11 Sie 2009

O Mazurach można nieskończenie, ale nie będę tego udowadniał. Pociągnę jednak jeszcze trochę temat wstydliwy i brzydko pachnący: co zrobić z tym, co żeglarze produkują – by tak rzec – sami z siebie?

Jeżeli chodzi o ekologię i ochronę środowiska, to Iława wyprzedziła Mazury wschodnie o całą epokę. Oczywiście pisząc Iława mam na myśli cały basen Jezioraka.

 Tam już działaja ekomariny i to w liczbie – nie uwierzycie – 27. Nie wiem, w ilu z nich można „zrzucić” zawartość jachtowych toalet, ale już samo istnienie tak wielu sanitariatów i punktów odbioru śmieci napawa ogromnym optymizmem. A tak przy okazji, buszując w Interencie w poszukiwaniu toalety (brzmi dziwacznie, ale co robić?) natknąłem sie na wypowiedzi prof. Mirosława Krzemieniewskiego, mojego dawnego znajomego. Otóż prof. Krzemieniewski stawia śmiałą tezę, że na cuchnącej zawartości jachtowych toalet można zrobić złoty interes. Energetyczny. Przecież to prawdziwy koncentrat biogazu! Trzeba go tylko umiejętnie wyzwolić, zmagazynować i wykorzystać. Nie bloguję w sferze chemii organicznej, więc nie będę się silił na naukowe dywagacje. Profesor wie, co mówi, tym bardziej, że podjął już zachęcające eksperymenty praktyczne. Gdyby jego wizje sie spełniły, wówczas żeglarze nie tylko nie płaciliby za oddawane ścieki, ale jeszcze by na nich zarabiali na kieliszek chleba. Do spożycia na kei oczywiście, bo żeglowanie „pod wpływem” zagrożone jest takimi samymi sankcjami, jak jazda po pijaku samochodem.

07 Sie 2009

Na ten blog zaglądają przeważnie tylko wtajemniczeni, ale Gazetę Olsztyńską czyta wielu. No i nie musiałem długo czekać na reakcję na felieton „Najcudniejsze szambo świata”, który tam dziś się ukazał.

Felietonista jak artysta – nie musi i nie powinien się tłumaczyć z tego, co napisał, chyba że napisał po prostu nieprawdę. Natomiast jeżeli felietonista nie szczypie, nie drażni, nie prowokuje, nie pobudza – to powinien oddać się jakiejś spokojniejszej profesji, np. zostać pilotem samolotów bojowych lub kierowcą Formuły 1.

Ale żarty na bok; przyznaję, że zupełnie niechcący boleśnie poraniłem wielu porządnych, pracowitych ludzi, myślących o WJM tak jak ja i próbujących coś dla nich zrobić. Tym „czymś” jest np. projekt pn. „Budowa ekologicznych mini przystani żeglarskich wraz z systemami odbioru i segregacji odpadów na wybranych obszarach regionu warmińsko-mazurskiego”. W programie tym uczestniczą gminy znad Śniardw, Mamr i innych mazurskich perełek. Rozmawiałem o tym projekcie m.in. z wiceburmistrzem Węgorzewa Andrzejem Lachowiczem, który odsłonił mi nieco szczegółów. Bardzo nam się miło gawędziło, ale niestety wspomniane szczegóły są takie, że te ekomariny powstaną dopiero za dwa lata, niektóre być może trochę wcześniej. Więc jeszcze przez dwa sezony zmieni sie niewiele. Nawet giżycka ekomarina, która powstaje poza wspomnianym projektem i przybiera już całkiem realne kształty, otwarta zostanie dopiero jesienią przyszłego roku – a więc już po sezonie. A skoro o Giżycku mowa: w Internecie już dziś bez trudu można tam znaleźć ekomarinę. Pod tę nośną nazwę podszywa się niewielki porcik, dzierżawiony przez pewną spółkę od miasta, w którym to porcie można zacumować i zapłacić – to jedyne na dziś usługi. No więc takich „ekomarin” na Mazurach nie chcemy – co nie znaczy, że tę giżycką namiastkę trzeba zamknąć. Niech sobie działa, ale – na Boga – niechże nie mami żeglarzy ekomarinowym statusem.

04 Sie 2009

Uwielbiam żeglować, a już rejs szlakiem Wielkich Jezior Mazurskich to frajda niebywała. Byłaby, gdyby nie pewna wstydliwa sprawa. Sprawa kupy mianowicie.

Przepraszam, że tak walę prosto z mostu, ale owijanie w bawełnę nic nie da. Trzeba walić prawdą po oczach i po nosach – może to kogoś otrzeźwi. Nasze Mazury Cud Natury mają szansę wkrótce zostać największym i najpiękniejszym szambem świata. Urody krainy nikt i nic nam nie zabierze, ale kryształ wód potrafimy sami sobie odkrysztalić. Problem jest prozaiczny i wstydliwy nieco: tysiące turystów zostawiają tam pamiątki na brzegach i w wodzie. Jedni załatwiają „te sprawy” wprost do wody, inni na brzegu, jeszcze inni mają na jachcie turystyczną toaletę, którą po zapełnieniu wylewają… do jeziora.  No bo przecież opróżnienie takiej toalety w specjalistycznym punkcie kosztuje 6 złotych. Majątek, nieprawdaż?

Nie mam pojęcia, czy tak już zidiocieliśmy, że nie potrafimy spojrzeć dalej niż nasz tyłek? A może to wielowiekowy syndrom oszukiwania „ich” – czyli władzy, państwa, reżimu. No ale robienie pod siebie to chyba nie prostest przeciwko uciskowi złej władzy. To po prostu smród we własnym domu. Kto tego nie rozumie, ten wart wieku czyśćca, najlepiej po szyję w szambie. Znajdzie sie też robota dla gospodarzy gmin: pokażcie żeglarzom, że w każdym zakątku mogą się wygodnie i bezpiecznie załatwić na brzegu, dajcie im możliwość bezpłatnego opróżnienia jachtowych toalet w każdej marinie – i będzie czysto. A że kosztuje? Na ochronę siódmego cudu świata forsa musi się znaleźć, jak nie w Warszawie, to w Brukseli. Jest jeszcze inne wyjście: wprowadzić całkowity  zakaz żeglugi po WJM. Tylko ile będzie kosztowało utrzymanie kilku (kilkunastu?) tysięcy strażników, pilnujących każdego skrawka brzegu?

Zapraszam do mojej rubryki Moim zdaniem w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.