29 Lip 2009

No jest! Jest medal! Korzeń, czyli Paweł Korzeniowski jednak złapał formę i ma srebro na pływackich Mistrzostwach Świata w Rzymie. Przegrał tylko z kosmicznym Michaelem Phelpsem, który popłynął – uwaga, uwaga! – 1:51,51! Dla jasności: motylkiem, nie kraulem. Korzeń miał 1.53.23, co jest wyśmienitym rekordem Polski.

Mnie jednak zastanawia co innego. Wieloletni szef wyszkolenia Polskiego Związku Pływackiego Jan Wiederek, komentując wyczyn Phelpsa, powiedział to, co nurtuje wielu specjalistów. Co się stanie z kosmicznymi rekordami świata po 1 stycznia 2010 roku? Przypominam, że po tej dacie nie będzie można pływać w superszybkich syntetycznych kostiumach. Kto wie, czy władze światowego pływania nie podejmą decyzji o anulowaniu rekordowych osiągnięć, ustanowionych po jakiejś tam dacie. Pamiętacie, jak było z rekordami w rzucie oszczepem? W 1984 roku Niemiec ze śp. NRD Uwe Hohn rzucił 104,80.  Ten nieprawdopodobny rekord nie został nigdy pobity. Działacze złapali się za głowy, zaczęli myśleć i wymyślili: trzeba zmienić konstukcję oszczepu, żeby szybciej spadał na ziemię. Reformę przeprowadzono w 1987 i oszczepy zaczęły latać bliżej. To samo można zrobić z pływaniem: kosmiczne rekordy zamrozić i wrócić do wyników z epoki normalnych gaci.

A na koniec zagadka: kto z Polaków miał w Rzymie kostium Arena X-Glide, który od przyszłego roku będzie zakazany? Odpowiedź – Korzeń właśnie. Phelps płynąl w zwykłych pływackich gatkach. Ten prosty przykład pokazuje wyższość ducha nad materią.

27 Lip 2009

No i stanęło na moim, niestety. Pływackie mistrzostwa świata w Rzymie są piękne i rekordowe, ale zasługa to Francuzów, Niemców, Amerykanów, Serbów, Szwedów, Południowych Afrykańczyków i paru jeszcze innych nacji. Nasi zajmują miejsca pod koniec pierwszej pięćdziesiątki.

Prorokowałem to w tym miejscu we wpisie „Szkoda kostiumu” z 8 lipca. Oczywiście nie tylko o kostiumy chodzi. Polskie pływanie może nie tonie, ale na pewno to już nie czasy, zapoczątkowane przez Wojdata, Szukałę i Podkościelnego. Po nich pałeczkę przejęła Alicja Pęczak, a po niej nowa fala polskiego pływania, w której główne role odgrywają do dziś weteran Bartosz Kizierowski (jednocześnie sprawdzający się jako znakomity trener) Otylia Jędrzejczak, Paweł Korzeniowski i Mateusz Sawrymowicz, a także cała plejada niewiele im ustępujących mistrzów drugiego planu, jak choćby Przemek Stańczyk ze Szczecina czy Marcin Babuchowski z Łodzi. Na razie jedyne miejsce finałowe dla Polski wywalczył w Rzymie skoczek z trampoliny Andrzej Rzeszutek. Zobaczymy, co będzie dalej, chociaż ani na Otylię, ani na Kizierowskiego liczyć nie możemy, bo po prostu nie startują. Może Łukasz Gąsior coś pokaże, no i jest jeszcze Korzeniowski na 200 delfinem. A może nasi pojechali tam po prostu na wakacje?

Wygląda na to, że będę musiał znów zostać działaczem związku pływackiego. Możecie się śmiać, ale za czasów mojego prezesowania w Olsztynie (1996 – 2004) polskie pływanie odnosiło największe sukcesy. Ale na poważnie; czy Bartnikowski jest działaczem, czy nie jest – dla polskiego pływania nie ma to najmniejszego znaczenia. Pozostaje mi jednak satysfakcja: moi przyjaciele – trener pływaków olsztyńskiego Kormorana Jacek Puciło i były olsztyniak, dziś gorzowianin Jacek Nowak wyprowadzają swoja pływacką młodzież na coraz szersze wody. Sukcesy moich przyjaciół są moimi sukcesami – i tej maksymy będę się trzymał.

