19 maj 2016

Od kiedy niejaki Izaak Newton odkrył i sformułował powszechne prawo ciążenia, waga rzeczy materialnych jest – zdawałoby się – dość łatwo mierzalna. Nic bardziej mylnego.

Od jakiegoś czasu jestem – warto się pochwalić nową specjalnością – wybitnym znawcą wag i ważenia. Studiów w tym zakresie co prawda nie ukończyłem, ale zdobyłem całkiem niemałą praktykę, a ta – jak wiadomo – w życiu ważniejsza jest od najlepszych nawet uniwersytetów.

Praktykowanie rozpocząłem całkiem niewinnie w pewnym przybytku, nazwanym – jak na urągowisko – centrum zdrowia i urody. Ja i uroda! Co do tego elementu nie mam najmniejszych złudzeń, ale zdrowie, zdawało mi się, całkiem, całkiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę wiek mocno zaawansowany i zaniedbania rażące na odcinku diety i aktywności fizycznej. Tymczasem cóż pokazuje nam cudowne urządzenie, które waży nie tylko kilogramy żywej wagi, ale też nasycenie tłuszczem, wodą, minerałami, muskulaturę i coś tam jeszcze? Ano pokazuje, żem okazem zaniedbań i zaniechań, raczej ruina niż okaz rześkości i zdrowia.

Biorę się więc za siebie, co objawia się przede wszystkim zakupem podobnie zdrowotnej wagi, tyle że w wersji domowej. Zmierzy mi w zaciszu własnej łazienki te wszystkie zawartości, o których wyżej. Niestety, waga zmierzyła raz, a potem przestała. Pokazywała samą masę całości, bez analizy i rozkładu na czynniki pierwsze.

„To pewnie dlatego, że kupiłem tani model” – pomyślałem z lekką pogardą dla własnego skąpstwa, po czym zamówiłem nową wagę, tym razem produkt renomowanej firmy zagranicznej, mniej więcej dwukrotnie droższą, ale jeszcze mieszczącą się cenowo w moich dość ograniczonych niestety  możliwościach finansowych. Kiedy już kupiłem tę drugą zorientowałem się, że ta pierwsza wcale nie jest zepsuta, tylko wymaga odpowiedniej postawy ważonego pajaca, czyli mnie. Trzeba otóż stopami dotykać metalowych fragmentów, pod którymi kryją się elektrody – ja zaś wyczyniałem przedziwne łamańce, żeby broń Boże tych właśnie blach nie dotknąć, bo zimne były.

Mam teraz dwie wagi super-hiper i trzecią zwykłą. Żeby było ciekawiej, każda pokazuje co innego, zaś jeszcze co innego odczytujemy na wadze we wspomnianym centrum zdrowia i urody. Na wszelki wypadek zrezygnowałem na razie z wizyt w tym centrum, ale nadal mam do rozstrzygnięcia wcale niebagatelny dylemat: którą z tych domowych wag wybrać. Której uwierzyć? To pytanie – nomen omen – najwyższej wagi.

29 kwi 2016

Ostatni przyszpiliła mnie telefonicznie wierna czytelniczka pani Irena L. i zażądała: napisz pan wreszcie, jak obiecałeś, o tym stole z powyłamywanymi nogami! Temat zresztą na czasie, bo to przecież czas majówek, czas spotkań, także przy stole.

Dobra, sami chcieliście, ale żeby zacząć, muszę ponownie wrócić do motywu mocno ostatnio zgranego: mojego osobistego ślubu mianowicie. Ślub jak ślub, każdy kto przeżył wie mniej więcej, jak to wszystko wygląda: śliczna panna młoda, kwiaty, obrączki, przysięgi, buzi, buzi i można wreszcie oddać się przyjemnościom, czyli hulankom i swawolom.

