliwa nierychliwa, ale sprawiedliwa, zawsze na wierzch wypływa. Tak można najkrócej skomentować tegoroczną nagrodę Nobla z dziedziny fizyki. Dostali ją: Chińczyk (a dokładnie – według amerykańskiej super poprawności rasowej i mniejszościowej – Brytyjczyk chińskiego pochodzenia z obywatelstwem amerykańskim), oraz dwóch Amerykanów.

Chińczyk – Charles Kuen Kao – zasłużył na nagrodę swoją pracą nad obłaskawieniem techniki przesyłania impulsów przez szklane przewody, nazwane później światłowodami.  Amerykanie Willard Boyle i George Smith wymyślili światłoczułe matryce CCD, używane choćby w nowoczesnych aparatach cyfrowych. Bez tego wszystkiego trudno sobie wyobrazić dzisiejszy świat Internetu i błyskawicznego przesyłania informacji.

Oczywiście jako programowy szyderca nie zajmowałbym sie rzeczami tak śmiertelnie poważnymi, jak nauka i nagrody Nobla, gdyby nie jedno ale. Otóż zarówno nasz Chińczyk, jak i wspomniani Amerykanie  swoje badania przeprowadzili w końcówce lat 60. ubiegłego stulecia, a więc lat temu bez mała czterdzieści. Dlaczego więc dopiero dziś szacowny komitet noblowski obudził się i raczył uznać wynalazek światłowodu za godny noblowskiej nobilitacji? Przychodzi mi do głowy jedno tylko wytłumaczenie: nagroda jest do wzięcia po 40 latach, bo było wysoce prawdopodobne, że szacowni profesorowie wynalazcy nie dożyją tej pięknej chwili i forsy nie odbiorą.

I tu się szanowna Komisja z Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk natknęła na rafę całkiem niespodziewaną, mianowicie na własną decyzję z innej dziedziny. Otóż tegorocznymi laureatami nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii i medycyny zostali odkrywcy telomerów, tj. „czapeczek” chroniących zakończenia chromosomów: Elizabeth Blackburn z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco, Carol Greider z Wydziału medycyny Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore oraz Jack Szostak z Wydziału Medycyny Uniwersytetu Harvarda i z Instytutu Medycznego Howarda Hughesa.

Istota ich odkrycia polega na tym, że wspomniane telomery, których nikt normalny nie widział ani nawet nie podejrzewał, że istnieją, odpowiedzialne są za proces starzenia się. Telomery w trakcie naszego życia stają się coraz krótsze, a im są krótsze, tym bardziej się starzejemy, a w końcu umieramy. Teoretycznie można sobie wyobrazić, że opracowane zostaną techniki sztucznego wydłużania tych dziwnych molekularnych struktur, a tym samym możliwe będzie wydłużanie ludzkiego życia. Może nawet w nieskończoność.

No więc na koniec apel do szacownej komisji noblowskiej: nie kombinujcie z tym odwlekaniem wypłat. Jak się należy, to dawajcie od razu, bo uczone chłopaki jak się uprą, to przedłużą sobie życie choćby i o sto lat. A przy okazji może i nam wszystkim?

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.