A wracając do mistrzostw w Rzymie: obradująca w przeddzień zawodów FINA, czyli międzynarodowa federacja pływania uchwaliła, że jednak kostiumy nowej generacji, o które było tyle krzyku, nie będą dozwolone. Zakaz obowiązywać będzie od 1 stycznia 2010 roku. Nasi działacze mieli więc rację, nie dopuszczając kosmicznych kostiumów do użytku. Szkoda jednak tych utraconych medali…

Tytuł jest frywolny, ale tekst wcale nie będzie wesoły. Trudno na wesoło mówić o morderstwie.

Pół Polski widziało, jak nad Morskim Okiem umierał zadręczony na śmierć koń. Pół Polski słyszało, jak furman (i chyba właściciel) próbował zmusić nieszczęsne zwierzę do wstania i podjęcia dalszej pracy.  Koń po chwili zdechł. Właściciel szybko zakrzątnął się, żeby padłe zwierzę zabrano i spalono. I nic, nie ma sprawy! Amatorski filmik pokazano w publicznej telewizji, krąży po Internecie, ale na razie bać się powinien nie góral – zabójca konia, lecz ten, kto nagrywał filmik. Już dostał telefony i sms-y z pogróżkami.

Za męczeńską śmierć konia w Zakopanem odpowiedzialny jest nie tylko jego właściciel, nie tylko woźnica, nie tylko dyrekcja Tatrzańskiego Parku Narodowego, która ma obowiązek zapewnić zwierzętom dostęp do wodopojów – a nie zapewnia. Winni jesteśmy my wszyscy, społeczeństwo, proszę państwa. Wcale nie będę mówił o znieczulicy (chociaż jest), ale o lenistwie. To lenistwo skłania nas do uprawiania turystyki jak najmniejszym wysiłkiem. Dlatego zamiast wlec się piechotą nad Morskie Oko (a stąd już tylko kozi skok nad Czarny Staw i drugi – na Rysy) wyciągamy dudki (po góralsku pieniądze) z kieszeni, dajemy jednemu z górali powożących wielkimi wozami i jedziemy sobie wygodnie prawie na sam brzeg Morskiego Oka. Nie wiem, czy konie często padają z wysiłku, ale wiem, że taka robota to nie jest nawet na ich końskie zdrowie. A już kazać im ciągnąć wóz z dwudziestoma ceprami w 40-stopniowym upale – to po prostu zbrodnia. I jak zbrodnia powinna być sądzona. Chociaż raczej nie będzie.

Mam tylko nadzieje, że ten martwy koń zdołał przemówić do naszych sumień. A jeżeli nie do sumień, to przynajmniej do poczucia praworządności. Niechże ktoś pilnuje jakichś ludzkich – pardon: końskich – zasad zdrowego rozsądku. Niechże wozy będą wypełniane na miarę końskich sił, a nie chciwości ich właścicieli. Dajcie koniom dostęp do paszy i wody. A najlepiej, żeby te wozy w ogóle zniknęły z drogi do Morskiego Oka. Turystykę górską najlepiej uprawiać na własnych nogach.

