10 Maj 2017

Urodziłem się jako okularnik, o czym jeszcze wówczas oczywiście nie wiedziałem, podobnie jak inni nowo narodzeni okularnicy. Nikt nie rozpoznawał we mnie okularnika, bo przecież nie miałem jeszcze przynależnego tej kaście atrybutu, czyli okularów właśnie.

 

Na rzeczony sprzęt musiałem sobie dopiero zapracować. Udało się dopiero po 11, a może  12 latach, kiedy to rozpoznano u mnie fatalną krótkowzroczność. Nie odnotowałem tego wiekopomnego zdarzenia w żadnym pamiętniku, bo za czasów mojego dzieciństwa pamiętniki służyły do wypożyczania koleżankom i kolegom, którzy wpisywali do nich mniej lub bardziej głupawe wierszyki, niekiedy ozdobione mniej lub bardziej koszmarnymi rysunkami.  Najczęściej poezja pamiętnikowa miała taki kształt:

 

Na górze róże, na dole fiołki, my się kochamy jak dwa aniołki.

 

Pomijając już żenujący poziom artystyczny tego rodzaju wypocin (chociaż zdarzały się pozytywne wyjątki), niosły one łatwą do podważenia treść. To rzekome kochanie polegało bowiem tylko na bliższej lub dalszej znajomości, niekiedy zresztą ku rozczarowaniu właściciela pamiętnika.

No więc jako okularnik nie prowadziłem pamiętnika moich traum i klęsk, zapamiętałem jednak, że bardzo  się wstydziłem mojego nowego wcielenia. Już mniej więcej po tygodniu okulary nosiłem tylko na pokaz, żeby się rodzice nie czepiali. Wychodziłem więc z domu w tych nieszczęsnych brylach alias cynglach (było tych nazw naprawdę sporo, a wszystkie obraźliwe jak nie wiem co), po kilku metrach rzeczony sprzęt ściągałem z nosa i w szkole pojawiałem się piękny jak dawniej.

Fundamentalny przełom nastąpił przed egzaminem do liceum. Jako ślepiec nie miałbym szans na odczytanie z tablicy tematów egzaminacyjnych, więc okulary wróciły na swoje miejsce na moim nosie, gdzie zostały do dziś. Ja się przez te 50 lat w ogóle nie zmieniłem, to tylko wciąż nowe modele okularów tak mnie odmieniają.

07 Lut 2017

Pamiętacie Henryka Panasa? To chyba pierwszy po wojnie pisarz z Olsztyna, o którym zrobiło się naprawdę głośno w całym kraju, a to za sprawą niezwykłej, chociaż dość niepokaźnej objętościowo książki „Według Judasza”. Sam autor doczekał się własnej biografii, którą spisali z trochę reporterskim, trochę z naukowym zacięciem dwaj olsztyńscy dziennikarze: Marek Książek i Janusz Soroka.

Tak się składa, że znam dobrze obu autorów, co więcej znałem też osobiście bohatera ich książki. Pan Henryk przyjaźnił się z wieloma moimi starszymi kolegami z redakcji Gazety Olsztyńskiej, szczególnie blisko był z Januszem Segietem, a to za sprawa wspólnej pasji: gry w szachy. Janusz Segiet był graczem wybitnym, wielokrotnym mistrzem województwa, pan Henryk zaś wysoko zaawansowanym amatorem. Rozgrywali swoje partyjki prawie zawsze w niewielkim pokoiku pana Janusza na końcu korytarza na 6. pietrze naszej ówczesnej redakcji przy ul. Towarowej 2. Sam siedziałem w pokoju obok, a ponieważ – bywało – miałem jakieś służbowe sprawy do Janusza Segieta, więc wpadałem co jakiś czas na Pana Henryka. Spotykałem go też przy innych okazjach, na przykład w nieoficjalnym klubie dziennikarzy w olsztyńskim Domu Środowisk Twórczych przy ul. Mickiewicza w Olsztynie.

Marek Książek i Janusz Soroka podjęli trud przedstawienia możliwie szczegółowo historii życia Henryka Panasa, poświęcając szczególnie dużo miejsca perypetiom wojennym w armii gen. Andersa. Po wojnie Henryk Panas przebywał dwa lata we Włoszech i w Anglii, po powrocie do Polski trafił jako nauczyciel do Wrocławia, potem do niewielkich Kamionek pod Giżyckiem, na koniec zaś do Olsztyna, gdzie w niejasnych okolicznościach kupił dom. Sam Panas twierdził, że dom kupił za pieniądze wygrane w Totolotka, co – jak wykazują autorzy jego biografii – budzi jednak spore wątpliwości.