U nas impreza weselna odbyła się w skromnych warunkach wynajmowanego dwupokojowego mieszkanka, dość skromnie umeblowanego, za to z aż dwoma stołami. Niestety były to bardzo modne wówczas i diabelsko niewygodne tzw. ławy, przy czym jedna ława była rozkładana i dość wysoka, druga zaś nieduża i niska, z cienkimi przykręcanymi nóżkami. Przy jednej goście nijak by się nie zmieścili, a kiedy się jedną ławę przystawiło do drugiej, wyglądały bardziej jak schody niż jak połączone stoły biesiadne.

Od czego jednak powszechnie znana w świecie polska pomysłowość. Wypatrzyłem otóż w garażu moich teściów piękny, kwadratowy kawał drewna o długości niespełna metra. Policzyłem, że jeżeli potnę go na cztery kawałki, każdy będzie miał wysokość ok. 20 centymetrów – akurat tyle, ile wynosiła różnica poziomów między tymi nieszczęsnymi stołami.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Przy pomocy ręcznej piły i teścia pociąłem kloc na cztery klocki, po czym w jeden z końców każdego klocka wbiłem długi gwóźdź z obciętym łebkiem. Już kumacie? Wystarczyło drugi koniec gwoździa wbić w nogi tego niższego stołu, co skutecznie przedłużało – cóż, że niezbyt trwale – ich długość. Teraz po zestawieniu obu stołów otrzymałem piękną powierzchnię biesiadną. Przykryta gustownym obrusem i bogato zastawiona jadłem i napitkami prezentowała się jak należy. Bieda w tym, że gdy jeden z biesiadników nieopatrznie oparł się o tę moją misterną konstrukcję, spowodował niezwykle głęboki przechył, powodujący niekontrolowanie zsuwanie się naczyń, w tym tych niedużych, ale jakże ważnych dla podtrzymania dobrego nastroju. Zniszczenia były jednak na szczęście nieduże, a po mojej reprymendzie ani ten, ani żaden inny z biesiadników już nie dotykał mojego podkutego klockami stołu, dzięki czemu dalsza część przyjęcia przebiegła w przyjemniej, niezmąconej żadnymi ekscesami atmosferze.

 

 

20160418_105107

 

Oto szczęśliwa para młoda, czyli my po 30 latach od tamtej pamiętnej uczty przy stole z poprzybijanymi nogami. Jubileuszowy tort stoi na solidnym stole redakcyjnym.

 

2

 

 A to sam tort – te jubileuszowe świeczki zdmuchnęliśmy wspólnie w domu.

27 kwi 2016

Strach do sklepu wyjść po prostu. Kupuję chleb czy jakiś tam twarożek, a ekspedientka do mnie: dawno pan bloga nie aktualizował! Czytelnik osoba święta, więc czas na nowości, tym bardziej, że nazbierało się trochę.

Kwiecień to u mnie miesiąc rocznic; służowo i prywatnie. Najpierw trzeba było ogarnąć jubileusz Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej matki, do której zaprowadził mnie w swoim czasie mój pierwszy (i jedyny) ojciec. A ponieważ wszelkie przykazania ludzkie i boskie powiadają, że rodziców trzeba szanować i kochać jak siebie samego, więc zostałem w tej gazecie na dłużej.

Jakże słuszna to była decyzja; trochę posiedziałem, trochę się pokręciłem, trochę pochodziłem tu i tam – no i wychodziłem sobie małżonkę osobistą jak najbardziej. Tak się składa, że małżeńska nasza klamka zapadła w kwietniu, dokładnie 2 dni po setnej rocznicy wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej – jako się rzekło – matki i w ogóle rodziny. Od tamtej pory ja i Gazeta obchodzimy niemal jednocześnie dwie rocznice: prywatną i służbową. Tę prywatną też poniekąd służbowo, bo ostatnio jubileuszowy tort kroiliśmy w obecności i wśród wiwatów przyjaciół z Gazety. I nam, i im trochę się to wszystko mieszało, bo przecież dwa dni wcześniej też kroiliśmy i pochłanialiśmy tort, tyle że trochę większy i wobec nieporównanie większej liczby świadków, którzy rychło zmienili swój status na konsumentów. Tamten miał wypisaną zielonym kremem liczbę 130, nasz na czekoladowo tylko skromne 30, co w przypadku małżeństwa oznacza rocznicę… no zgadnijcie jaką. Nie srebrną, nie złotą, ale perłową – o czym sam nie miałem pojęcia. Na rocznicę Gazety nie starczyło już drogich kamieni, dlatego nie sposób nazwać ją jednym słowem.