22 Lip 2009

Nawet nie zauważyłem, że dzisiaj jest 22 lipca. Kiedyś nie mógłbym nie zauważyć. Kto ciekaw niech sprawdzi, co dawniej oznaczała ta data: 22 lipca

Dla mnie ta data nie ma specjalnie negatywnych konotacji, bo towarzyszyła mi od dziecka. 22 lipca zawsze było święto; my dzieci w PRL nie kojarzyliśmy tego zupełnie z polityką, już bardziej z czekoladkami. Bo przecież słynna firma cukiernicza E. Wedel w Polsce Ludowej została przechrzczona na ZPC im. 22 Lipca (d. E. Wedel). Dziś jest znów na odwrót, czyli wrócił Wedel. Powinnio więc być tak: E. Wedel (d. 22 Lipca, d. E. Wedel). Nie upieram sie, byłoby chyba zbyt duże zamieszanie, ponadto żart jest w stylu Borata, czyli nieco obrazoburczy i mógłby zbyt wielu zirytować. Nie wierzycie? To zobaczcie, co wyczynia borat

Wróćmy jednak do 22 lipca. Nie ma już ulicy w Olsztynie pod patronatem tej daty – a może w innych miastach jeszcze się gdzieś zachowała? Byłoby cudnie. Pamiętam, że jako dziecko przechadzałem sie gdzieś na Wybrzeżu (to chyba był Słupsk albo Koszalin) ulicą Władysława Gomułki, wówczas I sekretarza jedynie słusznej partii. W szkole mnie uczono, że ulice mogą otrzymać imię tylko osoby nieżyjącej, ale dla Gomułki uczyniono wyjątek. Jak na ironię po śmierci jego imię zniknęło z ulic.

22 lipca to także data uchwalenia Konstytucji PRL, co prawda pod czujnym okiem Wielkiego Brata ze wschodu, ale zawsze to jakaś tam konstytucja. Władze PRL starały się, żeby ta data kojarzyła się z czymś dobrym; dlatego właśnie 22 lipca 1983 roku ostatecznie zniesiono w Polsce stan wojenny, wprowadzony 13 grudnia 1981. I to chyba moje ostatnie skojarzenie z tą kultową datą. Czy komuś dziś jeszcze z czymś się ona kojarzy?

20 Lip 2009

Na żeglarstwie znam się jeszcze słabiej, niż na pływaniu, mam więc papiery na to, żeby się trochę „w tym temacie” powymądrzać. Żeglarz ze mnie żaden, ale coś tam jednak potrafię; zdając zaś sobie sprawę z marnych umiejętności, żegluję zawsze jak ostatni lądowy szczur. Ma to jedną niewątpliwą zaletę; jest bezpieczne. Co więcej, nigdy jeszcze nie miałem wywrotki, co jest dla żeglarza równie niewiarygodne, jak dla studenta przebrnięcie przez studia bez żadnego egzaminu poprawkowego.

Z żeglarstwem jest trochę podobnie, jak z jazdą samochodem. Po opanowaniu podstawowych prawideł i zaliczeniu kilku jazd, wydajemy się samym sobie mistrzami kierownicy (lub steru i żagla). Na ile to jest prawdziwe – widzimy codziennie na polskich drogach. W żeglarstwie przestrogi, dawane przez naturę szarżującym słabeuszom, są może mniej spektakularne; najczęściej taki żeglarzyna od siedmiu boleści ląduje w szuwarach bądź taranuje nabrzeża. Gorzej, jeżeli powieje niespodziewanie mocno (czyli przyjdzie szkwał) na środku dużego akwenu. Wówczas niewywracalne i niezatapialne żaglówki przewracają się do góry dnem (tzw. grzybek), a czasem (na szczęście bardzo rzadko)  idą na dno. Ponieważ nawet przewrócona żaglówka jest maleńką pływającą wysepką (z wyjątkiem tych rzadkich wypadków, gdy tonie), raczej nie należy się od niej oddalać. Przecież chyba nie jest tak, że byliśmy sami na jeziorze? Trochę cierpliwości – na pewno ktoś do nas podpłynie lub przynajmniej zawiadomi kogo trzeba. Żeglarze to brać solidarna i obowiązek pomocy mają wyssany z… może nie dociekajmy skąd.