Książek i Soroka zebrali naprawdę solidny materiał archiwalny, przeprowadzili też mnóstwo rozmów z ludźmi, którzy z Panasem się przyjaźnili, kolegowali lub po prostu zetknęli w życiu prywatnym i służbowym. Nie ma mowy jednak o gloryfikacji postaci Panasa, przytoczono m.in. jego dwuznaczną aktywność w początkach stanu wojennego (słynne wystąpienie w telewizji) oraz działalność w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Książek i Soroka nie brną jednak w tani dydaktyzm, nie oceniają postawy swojego bohatera, ograniczając się – moim zdaniem słusznie – do przedstawienia faktów.

Od śmierci Henryka Panasa upłynęło ponad 30 lat (zmarł 11 września 1985 roku). Miniony czas relatywizuje tło polityczne czasów, w jakich przyszło mu żyć, pozostawiając obraz Henryka Panasa – pisarza dużego formatu, którym słusznie możemy się wciąż chlubić jako „naszym” twórcą.

 

panas1

 

Okładka książki Marka Książka i Janusza Soroki, zdjęcie zrobił wybitny fotografik, przyjaciel i współpracownik Henryka Panasa Wacław Kapusto

 

Panas2

 

Osobista dedykacja od Janusza Soroki, który zaczynał karierę dziennikarską pod moim kierunkiem. Obok podpis Marka Książka, z którym też z niejednego dziennikarskiego pieca chleb jadłem.

 

01 Lut 2017

Rzecz będzie o inicjacji zimowej, bo jak wiadomo wszystko należy zaczynać na zimno. Niestety, ten swój pierwszy raz fatalnie spartaczyłem – jak wiele innych razów zresztą. A było tak.

Z naszej trójki to ja niestety byłem największym łamagą, co we wczesnym dzieciństwie przejawiało się podobno nieustającym rykiem, a później było już tylko gorzej. Płaskostopie, reumatyzm dziecięcy, wczesne okularnictwo – to kolejne etapy mojej społecznej degrengolady, prowadzącej nieuchronnie do partaczenia wszystkiego, co się tylko spartaczyć dało. Nic zatem dziwnego, że spartaczyłem – jak wszystko – także mój pierwszy raz.

Jak się zapewne już wszyscy domyślają, partactwo, o którym dzisiaj chciałbym z bólem przypomnieć, dotyczy mojej sztuki jazdy na łyżwach. Od samego początku, to znaczy od tego tytułowego pierwszego razu, wypracowałem sobie dość osobliwą technikę, opierającą się wyłącznie na próbach (nie zawsze udanych) utrzymania się na nogach podkutych łyżwami. Dla jasności: te łyżwy przypięto mi niemal siłą, nie bacząc na moje głośne protesty. „Nauczysz się” powtarzali jak mantrę moi przyjaciele (to wówczas zacząłem wątpić w szczerość ich przyjaźni). Tak czy owak łyżwy przypięto, po czym usiłowałem stanąć na lodowej tafli Jeziora Długiego, co każdorazowo kończyło się ucieczką do przodu. To znaczy łyżwy uciekały, ja zostawałem na lodzie. Przyjaciele wzięli się na sposób i we dwóch postawili mnie w pionie, którą to pozycję z najwyższym trudem utrzymywałem, ale w sposób słabo rokujący na najbliższą przyszłość. Także i na to znaleźli sposób moi prześmiewcy; jeden podtrzymywał mnie z boku, drugi zaczął pchać od tyłu. Jechałem! Po chwili na szczęście ten od pchania się zmęczył i odpuścił, dzięki czemu rymsnąłem jak długi na zbawczy lód.

Tak się skończyła moje pierwsza lekcja jazdy na łyżwach. Jak mówił nieodżałowany Kwinto: następnej razy nie było.