 

1986.04.16 order

To zdjęcie sprzed 30 lat z małym kawałkiem. Z okazji 100-lecia wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej niektórym z nas przypinano ordery. Załapałem się na jeden. Na zdjęciu jestem z moją dobrą koleżanką, nieżyjącą już niestety Ludmiłą Kamińską-Bartochą, która otrzymała identyczne wyróżnienie.

 

Wspomnienia, ech wspomnienia. Wspominaliśmy sobie w gronie długoletnich pracowników to stulecie Gazety no i nagle pojawiło się pytanie: gdzie była impreza jubileuszowa – bo że była, to nikt nie miał wątpliwości. No i co powiecie? Każdy pamięta inaczej, a ja wcale nie pamiętam. Nie z tych powodów, o których myślicie pewnie z życzliwym lub złośliwym uśmieszkiem. Nie, ja po prostu nie byłem na tej imprezie, no bo miałem własną, ślubną, zwaną swojsko weselem. Może mniej szumną, ale za to dwudniową, bo część rodziny z jakichś tam powodów nie dojechała na czas. Bohaterem wieczoru był nie pan młody, nawet nie pani młoda; bohaterem był stół z powyłamywanymi nogami. O tym jednak już w następnym odcinku.

 

 

18 mar 2016

Kiedy niemal dokładnie 50 lat temu odbył się premierowy pokaz Faraona w reżyserii Jerzego Kawalerowicza, byłem uczniem Alma Mater pierwszego stopnia, czyli szkoły podstawowej na willowych peryferiach Olsztyna.

Tamże gromadziła się w celach naukowych rozmaita zbieranina dzieciaków w krótkich i długich spodniach, a także rajtuzach i pończochach, których wówczas nie obejmowała jeszcze dyskryminacja płciowa.

 

ja w ponczochach

To właśnie ja (pierwszy z lewej) w pończochach, który to szczegół garderoby powodował mój wstyd dziecięcy nieutulony. Te młode typki obok to moi bracia Przemysław i Krzysztof

 

Cała ta populacja, podskakująca, wiercąca się, biegająca, wrzeszcząca wniebogłosy i generalnie dość nieznośna, była co prawda żywym i barwnym, ale jednak tylko tłem dla nas, szkolnej arystokracji. Miałem bowiem to szczęście (a może nieszczęście – do dziś nie mogę się zdecydować), że znalazłem się w eksperymentalnej grupie uczniów, objętych wprowadzaną właśnie reformą oświaty. Reforma polegała na tym, że musieliśmy o rok dłużej pobierać nauki w podstawówce, aby już dojrzalsi i mądrzejsi awansować (jak się uda) do liceum ogólnokształcącego. Będąc w klasie ósmej mieliśmy zatem już przeważnie po 15 lat, co nie bez słuszności uznawaliśmy za wiek prawie dojrzały.

Podobnie rozumowały nasze nieocenione nauczycielki, co wyrażało się w próbach zapoznania nas z poważnymi sprawami dorosłych ludzi. Taką poważną sprawą był właśnie wchodzący na ekrany Faraon, będący przedmiotem dumy narodowej już choćby z uwagi na oscarową nominację. Postanowiono otóż, że całą klasą pójdziemy na seans do niezapomnianego, dawno nieistniejącego kina Polonia.