Wszystkie te kalkulacje biorą w łeb, gdy pływamy po morzu. Pamiętam moją pierwszą nocną wachtę podczas rejsu po Bałtyku żaglowcem „Generał Zaruski” (na zdjęciu jeszcze ze starym oznakowaniem żagli, bardzo słabo widocznym). Pełniłem służbę na tzw. „oku” – czyli miałem obowiązek wypatrywać ewentualne przeszkody przed dziobem. Psia służba! Trafiła mi się w lekkim sztormie, stałem na dziobie po prawej burcie, kolega stał  po lewej – jakieś 5 metrów ode mnie. Niby blisko, ale nie widziałem go ani nie słyszałem. Morze huczało jak startujący odrzutowiec,  fala co chwila zalewała nas obu; choć byliśmy w wodoodpornych sztormiakach i kapturach, przemoczyła nas do suchej nitki. W tych warunkach moje „oko” było parodią tej służby. Na nosie miałem okulary, które zalewane słoną wodą były przeźroczyste jak pomalowany na fioletowo (noc była, przypominam) plastyk. W rzadkich chwilach, gdy woda ze szkieł nieco obeschła, tworzyła się na nich cieniutka warstwa soli, odcinająca całkowicie mój słaby wzrok od morskich przestworzy. Mimo lata trzęśliśmy się z zimna. Wówczas to, stojąc samotnie (chociaż nie sam) na zalewanym falami pokładzie, uświadomiłem sobie, że gdybym przypadkiem wypadł za burtę, szansę na uratowanie miałbym dokładnie zerową. Oczywiście mieliśmy wszyscy przećwiczony alarm „człowiek za burtą!” . Procedura jest taka: kto pierwszy zauważy, że ktoś wypadł, głośno woła „człowiek za burtą!” i wskazuje ręką przybliżony kierunek. Sternik natychmiast rozpoczyna manewr, dzięki któremu statek (jacht) wykonuje pętlę (najbardziej optymalny manewr zawracania) i podpływa którąś burtą do nieszczęśnika. Ten pierwszy obserwator przez cały czas stara się utrzymać tonącego w polu widzenia i bez przerwy pokazuje go ręką. Na koniec ktoś z załogi wychyla się przez burtę i specjalnym uchwytem łapie tonącego, wyciągając go na pokład. Wszystko to piękne w teorii i na ćwiczeniach, podczas dobrej pogody na spokojnej toni, ale spróbujcie czegoś takiego nocą podczas sztormu. Niewykonalne – przede wszystkim  dlatego, że tonący natychmiast znika z pola widzenia. W sztormową pogodę jest naprawdę ciemno; nie ma gwiazd, księżyca, a obowiązkowe światła statku mają za zadanie przede wszystkim czynić go widocznym, a nie rozjaśniać drogę. Zresztą nawet za dnia morze faluje, a wodne pagórki skutecznie zasłaniają wszystkie pływające obiekty.  No więc po wypadnięciu byłbym zdany wyłącznie na siebie, a raczej na opatrzność. Tylko nadprzyrodzone moce mogłyby mnie z takiej opresji wyciągnąć, ale raczej na nie bym nie liczył.

Tak sobie rozmyślałem nocą na mokrym dziobie żaglowca, wpatrując się w ciemną czeluść huczącego Bałtyku. Gwarancją mojego bezpieczeństwa była kilkumetrowa lina zakończona karabińczykiem, który miałem obowiązek zapinać na relingu (stalowa lina, biegnąca wokół całego statku). Z tymi linami, z uprzężą, którą stale nosiliśmy na sobie, wyglądaliśmy trochę jak ptaki na uwięzi. Rechotały z nas żeglarskie wygi w odwiedzanych portach, ale nasz kapitan (w randze generała zresztą) nie odpuścił. Szelki musieliśmy nosić do końca rejsu.

17 Lip 2009

Człowiek to urodzony leń i wygodniś, więc już w zamierzchłych czasach kombinował, jak by tu przeprawiać się przez rzeki, jeziora i mokradła, nie zamaczając nóg i całej reszty przyodzianego w skóry ciała.