04 Sty 2017

Przyznaję z pokorą, że huczne sylwestry z tańcami i hulankami do białego rana to w moim życiorysie już tylko rys historyczny. W sylwestrową noc 2016/2017 zabawiałem się w towarzystwie jednej tylko damy, w dodatku własnej żony. Ale kiedyś… Ho, ho, sami poczytajcie.

Śnieg po pas, mróz pod 30 stopni (na minusie rzecz jasna), zamarznięte na kamień jezioro, wieża widokowa w pobliżu, gdyby komuś chciało się podziwiać mroźne widoczki, a do tego przepiękny ośrodek żeglarski na Mazurach do wyłącznej dyspozycji. Żeglarski sylwester sprzed 30 lat.

Zjechało nas tam kilkanaście osób, prawie wszyscy ze środowiska żeglarskiego plus moja ówczesna narzeczona, a obecna żona, którą oczywiście wcześniej przeczołgałem przez rejs jachtem ze mną w roli sternika, co – zważywszy moje mizerne umiejętności żeglarskie – było dla niej przeżyciem dość ekstremalnym.

Cóż za wspaniała galeria postaci: mój najbliższy wówczas przyjaciel Janek, zwany Grubym Janem dla odróżnienia od innego mojego przyjaciela Janka, którego dla porządku nazywaliśmy Chudym Janem. Gruby Jan niestety już nie żyje, podobnie jak Tadeusz zwany Tadem, nasz wspólny przyjaciel z Warszawy, przy którym Gruby Jan – chłopak naprawdę solidnej budowy – wyglądał jak niepozorne chuchro. Tado miał specjalny pas, przy którym przytroczył manierkę ze spirytusem (lekko doprawionym na szczęście), którym hojnie częstował wszystkich chętnych. Jarek zwany Prezesem później zasłynął ekstremalnymi rejsami morskimi łącznie z opłynięciem piekielnego Przylądka Horn. Tutaj Prezes pełnił rolę palacza, z której zresztą wywiązywał się wzorowo. Wystąpił w nieskazitelnie białym garniturze, na którym do końca zabawy nie pokazał się nawet najmniejszy pyłek – a przecież musiał dokładać do pieca i mieszać w palenisku gigantycznym pogrzebaczem. Wszyscy byliśmy przebrani: Gruby Jan za pirata, chudy Jan za marynarza (albo odwrotnie), Prezes za prezesa (stąd ten biały garnitur), a moja narzeczona za wiotką hurysę, bo wiotka była i pozostała do dzisiaj, przy tym gasiła (i gasi) urodą wszystkie inne panny, mężatki i rozwódki. Osobiście byłem przebrany za członka Młodzieżowej Służby Ruchu; była to harcerska formacja paramilicyjna, pomagająca Milicji Obywatelskiej w kierowaniu ruchem ulicznym i pieszym na ulicach. Jako harcerzyk byłem podobno tak zabawny, że wszyscy uczestnicy przez ładnych kilka minut nie mogli podjąć żadnych działań zabawowych, a to z powodu skręcającego ich konwulsyjnego śmiechu. Dla porządku dodam, że nigdy w życiu nie byłem w harcerstwie, a służba w Milicji Obywatelskiej też była raczej odległa od moich marzeń i snów.

 

Kwestie aprowizacyjne i kucharskie spoczywały na naszych barkach i głowach. Osobiście zabrałem się za sprawy najbliższe memu sercu, mianowicie za mrożenie szampana i gotowanie bigosu. A trzeba wiedzieć, że w ośrodku nie było znanych nam dzisiaj lodówek domowych, tylko lodówy i zamrażary o pojemności pewnie z pół tony każda. Do takiej to właśnie komory zamrażalniczej wrzuciłem te nasze szampany, zaś posiekaną kapuchę przemieszaną z dodatkami mięsno-kiełbasianymi postawiłem – jakby dla przeciwwagi – na tzw. taborecie grzewczym, gdzie mój ogromny gar z zawartością szybciutko nie tylko zawrzał, ale nawet przypalił znaczącą część rzeczonej kapuchy. Dokładnie odwrotne procesy zachodziły w tych gigantycznych zamrażarkach, co skutkowało zamrożeniem na kość naszych szampanów, połączonym z pękaniem butelek. Otrzymaliśmy dziwną szronowo-śniegową masę, zalegającą komorę zamrażarki, co odkryliśmy niestety dopiero około północy, kiedy chcieliśmy wznieść noworoczne toasty. Wypić tego niestety się nie dało, ale przecież smak pozostał, a podobno nie ma nic lepszego, jak trochę wina dodanego do bigosu. Dodaliśmy zatem szampański śnieg do tego przypalonego bigosu, co spowodowało smród tak okropny, że cała tę breję musieliśmy czym prędzej wyrzucić. W efekcie nie mieliśmy ani szampana, ani gorącego dania, co wszakoż nie przeszkodziło nam w szampańskiej (?) zabawie do białego rana.