 

7 klasa

A to moja klasa z podstawówki, to zdjęcie z czasów, gdy byliśmy w klasie siódmej, ale tuż przed wakacjami, więc prawie już ósmoklasiści. Ten niewyraźny łeb w kółku – to chyba ja (sam nie jestem pewny), obok mnie moi przyjaciele do dzisiaj: z mojej lewej strony Krzysiek, z prawej – Wiesiek. Czwarta od prawej siedzi (też chyba) nasza pani dyrektor, ta która była wzywana na dywanik w sprawie Faraona

 

Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, gdyby nie nieodpowiedzialność niejakiej Brylskiej Barbary, aktorki zresztą, która pokazywała na ekranie trochę więcej, niż tylko powabną szyję i ramiona. No i te właśnie – nieliczne skądinąd – sceny z eksponowanymi wdziękami wspomnianej Barbary B. były powodem, dla którego na dywaniku w bardzo ważnym gabinecie stanęła nasza dystyngowana, nieocenionych walorów umysłu i charakteru dyrektorka szkoły. Żadnego kina ostatecznie nie było, a oglądanie wdzięków Barbary B. musieliśmy odłożyć – teoretycznie przynajmniej – o rok (film był od lat 16).

 

brylska

 

A to właśnie Barbara Brylska w stroju niedbałym. W filmie ta niedbałość ma charakter postępujący (źródło: http://www.filmweb.pl)

 

Nie muszę chyba dodawać, że te represje, jakim poddano naszą dyrektorkę, nie zniechęciły nas, a raczej wprost przeciwnie, do rychłego (czyli poniekąd przedwczesnego) zapoznania się z epickim obrazem starożytnego Egiptu oraz – niejako przy okazji – studiowania niektórych fragmentów aktorki Brylskiej Barbary.

09 mar 2016

Bardzo, no naprawdę bardzo Państwa przepraszam, ale dzisiaj niestety będzie na temat. Czyli całkiem inaczej, niż zazwyczaj, do czego przywykli moi nieliczni, ale za to wierni czytelnicy.

U mnie bowiem jest na ogół tak, że piszę nie tylko nie na temat i od rzeczy, ale nawet wprost przeciwnie, zatem prawie nigdy nie wiadomo, o co chodzi – a nie chodzi o pieniądze bynajmniej.
Tym razem więc krótko i na temat: Dzień Kobiet, czyli nasze narodowe opętanie, lekko tylko łagodzone przez politykę i wydarzenia sportowe. Ponieważ jak wiadomo w polityce nic się nie dzieje, a w sporcie ciekawe jest właściwie tylko to, że nasz junior ze Szczytna Konrad Bukowiecki leje mistrza dwóch olimpiad Tomasza Majewskiego w pchnięciu kulą, więc święto panieńskie – o, pardon – święto pań jest raczej nie do pobicia.

Osobiście nie angażuję się zbytnio w tradycyjne świętowanie, a to dlatego głównie, że napoje tradycyjnie występujące w naszej kulturze jako dominujące przy tego typu okazjach dawno już wyparłem ze swojej diety nie tylko codziennej, ale nawet odświętnej. Umówmy się zresztą tak po męsku: dlaczego niby ja mam kochać i uwielbiać panie bliskie memu sercu (a nawet dalekie – bo tradycja wszak obejmuje cały naród deklinacji żeńskiej) akurat 8 marca, a nie – dajmy na to – 23 lipca? Dlaczego mam kupować i roznosić kwiatki marki goździk (zwane niekiedy przez rodaków bezpretensjonalnie „gwoździkami”) w wersji bezgłówkowej dokładnie w 68. dniu tego roku, a nie – dajmy na to – w 168? Słucham, o co chodzi? O tę wersję bezgłówkową? No jak to, nie znacie? Przecież jeszcze do niedawna każdy normalny facet kupował swojej drugiej połowie już rano goździk wybranego koloru, po czym świętował Dzień Kobiet w różnych trudnych okolicznościach przyrody. Gdy po ciężkim dniu w końcu trafiał pod rodzinną strzechę, piękny, pachnący kwiatek zamieniał się w lekko wyschniętą łodyżkę – główka kwiatka odpadła w drodze z pracy do pubu, gdzie z kolegami trzeba było przecież strzelić piwko „za zdrowie pań”.

