Pierwszy śnieg tej zimy nastroił mnie trochę nostalgicznie, chociaż tak zwany biały puch kojarzy się równie dobrze z szusowaniem na nartach, jak i z bałwanami.
Ech, te zalesione górki w olsztyńskim lesie w okolicach Jeziora Długiego, do których wzdychaliśmy zimą na każdej lekcji. Po ostatnim dzwonku biegliśmy co tchu do domów, połykaliśmy coś w pośpiechu i gnaliśmy w las. Sanki, narty, łyżwy oraz tzw. bobsleje sunęły po stokach Diabelskiej Górki, Trzech Koron, Góry Wilczej, Mewy i dziesiątek innych nazwanych i bezimiennych stoków. Tak o tym pisałem w moim stałym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.
Zdarza mi się – chociaż dość rzadko niestety – wyskoczyć do lasu. Zgadnijcie, po co? Nie, nie – nie na grzyby, nie na ryby (rosną w śródleśnych jeziorkach), ani nawet nie na lwyby, że pojadę tekstem słynnej piosenki z Kabaretu Starszych Panów. Łażę otóż po lesie głównie po to, żeby nikogo nie spotkać. Kiedyś takie wygody miałem w pierwszym lepszym sklepie mięsnym, gdzie mogłem w każdej chwili wejść i napawać się samotnością w towarzystwie błyszczących czystością półek i haków. Tylko czasami zdarzało się, że sklep tętnił życiem – to były te rzadkie chwile, kiedy „rzucali” karkówkę lub kiełbasę zwyczajną, o czym jakimś cudem wszyscy wiedzieli. Odnosiłem wrażenie, że jako jedyny nigdy na czas nie posiadłem tej wiedzy, wskutek czego przez cały niemal okres PRL-u żywiłem się ochłapami. Miało to tę dobrą stronę, że szczyciłem się wyjątkowo szczupłą sylwetką, czego nikłe pozostałości można obserwować do dzisiaj.
Ale miało być o lesie, nie o mojej wątpliwej urodzie. Otóż w czasach mojej młodości las przez cały okrągły rok tętnił życiem. Nie tylko dzięki zwierzątkom leśnym, które zresztą pierzchały gdzie pieprz rośnie przed rozwrzeszczaną czeredą dzieciaków. Latem chodziliśmy na orzechy (rosną na leszczynie, nie w supermarketach), biegaliśmy, bawiliśmy się w podchody, wspinaliśmy na drzewa (kto nie spadł nigdy z drzewa, ten nie wie, co to młodość). Zimą śmigaliśmy z górek większych i mniejszych na nartach, sankach, łyżwach i własnej roboty tzw. bobslejach (dysponuję instrukcją budowy), wpadając co jakiś czas na liczne (jak to w lesie) drzewa, rozkwaszając sobie nosy i nabijając guzy i sińce na wszystkich możliwych i niemożliwych częściach ciała.
Dziś te same przygody – tyle że nierównie bardziej fascynujące – dziatwa znajduje w Internecie. No więc po co mają chodzić do lasu. Po te sińce i guzy?
Ku mojej wielkiej radości otrzymałem w tej sprawie taki list od pana Tomasza Drzazgowskiego z Olsztyna.
Piszę do Pana zainspirowany treścią Pana felietonu z piątkowej ” Gazety „. Otóż nie tylko jestem także posiadaczem instrukcji budowy tzw. bobsleja, ale zbudowałem taki pojazd (zwany w moim dawnym szkolnym towarzystwie bojerem) – w wersji letniej, na bazie kółek od łyżworolek. Załączam kilka zdjęć z budowy i doposażania. Jednocześnie zapraszam Pana Redaktora na ewentualną próbną jazdę (niestety dopiero wiosną).
A oto wspomniane zdjęcia:
Pojazd wyprobowują najpierw córka i wnuczka twórcy:
A potem sam mistrz „jazdy o kropelce”, przyjaciel konstruktora – Wiesław Bień:
Potem bobslej (bojer?) udał się na zasłużony odpoczynek do mieszkania budowniczego, gdzie został wszechstronnie obfotografowany:
Pan Tomasz czasami wsiadał na ulubiony wehikuł nawet w domu:
Ciekaw jestem, czy gdzieś zachował się egzemplarz oryginalnego bobsleja domowej roboty sprzed lat na przykład pięćdziesięciu – bo o takiej mniej więcej przeszłości traktuje mój felieton. Dziś pewnie byłby wart tyle, co najnowszy model lamborghini.
