27 Paź 2016

Prawdziwy mężczyzna powinien zbudować dom, posadzić drzewo, mieć syna, a w stosownym wieku przejść zawał serca. Trele morele, okazuje się, że nawet głupiego zawału nie umiałem sobie załatwić.

Co do reszty to większość mam za sobą, jedynie z domem jakoś odkładam na później, co chyba skutkować będzie dożywotnią wegetacją w spółdzielczym mieszkanku z epoki późnego Gierka. Natomiast w kwestii zawału nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Zaczęło się dość dziwnie: schyliłem się, kucnąłem i nagle coś zakłuło w środku, ale tak, że aż oddech odebrało. Potem trochę zelżało, ale ból pozostał.

Zawał – nie zawał. Bo jeżeli zawał, to długo nie potrwa, ale skoro trwa – to chyba jednak nie zawał.

Uspokojony tą krótką rozmową z najbliższą mi osobą (czyli z sobą samym) udałem się do codziennych obowiązków, zabierając ze sobą – acz niechętnie – swój ból.

Nazajutrz obudziłem się wciąż z bólem – ale sam fakt przebudzenia utwierdził we mnie przekonanie, niemal pewność: nie zawał. A skoro nie zawał, to nic pilnego – no i zapisałem się na wizytę u lekarza odpowiedniej specjalności za trzy dni. Dla jasności: u lekarza z opcji płatnej dodatkowym ubezpieczeniem, z takim zwykłym, „na NFZ”, chyba nie potrafiłbym się umówić. Raz próbowałem w kwestii pilnego zabiegu okulistycznego – i załatwiłem wizytę za pół roku. Z zawałem – nawet takim niepewnym jak mój – takie czekanie raczej nie wchodzi w grę.

Przychodzę więc z tym swoim bólem wciąż gniotącym mnie od środka, opowiadam panu doktorowi co i jak. Opukał, ostukał, zmierzył ciśnienie (górna granica normy), a nawet prądy w moim sercu. Nic, zdrowym. No ale boli! Jak boli – to środki przeciwbólowe.

No i co powiecie? Po trzech dniach zażywania tych środków ból minął i już – przynajmniej na razie – nie wrócił. Czuję się świetnie no i dzięki temu mogłem podjąć dalsze leczenie, bowiem – jak powszechnie wiadomo – trzeba mieć końskie zdrowie, żeby się leczyć.

Kolejne rutynowe badania odkryły z bezwzględną surowością: zdrowyś pan jak byk, przynajmniej póki co. Tylko to ciśnienie… Lepiej sprawdzić dokładnie.

Wsadzono mnie na rower, taki stojący w gabinecie, i kazano pedałować, przy czym lekarz dokręcał co jakiś czas śrubę. To tzw. próba wysiłkowa. Jak się pewnie domyślacie, próba nic nie wykazała – oprócz tego mojego końskiego zdrowia oczywiście. Nic dziwnego, że  lekarze zmartwili się już nie na żarty. Postanowili poddać mnie wymyślnym torturom, ukrytym pod niewinną nazwą holter.

To nic innego, jak poczciwy ciśnieniomierz, jakim tysiące ludzi mierzy sobie codziennie ciśnienie, od czego co prawda zdrowia nie przybywa ani trochę, ale za to powstają coraz to nowe tematy do rozmów z rodziną, sąsiadami i lekarzami oczywiście. Tenże prosty aparat połączony jest długą plastykową rurką z aparatem na baterie, który będzie nam to ciśnienie mierzył w sposób ciągły, przez całą dobę. Całość włącza się co 20 lub 30 minut z charakterystycznym warkotem – jakby odlatywał mały helikopter.