Proszę się nie obrażać, drodzy panowie, to przecież takie moje żarty tylko, jak zwykle niezbyt udane. Świąteczne celebry z okazji Dnia Kobiet są całkiem przyjemne i do rzeczy, chociaż raczej przestrzegałbym na przyszłość przed zakupem wzmiankowanych goździków. Nigdy nie wiadomo, czy nie trafimy na wersję bezgłówkową.

 

A to mój bezpretensjonalny, całkiem prywatny upominek na Dzień Kobiet, czyli kwiatek dla Ewy. Nie muszę chyba dodawać, że ta Ewa – to moja niezastąpiona, od 30 lat wciąż ta sama piękniejsza i lepsza druga połowa.

1

 

Moja Ewa uwielbia i kolekcjonuje storczyki, czyli orchidee. Do kolekcji brakowało już tylko takiej z żółtymi kwiatkami. No wiec pojechałem, kupiłem i postawiłem jako dodatek do codziennego śniadania.

 

25 lut 2016

Jak obuchem uderzyła we mnie wiadomość o śmierci Magdy Masztalerz, trenerki pływania, mojej bardzo dobrej znajomej, która to znajomość ocierała się chwilami o przyjaźń.

 

Kiedy dokładnie 20 lat temu zostałem prezesem Okręgowego Związku Pływackiego w Olsztynie, zastałem środowisko pływackie zwarte, chociaż niejednolite. Magda Masztalerz, obok zmarłego w grudniu 2015 roku Edka Uścinowicza, była bez wątpienia tego środowiska ikoną i filarem. W mojej 8-letniej przygodzie z pływaniem Magda była mi zawsze ostoją i podporą.

Wręcz legendarna była jej sumienność i akuratność. Dla niej nie było „luźniejszego” treningu. Jedna z jej byłych podopiecznych Magdalena Mielnik, dzisiaj wybitna triathlonistka wspomina, jak kiedyś jej grupa postanowiła urządzić swojej trenerce urodziny na basenie. Dzieciaki pojawiły się na trening w ubraniach, z niespodzianką w zanadrzu. Magda na początku była wściekła, bo po prostu nie mieściło jej się w głowie, że można zawalić trening. W końcu jednak nawet ona odpuściła. Ona po prostu bardzo kochała te swoje dzieciaki, dla których na co dzień musiała być groźną i stanowczą panią trener.

 

Magdalena Masztalerz była absolwentką warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego (obecnie im. Józefa Piłsudskiego), trenerem I klasy, instruktorem ratownictwa WOPR. Całe swoje trenerskie życie poświęciła Olsztynowi, wychowała wiele pokoleń pływaków, medalistów Mistrzostw Świata i Europy juniorów i niezliczoną rzeszę medalistów Mistrzostw Polski. Była nauczycielką w Szkole Podstawowej nr 2, krótko nawet zastępcą dyrektora tej placówki, ale przede wszystkim szkoliła dzieci i młodzież w jedynym wówczas klubie pływackim – MKS Juvenia, na którego podwalinach zbudowano po latach Miejskie Towarzystwo Pływackie Kormoran, a dużo później także AZS UWM.

 

Magda nosiła panieńskie nazwisko Nowak. Jakoś miałem  szczęście do fajnych Nowaków w środowisku pływackim. Jeden z moich najbliższych przyjaciół nie tylko pływackich, ale też życiowych, to Jacek Nowak, świetny ongiś zawodnik, mistrz Polski, obecnie równie wybitny trener. Długie lata pracował z olsztyńską młodzieżą, 10 lat temu los przeniósł go do Gorzowa Wielkopolskiego. Inny mój przyjazny Nowak – to Janusz Nowak, wybitny, wielce zasłużony sędzia pływacki z Olsztyna. To właśnie on – wspólnie z Magdą i ze mną – odbierał Medal 90-lecia Polskiego Związku Pływackiego w 2012 roku. Wszyscy ci Nowakowie nie byli ze sobą spokrewnieni.

Właśnie z okazji tego wręczania spotkałem się ostatni raz z Magdą w przepięknej olsztyńskiej Aquasferze. Wyściskaliśmy się wówczas serdecznie, Magda opowiedziała mi o swoich zmaganiach z chorobą (była po niedawnej ciężkiej operacji), powspominaliśmy – jak to starzy działacze – dawne dobre czasy.

