23 Wrz 2009

Jak to dobrze mieć dzieci. Głównie dlatego, że mają zupełnie inne spojrzenie na świat niż my, stare ramole.

Do wczoraj z nabożnym szacunkiem traktowałem moją kablówkę, która sprzedała mi Internet, kodując podłączenie na kartę sieciową mojego komputera. Przeszkadzało mi to jak diabli, bo ja mam w domu taki układ, że funkcjonują dwa komputery. Jeden od października do czerwca, drugi od lipca do września. Taki jest rytm studiów; kiedy najmłodszy syn wraca na wakacje, przywozi swój komputer (bardziej oczywiście wypasiony od mojego) i podłącza do domowej sieci. Musi jednak przełożyć kartę sieciową. Taki układ trwa już dwa lata.

Niedawno zadzwonił do mnie starszy syn, informatyk, prowadzący firmę w Krakowie. Miał problem; chciał pobyć z rodziną parę dni w Olsztynie, ale nie mógł zamykać biura firmy. Wpadł więc na pomysł, że przywiezie swój komputer i telefon cyfrowy, podłączy się do mojego Internetu i zrobi sobie niby-wakacje, nie przerywając działalności firmy.

– Pięknie, synku, ale u mnie Internet jest na kartę, więc się ze swoim nie podłączysz – zakomunikowałem z troską.

Usłyszałem stłumiony śmiech w słuchawce.

– Tato, damy radę – wydusił z siebie pobłażliwie.

No i przyjechał, podłączył kable mojego Internetu do swojego laptopa, coś tam pogmerał i po chwili miał nie tylko zalogowany do (podobno) zakodowanej sieci komputer, ale i telefon, na który dzwoniło się jak do Krakowa. Przy okazji dowiedziałem się, że to całe niby kodowanie to wielka lipa, można to z łatwością omijać, ale trzeba wiedzieć jak. Kablówka robi takie kombinacje po to chyba, żeby nie można było podłączyć kilku komputerów do jednego gniazda, co mogłoby np. skutkować rozgałęzieniem jednego opłaconego abonamentu na cały blok. Ani mi w głowie takie sztuczki; ja chcę po prostu korzystać we własnym domu z Internetu za pośrednictwem dowolnego komputera, a nie tylko tego, na który pozwolenie wypisze mi łaskawie moja kablówka. Obiecuję, że tej tajemnicy twierdzy szyfrów nie sprzedam nikomu.

08 Wrz 2009

Urlop to jeden z gorszych okresów w życiu każdego pracownika. Pierwsze dni mijają na rozpamiętywaniu: o czym to ja zapomniałem przed urlopem? Czego nie załatwiłem? Co w pośpiechu spaprałem?

Potem wyjeżdżamy gdzieś blisko lub daleko i znów się zadręczamy: po cholerę się tu pcham? A co będzie, jeżeli trzeba będzie mimo wszystko na chwile wpaść do roboty? Cóż to takiego wielkiego ta Hiszpania (Włochy, Francja, Chorwacja – niepotrzebne skreślić). Po tygodniu lub dwóch takiej psychicznej szarpaniny nadchodzi wreszcie upragniony czas powrotu.

W tym roku twardo sobie postanowiłem – żadnej zagranicy. Ale nie wiem, czy dotrzymam, bo odwiedził mnie niedawno przyjaciel z dzieciństwa i młodości, mieszkający od prawie 30 lat we Francji. Wiecie jak to jest z dawno niewidzianymi kumplami: czasami rozmowa aż kipi i ciągle nam mało, czasami wręcz przeciwnie: skrępowanie, brak tematów, poczucie obcości. Z Krzysztofem było super, powspominaliśmy stare dzieje, coś tam wypiliśmy na rozluźnienie, no po prostu nie mogliśmy się rozstać. Później pojechałem do syna i wnuków do Krakowa, a jeszcze później chciałem się jeszcze raz spotkać z moim francusko-polskim przyjacielem. Niestety, odpisał, że już jest u siebie w Strasburgu. I że mam do niego przyjechać, bo jeszcze jest o czym pogadać. No i żeby koniecznie z żoną, którą był zachwycony.

No więc teraz nie wiem, co robić. Nie jestem z tych, którzy zwalają się ludziom na głowy, ale z drugiej strony on naprawdę szczerze zaprasza. A Strasburg piękny, jest co oglądać. Chyba jednak pojedziemy.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.