Dosyć to wszystko niewygodne, bo całą tę instalację trzeba nosić na sobie bez przerwy, co utrudnia nawet zwykłą kąpiel w wannie, że nie wspomnę o ulubionej przeze mnie codziennej kąpieli w basenie. Za to w nocy o dziwo spałem jak suseł, ale mój przenośny helikopter – chociaż schowany pod kołdra – budził swoim warkotem spoczywającą obok moją wierną w zdrowiu i chorobie małżonkę.

Wyniki będą znane za tydzień. Mocno się boję, że będą prawidłowe, co będzie się zapewne wiązało z kolejnymi badaniami i jeszcze bardziej wymyślnymi torturami.

 

18 Paź 2016

Dzisiaj będzie o tym, jak łatwo i bezboleśnie zarobić na czysto 500 złotych, przy czym nie ma to nic wspólnego z programem 500+. Tam bowiem – jak wiadomo – wcale nie dostaje się tych pięciu stów za darmo. Trzeba się przedtem solidnie napracować, chociaż w wielu przypadkach ta praca w zadziwiający sposób łączy się z przyjemnością.

W moim przypadku zaczęło się od dziwnego chrobotu w prawym przednim kole mojego czarnego jak smoła krążownika szos. Chrobot natężał się w miarę pokonywanego dystansu, ale postanowiłem jakoś dociągnąć do pracy, bo tuż przy naszej skromnej, ale gustownej siedzibie, stoi sobie równie skromny, choć nieco mniej gustowny warsztat samochodowy.

– Co z twoim kołem, przecież powietrze zupełnie zeszło – powitał mnie pan Krzysztof, jeden ze współwłaścicieli, z którymi jestem od lat zaprzyjaźniony.

– No właśnie – wydukałem z głupią miną – a ja myślałem, że łożysko może.

Chłopaki z warsztatu pokiwali głowami nad moją głupotą (nie pierwszy raz, boję się, że to kiwanie wejdzie im w nawyk) i zabrali się za wymianę koła.

– Opona już do niczego, alufelga pokrzywiona – wyliczał bezlitośnie pan Krzysztof. – Wyprostujemy tyle, ile można, oponę załatamy i założymy, ale czym prędzej trzeba kupić nową oponę, a felgę wyprostować w specjalistycznym zakładzie.

Może i jestem mało kumaty w kwestiach nowoczesnej techniki samochodowej, ale wiem tyle, że jak wymieniamy oponę w jednym kole – to musimy wymienić i w drugim. Taka symetria – ponoć nasze auta żyć bez niej nie mogą. No a dwie nowe opony – to jak nic sześć stówek (przypominam – nie żaden fiacik, ale czarny bolid wielkości średniego czołgu).

Z tą lekko skrzywioną felgą i felerną oponą pojechałem kuśtykając do domu. Nie pytajcie mnie, jak samochód może kuśtykać – mój potrafił.

W domu atoli poczułem uderzenie geniuszu. Przecież podobny przypadek miałem niecały rok temu – złapałem gumę, zmasakrowałem po swojemu oponę i wymieniłem obie. Ale ta druga była dobra – no więc została w piwnicy. Teraz będzie jak znalazł.

Wywlokłem zapomnianą oponę z piwnicy – ten sam fason i krój, pasuje idealnie. W specjalistycznym warsztacie za marną stówę wyprostowali mi felerną alufelgę, założyli nową (powiedzmy – prawie nową) oponę i mój bolid ozdrowiony pomknął w siną miejską dal.

Jak widać bardzo łatwo można zarobić pięćset złotych. Wystarczy w przypadku nagłego uderzenia geniuszu zejść do piwnicy.

21 Wrz 2016

Dopiero co zakończone w kalendarzu lato przynagliło mnie do jak najszybszego powspominania starych, dobrych, mokrych czasów. To znaczy nie lato mnie przynagliło, tylko jego koniec, z którym to końcem nigdy nie mogę się pogodzić. Tak mam od kiedy pamiętam.

Trzej przyjaciele z jeziora – można by zanucić o nas piosenkę na melodię słynnej „Trzej przyjaciele z boiska”. Nie harataliśmy w gałę, nie strzelaliśmy bramek, nie dokopaliśmy ruskim ani nawet Albańczykom, bo naszym boiskiem były szerokie lub nieco węższe wody olsztyńskich (i nie tylko) jezior, które przemierzaliśmy wzdłuż, wszerz i w poprzek, a także niekiedy wokół lub przynajmniej po łuku.