Wymyślił tratwy, czółna, potem łódki, statki (w ramach rozwoju wygodnictwa napędzane siłą wiatru, a nie wioseł), kajaki, barki, jeszcze później różne tam jachty, katamarany, motorówki, skutery wodne i inne pływające banany. Najpierw służyło to wszystko przede wszystkim praktyce, później także rozrywce.

Osobiście za najbardziej szlachetną odmianę pływania uważam wciąż pływanie „ręczne” (czyli wpław), ale zaraz potem jest żeglarstwo. Próbowaliście kiedyś? Jeżeli nie – gorąco zachęcam. Nie zalecam jednak pierwszych prób podejmować od razu samodzielnie. Nie wiem, co za kretyn zdecydował, że na pływanie łodzią żaglową o długości poniżej 7 metrów nie trzeba mieć patentu – czyli takiego żeglarskiego prawa jazdy. Przecież nie da się prowadzić bezpiecznie żaglówki, nie mając pojęcia o pracy żagli, o kątach natarcia wiatru, o dryfie, refowaniu żagli, pod- i nadsterowności i tysiącu innych rzeczy. Nie można pływać żaglówką, nie wiedząc, czym różni sie zwrot przez sztag od zwrotu przez rufę i jak oba bezpiecznie wykonać. Mówię tu o rzeczach dla każdego żeglarza oczywistych. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie wpuści za kierownicę samochodu – obojętne: merecedesa czy malucha – kogoś bez podstawowej wiedzy i umiejętności, dokumentowanej prawem jazdy. Jeżeli się mylę, to mi powiedzcie, ale argumentami. Jak ich nie usłyszę – pozostanę przy swoim zdaniu.

Ale to może jest trochę tak, jak z pływaniem na mokro; wszystko można, tylko z umiarem, rozsądkiem i na trzeźwo. Ba, ale jak to osiągnąć. Zwłaszcza ten ostatni czynnik jest podczas wakacji towarem zdecydowanie deficytowym.

15 Lip 2009

Człowiek istota przekorna. Kiedy usiłowano mnie przekonać do pisania bloga, zaparłem się na nie. Jak już się zgodziłem, próbowano mnie namówić, żebym zajął się pływaniem, bo rzekomo na tym się świetnie znam. Jak to jest naprawdę – patrz wpis Papiery na pływanie.

Oczywiście znów sie zaparłem, po czym … uruchomiłem blog o pływaniu właśnie. Innymi słowy: nie chcem,  ale muszem. Ale już nawet chcę, bo okazuje się, że mam pewną grupkę wiernych czytelników (wąską co prawda, ale nie od razu Kraków…).

Osoby niezainteresowane tematyką pływactwa śródlądowego, a chcące mimo to obcować z moją twórczością, pragnę uspokoić. Spróbuję zmierzyć sie także z inną tematyką, wielkiej i małej polityki nie wyłączając.  Odsyłam też do papierowej Gazety Olsztyńskiej, w której co piątek ogłaszam prawdy o życiu i poglądy na świat w rubryce Moim zdaniem. Na zachętę felieton z 3 lipca.