 

Nigdy już na pływalni nie zabrzmi jej charakterystyczny, trochę zachrypnięty głos (ach, te papierosy, nie umiała z nich zrezygnować), nigdy nie zobaczymy jej charakterystycznej sylwetki na brzegu basenu, gdy machaniem rąk i rytmicznym „hop, hop” dopingowała swoich zawodników do jeszcze większego wysiłku.

Magda Masztalerz zmarła 20 lutego w wieku 69 lat, uroczystości pogrzebowe rozpoczną się w sobotę 27 lutego o godz. 12.30 mszą świętą w kościele p.w. Najświętszego Serca Pana Jezusa przy ul. Mickiewicza. Magda Masztalerz pochowana zostanie na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Poprzecznej w Olsztynie.

 

To zdjęcie znalazłem na profilu fejsbukowym Jakuba, syna Magdy, pochodzi z lata 2015 roku. Magdę obejmuje słynny olsztyński bard Walerian Ostrowski.

MagdaM

 

A to Magda (pierwsza z lewej) w większym towarzystwie podczas tej samej imprezy w Karczmie Warmińskiej w Gietrzwałdzie.

 

Magda z FB Jakub Nowak

 

Tu Magda, jaką znaliśmy na co dzień, w krótkich chwilach wolnych od zajęć na basenie.

 

masztalerz1

 

 

 

 

02 lut 2016

Kiedy zobaczyłem na ulicach mojego rodzinnego Olsztyna nowoczesne, oliwkowo-zielone tramwaje, poczułem się człowiekiem spełnionym. Jak człek dość posunięty w latach (tu akurat postęp jest niespecjalnie pożądany, ale taż działa) pamiętam dawne olsztyńskie tramwaje, które odeszły do historii ponad 50 lat temu.

Zdążyłem sobie nimi pojeździć, bywało – ze wstydem przyznam – na gapę. Bilet kosztował w końcu 20 groszy, nie każdego dzieciaka było stać. O ile pamiętam, moje kieszonkowe wynosiło 2 złote tygodniowe, a i to nie zawsze było na czas wypłacane. Kiedy moja tygodniówka sięgnęła już astronomicznej kwoty 5 złotych, a ceny biletów tramwajowych ani drgnęły, było mnie już stać na jazdę „za biletem” (tak mówili wówczas konduktorzy i kontrolerzy), no ale akurat właśnie wtedy tramwaje zniknęły i trzeba było się przesiąść do wiecznie rozklekotanych czerwonych sanów (wkrótce już autosanów).

Biletu kupowało się wtedy nie w kiosku czy automacie, ale w tramwaju (później w autobusie). W tramwaju było przyjemniej, bo siedziałeś sobie jak panisko na ławeczce (pamiętam, były z surowego, polakierowanego drewna), a konduktor (konduktorka) podchodził (podchodziła) z ogromną czarną torbą i chwiejąc się na nogach (to z powodu kołysania, nie z tego, o czym myślicie) wydawał bilety, przyjmował pieniądze, wydawał resztę i tak dalej. W autosanach było już gorzej, bo konduktor (konduktorka) siedział sobie na specjalnie wydzielonym miejscu tuż przy wejściu i trzeba było się do niego dopchać, co w warunkach permanentnego tłoku było sztuką niełatwą.

No ale od czegóż wzmiankowany postęp. Teraz w tramwajach są specjalne biletomaty, czyli imponujące, nowoczesne maszyny z konduktorem w środku, które wydają bilety, przyjmują monety i banknoty, a nawet wydają resztę. Przed takim właśnie biletomatem postałem ostatnio chwilę w pięknym, oliwkowo-zielonym tramwaju, kontemplując napis: AUTOMAT NIECZYNNY, BILETY PROSZĘ KUPOWAĆ U MOTORNICZEGO.