To przemierzanie było tylko w jednej trzeciej legalne, bo o ile pamiętam tylko ja z naszej trójki miałem tzw. żółty czepek. Tak nazywano w skrócie specjalną kartę pływacką, uprawniającą do bezkarnego płynięcia na przykład z Dybowa na Wierzbę na styku jezior Mikołajskiego i Śniardwy, czego w swoim czasie prawie dokonałem. Prawie, bo zawrócił mnie w połowie drogi jakiś kajakarz czy żeglarz, zwracając uwagę, że słabo widać mój łeb w falującej wodzie i łacno może on zostać  (ten łeb oczywiście) przecięty dziobem omegi czy innej venuski, a w najlepszym razie walnięty wiosłem kajakarza. Co w efekcie doprowadziłoby do skutku zamierzonego – czyli wyeliminowania takich pływających wariatów z przestrzeni wodnej.

Wróćmy jednak do naszej trójki. Z braku żółtych czepków (osobiście co prawda posiadałem, ale sam się nie będę wygłupiał, więc nie nosiłem) wybieraliśmy akweny położone z dala od czujnych oczu ratowników i policyjnych patroli. Co zresztą nie zawsze się udawało, bo nasza odrodzona ojczyzna bezpieczeństwo obywateli stawiała za cel nadrzędny i otaczała troską szczególną, więc nawet na odcinku nielegalnych pływaków nie odpuszczała i ścigała z całą stanowczością. Inna sprawa, że jakoś nie przypominam sobie, żeby policyjna motorówka dopadła na środku jeziora całą naszą trójkę, więc to było raczej polowanie na jednego tylko pływającego zwierza, czyli na mnie.

Z zapartym tchem śledziłem na Facebooku (kto nie ma, niech żałuje) wyczyn młodej olsztynianki Mai. Przepłynęła ona otóż wszystkie olsztyńskie jeziora wpław, aby zwrócić uwagę na problem czystości wód. Przy okazji powstał film „Wpław przez Olsztyn” dla jednej z telewizji.

Maja zaczęła z wysokiego „c” – od przepłynięcia Krzywego na całej długości – a to ponad 5,5 kilometra! Płynąłem kiedyś podobny dystans w innym jeziorze, więc wiem, co to znaczy. Potem zaliczała kolejno wszystkie pozostałe, nawet tak obecnie dzikie i niesprzyjające kąpielom, jak Podkówka czy Nowodworskie.

No i patrzę, czytam i oczom nie wierzę: toż to córka jednego z tych moich przyjaciół od nielegalnego przepływania wszystkich możliwych i niemożliwych głębi. Jak widać, niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Zobaczcie dzielną Maję w jej zmaganiach z olsztyńskimi jeziorami:

ukiel start

Tak się zaczęło – Majka na plaży w Łupstychu, przed nią ok. 5,5 kilometra Jeziora Krzywego.

 

ukiel  ukiel2 ukiel3

To też Jezioro Krzywe, czyli Ukiel, Majka płynęła oczywiście z asekuracją łodzi ratowniczej. O ile wiem, ani razu nie skorzystała z pomocy, nie licząc symbolicznego kubka gorącej herbaty.

 

sukiel sukiel1

 To już jezioro Sukiel, o którym kiedyś pisałem, że nie nadaje się do kąpieli. Jak widać kłamałem.

 

Maja i Ewa

 A to Majka z mamą, znaną dziennikarką radiową Ewą Domaradzką.

 

 Więcej o projekcie (i mnóstwo zdjęć) znajdziecie tutaj:

http://www.facebook.com/WplawprzezOlsztyn/?fref=ts

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z facebookowego profilu Ewy Domaradzkiej, pobrałem je za jej wiedzą i zgodą, a także za aprobatą samej Majki. Dziękuję.

 

01 Wrz 2016

Z czym się Państwu kojarzy data 1 września? No tak, mnie też głównie z początkiem II Wojny Światowej, ostrzałem Westerplatte, obroną Poczty Gdańskiej i tak dalej. Znam jednak sporo osób, które kojarzą tę datę wyłącznie jako początek roku szkolnego. Jeszcze inni pamiętają, że 1 września 1989 roku zginął w USA jeden z najlepszych polskich piłkarzy Kazimierz Deyna.