Dom publiczny na Mazurach
Kiedyś przeklinało się kogoś słowami: obyś cudze dzieci uczył. Dziś jak chcemy kogoś tak urządzić, żeby popamiętał, życzmy mu: obyś miał dom na Mazurach.
Mając dom na Mazurach mamy po prostu przerąbane. To już nie jest nasz dom – to jest dom, z przeproszeniem, publiczny. Wszelka publiczność bowiem wali do nas drzwiami i oknami, powołując się już to na pokrewieństwo, już to na nieistniejącą (jak nam się zdawało) zażyłość. Jedyną wymierną korzyścią przebywania pod naszym dachem licznych (choć nieproszonych) gości jest to, że zaczynamy stołować się w domu, co jak wiadomo jest zdrowsze, niż korzystanie z niesprawdzonej kuchni baru czy restauracji, położonych w pobliżu naszego miejsca pracy. Pozornie jest też tańsze – niestety ten walor nie znajduje tu odbicia, bowiem posiłki w domu musimy przygotować dla kilku/kilkunastu (niepotrzebne skreślić) osób, natomiast w barze czy restauracji bywaliśmy najczęściej samowtór, jedynie z ulubioną koleżanką/kolegą (niepotrzebne j.w.) z pracy.
Pomijając już nawet koszty i uciążliwość, wynikającą z konieczności dzielenia się z gośćmi naszą łazienką, kuchnią i innymi przestrzeniami naszego domu, najbardziej dotkliwe jest wypełnianie obowiązków, wynikających z naszej znanej szeroko w świecie gościnności. Ta zaś zmusza nas do biesiadowania do rana, śpiewania po północy sprośnych piosenek ku uciesze nie znających nas od tej strony sąsiadów, jednym słowem do zarywania nocy. Rano musimy niestety podjąć kolejne wyzwania w pracy, bowiem w przeciwieństwie do naszych drogich gości mamy urlop dopiero w sierpniu.
Jedyna pociecha, że w czasie urlopu możemy odreagować, udając się na drugi koniec Polski do krewnych lub znajomych, posiadających dom. Na pewno się ucieszą.

 Miałem zamiar już tym wpisem oderwać sie od przyspawanej do mnie tematyki pływackiej, ale jeszcze się nie da. Bo pytają: jak to jest z tym bezpiecznym pływaniem? Jak nauczyć sie pływać? Dlaczego ogarnia nas paniczny strach, gdy tylko nie możemy sięgnąć stopą zbawczego dna?

Byłbym ostatnim idiotą, gdybym usiłował kogokolwiek nauczyć pływać drogą korespondencyjną. Nie da się. Trzeba znaleźć instruktora lub trenera i kawałek wody. Może być jezioro, kryta lub odkryta pływalnia. Są jednak i tacy, którzy umieją pływać „trochę” i pytają co robić, żeby mieć z pływania uciechę, ale przeżyć. Tym trochę umiejącym doradzam jak najszybsze opanowanie dwóch prostych umiejętności: leżenie na wodzie na plecach oraz oddychanie w wodzie.

O leżeniu już pisałem. Wbrew pozorom to umiejetność dość trudna do opanowania, ale niezbędna dla naszego poczucia bezpieczeństwa. Niektórzy powiadają, że oni leżeć nie mogą, bo toną. No pewnie, że toną, jeżeli nie potrafią porządnie się wyprostować i leżeć jak deska na wodzie. Najmniejsze zgięcie tułowia powoduje nieuchronnie zanurzenie w wodzie naszej twarzy; teraz wystaje z wody tylko czubek głowy, a nim oddychać się nie da. Rzecz w tym, że zawsze nad powierzchnię wystaje taka sama (licząc procent wagi) część naszego ciała. My sami musimy sprawić, by była to twarz, a nie np. tyłek czy wspomniany czubek głowy.

Teraz druga umiejętność: oddychanie w wodzie. To jedna z pierwszych umiejętności wpajana dzieciom podczas nauki pływania.  Najpierw uczymy samego zanurzania głowy przy wstrzymanym oddechu, później wydychania powietrza z zanurzoną głową, na koniec odkręcania głowy na bok ponad powierzchnię wody w pozycji tzw. strzałki. Dopiero potem instruktor zabiera się za naukę właściwych ruchów pływackich – najpierw nóg, potem rąk. Tą właśnie metodą usiłowałem nauczyć pływać mojego przyjaciela, w czym miałem nawet pewne sukcesy. Niestety, przyjaciel zaniechał samodzielnych treningów, które mu zaleciłem i zatrzymał się na etapie strzałki.

Oddychanie w wodzie trzeba ćwiczyć nieustannie, w warunkach domowych nawet w wannie. Nie zrażajcie się początkowymi niepowodzeniami, uczuciem duszenia, zachłystywaniem się wodą. Przez to wszystko trzeba przejść.