Pukam nieśmiało w plastykową szybę, za którą trzyma stery miła (tak wyglądała, nie znam niestety osobiście) pani motornicza, proszę o bilet, a ona: ja biletów nie sprzedaję. I włączyła któryś tam tramwajowy bieg. Przejechałem na gapę trzy przystanki, szykując sobie w duchu płomienną przemowę do kanara, gdyby ośmielił się mnie skontrolować. Nikt się nie ośmielił.

A tu kilka fotek z 18 grudnia 2015 roku, czyli z inauguracyjnego rejsu reaktywowanych olsztyńskich tramwajów.

 

P1030016

Tramwaj przepasany wstęgą, za chwilę symbolicznie przetną ją ważne osoby.

P1030014

Słitfiocia z tramwajem, nie wiem dlaczego jakoś krzywo stanąłem.

 

P1030028

Już jestem w środku, ten tłum napiera, bo też chciał jechać.

 

P1030032

Część niestety jednak wsiadła, przez co musiałem się męczyć w takich warunkach. Za to jechałem na gapę, wtedy jeszcze legalnie, bo do końca 2015 roku przejazdy tramwajami były bezpłatne.

15 sty 2016

Niemal dokładnie 20 lat temu, 12 stycznia 1996 roku zmarła w Gelsenkirchen w Niemczech Zofia Dudzińska, dziennikarka Głosu Olsztyńskiego i Gazety Olsztyńskiej. Jej prochy spoczywają na Cmentarzu Komunalnym przy ul. Poprzecznej w Olsztynie.

Pracowaliśmy w jednej redakcji: ja – młody i (podobno) zdolny dziennikarz i ona, należąca wówczas do średniego pokolenia redakcyjnego, ciesząca się olbrzymim, zasłużonym autorytetem zawodowym. Zbliżył nas nieoczekiwanie wybuch tzw. pierwszej Solidarności, a już szczególnie strajk olsztyńskich drukarzy w sierpniu i wrześniu 1981 r. To wówczas kilku młodych buntowników, w tym niżej podpisany, opowiedziało się za postulatami strajkujących, niejako wbrew linii własnej gazety. Uczyniliśmy to z bólem i ogromnym wahaniem, ale uważaliśmy, że tak trzeba. Nasze stanowisko, znane później jako List 11, opublikowała podziemna prasa, a sygnatariusze listy wylecieli z mniejszym lub większym hukiem z pracy. Niektórzy na zawsze, inni po jakimś czasie wrócili.

No ale ja nie o tym swoim wątpliwym bohaterstwie, tylko o pani Zosi. Otóż była ona jedną z sygnatariuszek tego wywrotowego listu; bez chwili wahania wsparła nas całym swoim ogromnym autorytetem zawodowym i – nie bójmy się tego słowa – moralnym. Pamiętam, jak chodziliśmy z tym listem, wystukanym na redakcyjnej maszynie do pisania, po wszystkich pokojach. Niektórzy koledzy patrzyli dość życzliwie,  inni z rezerwą, jeszcze inni wręcz się odcinali; do podpisania mało kto się wyrywał, czemu trudno się dziwić. Czasy były takie, że jednym tego rodzaju podpisem można było przekreślić całą dotychczasową karierę, choćby nie wiem jak piękną, bogatą i twórczą. Ze starszego pokolenia z przekonaniem podpisali, tym samym wsparli nas, właśnie Zofia Dudzińska, Staszek Wieczorek i Rysiek Marciak. Wszyscy już niestety nie żyją.

Ten jeden podpis pani Zofii to jakby kwintesencja jej poglądów i postawy przez całe życie. Warto tu dodać jeszcze jeden szczegół z tamtego czasu. Wtedy właśnie pani Zofia wybierała się na emeryturę, w redakcji odbyło się uroczyste pożegnanie, były przemowy, gratulacje i oczywiście bukiet kwiatów. Po zakończeniu fety Pani Zofia zaniosła ten bukiet strajkującym drukarzom; zawiesiła go symbolicznie na bramie Olsztyńskich Zakładów Graficznych.