Zapewne w polskiej historiografii, a być może i w narodowej świadomości historycznej, 1 września pozostanie na zawsze rocznicą napaści hitlerowskiej na Polskę. Równie dramatycznych wydarzeń nie było i – miejmy nadzieję – nigdy nie będzie już w naszej historii. Pamiętajmy jednak także, że:

1 września 1364 roku papież Urban V wydał bullę powołującą do życia Akademię Krakowską, dziś znaną jako Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. Uczelnia ta jest mi szczególnie bliska, bowiem wyposażyła w dyplomy magisterskie dwoje moich dzieci, uprzednio oczywiście przepuściwszy oboje przez solidny magiel wykładów, seminariów, kolokwiów i egzaminów;

1 września 1939 roku w niemieckim wówczas Olsztynie uruchomiono komunikację trolejbusową, odrestaurowaną także po II wojnie światowej w polskim już Olsztynie;

1 września  1961 roku urodził się Krzysztof Dariusz Szatrawski, olsztyński pisarz, krytyk muzyczny i literacki;

1 września 1969 roku w Libii nastąpił przewrót wojskowy, proklamowano utworzenie Libijskiej Republiki Arabskiej, władzę objął Muammar al-Kadafi, obaliwszy króla Idrisa I. Sam Kadafi także został obalony i zabity w wyniku wojny domowej w 2011 roku;

1 września 1972 roku na igrzyskach olimpijskich w Monachium Józef Zapędzki po raz drugi został mistrzem olimpijskim w konkurencji pistoletu szybkostrzelnego, co widziałem na własne oczy w czarno-białej wówczas telewizji;

1 września 1982 roku zmarł Władysław Gomułka, polski polityk, działacz komunistyczny, I sekretarz KC PPR, wicepremier, I sekretarz KC PZPR;

1 września 1985 roku odnaleziono wrak Titanica;

1 września 1999 roku założono Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie;

1 września 2016 roku dzieciaki poszły do szkoły i tam dowiedzą się, które z tych wydarzeń są ważne, które jeszcze ważniejsze, a o których można spokojnie zapomnieć.

 

22 Sie 2016

Wywodzę się ze sfer mieszczańsko-ziemiańskich, więc w domach moich przodków służba bywała i pracowała na swój chleb powszedni, zamieszkując latami razem z „państwem” w ich domach czy mieszkaniach. Ten obyczaj w zdumiewający sposób odtworzył się w zrujnowanej, ubogiej, przez długie lata siermiężnej ojczyźnie powojennej.

Moi rodzice przez ładnych kilka lat mieli w domu służącą, o pardon, nianię, a może gosposię. Ktoś się musiał w końcu zająć nieznośnymi bachorami, czyli naszą wesołą trójką, a dodatkowo uwarzyć coś, co nadawałoby się do jedzenia. No i jeszcze oczywiście zakupy, sprzątanie, a nawet – o ile pamiętam – prace w ogródku. W tych ostatnich wspierała te nasze nianie moja babcia, która mieszkała z nami aż do śmierci, ale do prac gospodarskich (z wyjątkiem tego ogródka) specjalnie się nie wyrywała. W końcu szlachecka krew, do ksiąg bardziej powołana (babcia była nauczycielką już za cara) niż do pługa.

Nasza pierwsza niania miała na imię Monika – i to z grubsza wszystko, co o niej zapamiętałem. Ach, jeszcze ten obrazek: krztuszę się landrynką (a może dropsem), niania wali mnie po plecach i woła: żeby tylko nie stanęła! (ta landrynka, ma się rozumieć). Najwyraźniej landrynka ze strachu przed Moniką się położyła, bo jak widać żyję i mam się nie najgorzej (chociaż łupie mnie tu i tam w kościach, ale chyba nie przez tę landrynkę, na boga?!).