Jak komuś nie wychodzi, niech wypożyczy łódkę, kajak lub rower wodny. Ale uwaga: załóżmy kapoki. Nawet jeżeli umiemy (lub wydaje nam się, że umiemy) pływać. Umiejący pływać też toną.

13 Lip 2009

Próbowałem o pływaniu pisać w tonie lekkim i żartobliwym, a tu masz: znów tragedie, znów toną. I będą nadal tonąć niestety. To prawie tak, jak z wypadkami drogowymi; wiadomo, że będą, wiadomo, że zginą ludzie i wiadomo, że wcale tak nie musi być. Ale będzie.

I znowu jak mantrę wszyscy powtarzają: przyczyną był alkohol. No nie, nieprawda! Przyczyną było to, że jeden z drugim nieszczęśnik wlazł lub wpadł po pijaku do wody i utonął, bo nie umiał pływać, albo pływał zbyt słabo. Albo spanikował i nie potrafił nad paniką zapanować. Albo po ciemku zmylił drogę (pijacka kąpiel nocą – rozrywka wielce popularna) i pływał rozpaczliwie w kółko, aż  łyknął raz i drugi wody i nie mógł złapać tchu. Jednak co prawda, to prawda: toną przeważnie pijani, bo po pijaku tracimy nad sobą kontrolę i próbujemy wyczynów, na które w stanie trzeźwości absolutnie nas nie stać. A z wodą nie ma żartów, niepokornych szybko nauczy pokory – najczęściej z tragicznym finałem.

Pisze mój przyjaciel w komentarzu: napisz o basenach, że trzeba budować ich więcej i tam uczyć młodych pływać. Ba, gdybyż tak od każdego westchnienia na blogu czy w gazecie przybywało pływalni krytych i odkrytych, gdybyż to każdy z nas – skrybów codziennych i niedzielnych – miał taką moc sprawczą, to ja osobiście odrywałbym się od klawiatury tylko w niedziele i święta państwowe. W Olsztynie zaległości mamy wieloletnie, bo kiedyś jakiś idiota na bardzo wysokim stanowisku stwierdził, że budowanie krytych pływalni w mieście jedenastu jezior to czysty nonsens. Ta brednia poszła w świat i nawet dość normalni ludzie powtarzali: po co wam pływalnie, skoro macie jeziora? Powoli mądrzejemy i budujemy pływalnie kryte nie tylko w Olsztynie, ale też np. w Giżycku, o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że cierpi na brak jezior w okolicy. Pływalnie atoli służą głównie sportowcom, chociaż – pochwalmy się – to właśnie w Olsztynie powstała koncepcja powszechnej nauki pływania w szkołach podstawowych. Z takiej właśnie pływackiej szkółki wyszły moje dzieci – i dziś jestem o nie spokojny nad wodą. Ale nawet w tych szkółkach nie uczą, ile można wypić, żeby się nie utopić. Wóda generalnie nie jest dobrym partnerem żadnego sportowego wyczynu – pamiętajmy o tym, gdy po kilku głębszych chcemy zaimponować towarzyszom biesiady skokiem na główkę lub długodystansowym motylkiem. To już lepiej wypić jeszcze po jednym.

10 Lip 2009

Jakoś się nie mogę cholera odczepić od tego pływania. Kiedyś pisałem w felietonie w papierowej Gazecie, że mnóstwo ludzi uważa mnie za niesłychanego eksperta od pływania i z wszystkim, co tyczy wody otwartej lub zamkniętej, walą do mnie jak w dym.