Etap drugi: Brygida. Nazywała się prawie tak jak my, więc niektórzy myśleli, że to może ktoś z rodziny ze wsi, co było fałszywe w założeniu, jako że rodziny na wsi nigdy nie posiadaliśmy, co nam zostało do dzisiaj. Brygida została z nami do czasu swojej pierwszej ciąży, której sprawcy nie chciała ujawnić. Sama postanowiła odejść na „wychowawczy” – i już nie wróciła. Z Brygidą robiliśmy różne figle dziecinne, które nam wydawały się przezabawne, ale ją doprowadzały do szewskiej pasji. Te niezrozumiałe dla nas emocje napędzały ją do prób zemsty, polegających na uganianiu się za nami z rózgą lub miotłą. O ile pamiętam, nigdy nikogo nie dogoniła, bo zawsze przez któreś z dwojga drzwi zdołaliśmy wymknąć się z domu, a na zewnątrz nie miała z nami szans w tych wyścigach, tym bardziej, że była obciążona tą rózgą albo miotłą, przy tym nigdy nie umiała skupić się na jednej ofierze i usiłowała dopaść nas wszystkich.

Już jako dorosły podejmowałem kilkakrotne nieudolne próby zatrudnienia pani do sprzątania, robienia zakupów i gotowania. Niestety, nie udało mi się odnaleźć Moniki ani nawet Brygidy, więc w końcu sam zakasałem rękawy.

 

 

28 Lip 2016

Do pierwszej od dawna wycieczki zagranicznej przygotowałem się jak należy. Nie tylko przejrzałem przewodniki i mapy, ale też wykosztowałem się na nową torbę turystyczną i nowiuśkie buty marki sfałszowany adidas. No i ten fałsz podczas całej wycieczki uwierał mnie mocno, nie tylko w sensie moralnym.

Otóż te nowe buty marki fałszowanej wyglądały podobnie, jak prawdziwe, ale były niestety jedynie wyrobami butopodobnymi. Odczułem to niezwykle boleśnie na własnej skórze, obrosłej rychło bąblami, otarciami, pęcherzami i odparzeniami pierwszego i drugiego stopnia.

 

Ja i Strauss II - Kopia

W tych fatalnych butach wybrałem się wówczas do Wiednia. Tu stoję sobie z Johannem Straussem synem, tyle, że on pozłacany, a ja zwyczajny, beżowy

 

To były – jak to pięknie mówią rodacy – pierwsze początki polskiego kapitalizmu. Kiedy przyszły początki drugi, a potem trzeci i czwarty, wymiotły te fatalne przywary początków pierwszych, z niewygodnymi butami na czele.  Od tej pory wygodne buty, choćby fałszowanej marki, można nabyć na każdym rogu ulicy (nie licząc ulic zakończonych rondem).

Niektórzy jednak twierdzą, że naprawdę wygodne buty trzeba sobie zamówić u szewca. Pamiętam, jak ze czterdzieści lat temu odwiedziłem mojego wuja w Warszawie, a on – oprócz nowo wydanych książek i nowo namalowanych obrazów (był z niego naprawdę wszechstronny arysta, chociaż samouk) pokazał mi nowe buty. Niczym specjalnym  się nie wyróżniały: zwykłe, w miarę eleganckie, brązowe półbuty dla pana w średnim wieku.

– Cóż w nich takiego nadzwyczajnego – ośmieliłem się zapytać.

– Pasują – odparł wuj.

Okazało się, że obstalował te buty u szewca, a za ten luksus zapłacił mniej więcej równowartość swojej miesięcznej pensji.

Od jakiegoś czasu można kupić markowe buty (nietanie, ale przecież nie za taką górę kasy), naprawdę eleganckie i wygodne. Zresztą i tak prawie cały naród chodzi w butach sportowych, nic więc dziwnego, że współczesny szewc ma coraz mniej roboty. Nie to, co dziadek mojego kolegi Wiesia, do którego biegaliśmy z każdym odklejonym obcasem w pantoflach mamy czy urwanym językiem w eleganckich butach ojca (jak każdy wie, taki język to świetny surowiec do produkcji procy). Dziadek Wiesia miał taki tik, że w rozmowie kręcił głową. Kiedy więc pytaliśmy, pokazując jakiś strzęp buta, czy da się to naprawić, dziadek kręcił głową, ale zanim zdołaliśmy wybiec z jego pachnącej terpentyną pracowni, brał nasze wspomnienie po bucie na swoje kopyto. Tu poklepał, tam wbił szydło, gdzieś coś podkleił lub przybił drewnianymi gwoździkami (są, na własne oczy widziałem) i buciki były jak nowe. I jeszcze jedno: nigdy nie widziałem, żeby dziadek Wiesia wpadł w szewską pasję, nie słyszałem też, aby klął jak szewc.

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.