Jak to mówił Kwinto? Panowie mnie z kimś mylą, ja jestem muzykiem. Tylko nie bierzcie tego dosłownie – muzykiem nie jestem, ale ekspertem od pływania też nie. Skoro już zabrnąłem w tę tematykę, wyjaśnijmy: dawno, dawno temu kilkoro przyjaciół – byłych pływaków i aktualnych trenerów – namówiło mnie, bym kandydował w wyborach do władz pływackiego związku. Zgodziłem sie i zostałem wybrany. Z kolei jako prezes okręgu zacząłem bywać na zawodach, zjazdach i spotkaniach branżowych – i tak zostałem w pewnym sensie ekspertem z urzędu. Najśmieszniejsze, że nawet moi przyjaciele pływacy zaczęli mnie za takiego uważać. Musiałem się więc za siebie zabrać. Zawsze pływałem nienajgorzej, ale zacząłem trenować jeszcze ostrzej, latem codziennie, zimą co najmniej 2 – 3 razy w tygodniu. Jako ekspert pływający byłem coraz bardziej wiarygodny, więc zabrałem sie też za teorię; studiowałem tabele, rekordy, międzyczasy. Wiedziałem wszystko o początkach kariery Otyli (nie muszę chyba dodawać nazwiska), nawet o szczegółach nieznanych szerszemu gremium. Znałem kulisy powoływania reprezentacji na olimpiady i inne mistrzowskie zawody. Ba, sam (oczywiście wspólnie z kolegami) bywałem organizatorem i gospodarzem iluś tam zawodów. Skończyłem z tym kilka lat temu; na kolejnym zjeździe po prostu nie dałem się wybrać. Ale ekspercka sława pozostała.

Z powyższego wywodu jasno wynika, że jednak mam jakieś tam papiery na pływanie, zarówno w sensie dosłownym (różne tam patenty na różne formy pływania, w tym – jak mawia mój przyjaciel – na pływanie ręczne). Tylko nie każcie mi uczyć Was pływać – bo skończycie jak mój inny przyjaciel, o czym przy innej okazji. Ciąg dalszy na pewno nastapi.

08 Lip 2009

Pierwszy wpis i od razu pierwszy komentarz – to pobudza i zobowiązuje.  Oczywiście wiem, kto komentuje i po co – właśnie po to, żeby pobudzić i zachęcić do dalszych wysiłków. Ale do rzeczy.

Motyw kostiumów zakazanych umieściłem trochę dla żartu, trochę żeby zaintrygować. Chodzi o to, że FINA – czyli Międzynarodowa Federacja Pływania – wciąż nie może się zdecydować, czy i w jakim zakresie dopuścić do użytku kostiumy najnowszej generacji. Pływanie w nich napędza nową falę rekordów w światowych basenach. Na razie nowych rekordów jest około setki, w tym kosmiczny wynik Francuza Alaina Bernarda na 100 m dowolnym – 46,94. Tu jednak ciekawostka – rekord Francuza nie został zatwierdzony, bo w chwili jego ustanowienia kostium Arena X-Glide, w którym płynął, nie był jeszcze dopuszczony do użytku.  Obecnie już jest, podobnie jak inne stroje zakazane, o których wspomniałem w poprzednim wpisie. W Polsce zakaz na razie obowiązuje do 31 lipca i to tylko na zawodach juniorów i młodzików. Być może  kongres FINA, który odbędzie się w Rzymie 24-25 lipca, wypracuje jakąś klarowną, spójną politykę w sprawie pływackich gaci i całej reszty. Kongres odbędzie się podczas mistrzostw świata, podczas których można będzie pływać w zakazanych w Polsce kostiumach. Nasi ich nie będą mieli, bo decyzja FINA o legalizacji jest świeża, więc nie zdążymy kupić i „opływać” nowych ubranek. Konia z rzędem temu, kto się w tym połapie, a dwa konie temu, kto powie, jakie przepisy w kwestii kostiumów będą obowiązywać w roku 2010.

Oczywiście prywatnie możemy sobie pływać, w czym nam się żywnie podoba, ale tylko kretyn wkładałby na tyłek kawałek syntetycznego łacha za 300 – 400 euro tylko po to, żeby za chwilę się w nim utopić. To już lepiej tonąć w tradycyjnych majtkach za 10 złotych lub zgoła bez niczego.  Taniej i wygodniej.

Ciąg dalszy (być może) nastapi.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.