Zofia Dudzińska nigdy nie wyrażała poglądów „po linii”, więc była raczej dość niewygodna dla jedynie słusznej partii rządzącej. Tu trzeba jednak oddać sprawiedliwość ówczesnej redakcji Gazety, która – w założeniu przecież organ partyjny – umiała zachować pluralizm postaw swoich dziennikarzy. Nikomu nawet do głowy nie przyszło robić „pod górę” tak świetnej dziennikarce, jak Zofia Dudzińska tylko dlatego, że nie zgadzała się z linią partii. Po tej historii z listem Pani Zosia odeszła na emeryturę, wkrótce wyjechała na stałe do Niemiec, do Gelsenkirchen. Tenże pluralizm myślenia w mocno partyjnym skądinąd gronie kierowniczym Gazety pozwolił mi wrócić po jakimś czasie do pracy – jak łatwo bowiem się domyślić, wyleciałem wówczas z hukiem z redakcji.

Po śmierci Pani Zofii pięknie pożegnał ją na łamach naszej Gazety Staszek Wieczorek, Jej i mój kolega redakcyjny, przy tym – jak wspomniałem – także sygnatariusz słynnego Listu 11. Pokazał jej niezakłamany portret z wszystkimi odcieniami. Ja takiego portretu nakreślić nie potrafię, jako przedstawiciel redakcyjnej młodzieży nie mogłem przecież liczyć na wkroczenie do wąskiego kręgu przyjaciół Pani Zosi. Zapamiętałem ją natomiast jako prawdziwą damę, z nieodłącznym papierosem i gigantyczną torebką, w której trzymała prawie wszystko, a także z reportaży społecznych i sądowych, o jakich my młodzi mogliśmy wówczas najwyżej pomarzyć.

 

Zofia Dudzińska urodziła się 9 sierpnia 1924 r. w Tuczkach koło Działdowa w rodzinie pisarza i poety Teofila Ruczyńskiego. Ukończyła prawo na Uniwersytecie Warszawskim, po czym podjęła pracę w „Głosie Olsztyńskim„, w 1970 roku przekształconym w „Gazetę Olsztyńską”. Publikowała swoje artykuły także w „Słowie na Warmii i Mazurach” oraz w „Dzienniku Pojezierza”. W publikacjach podejmowała tematy dotyczące polskiej przeszłości Warmii i Mazur. Jest autorką opracowania „Walka, męczeństwo, cmentarze”, a także „Przewodnika po miejscach pamięci narodowej Warmii i Mazur”.

 

Przed napisaniem tego wspomnienia spotkałem się z siostrą Pani Zofii Marią Haliną Paszczuk. Z panią Haliną (rodzina, przyjaciele i bliscy znajomi wiedzą, że lubi używać swojego drugiego imienia) rozmawialiśmy długo nie tylko o jej siostrze, ale też o życiu. Wspaniała, bogata wewnętrznie, głęboko mądra osoba. Pani Halina udostępniła mi także zamieszczone tu zdjęcia Zofii Dudzińskiej.

 

 

1

Zofia Dudzińska z przyjacielem, niemieckim dziennikarzem Kurtem Schicknusem w Gelsenkirchen

 

 

2

Z siostrą Marią Haliną (po prawej) i siostrzeńcem w Brukseli

 

3

Z siostra Marią Haliną w Olsztynie

 

4

 

Z siostrzeńcem w Brukseli, w charakterystycznej pozie ze słynną torebką

 

5

 

Jeszcze raz z siostrzeńcem w Brukseli pod pomnikiem słynnego siusiającego chłopca (Manneken pis)

28 gru 2015

 

W okresie przedświątecznym występuje – jak wiadomo – bolesny deficyt Mikołajów. Tymczasem akurat w tym czasie ich działalność jest szczególnie pożądana, bowiem hasło „Mikołaj w każdym polskim domu” jest chyba jedną z nielicznych prawd, która łączy, a nie dzieli rodaków.

Jako człowiek z bogatym doświadczeniem w branży Mikołajów postanowiłem zatem wziąć sprawy w swoje ręce. Że co, że święty nie jestem? No nie jestem, ale Mikołajem bywało się w życiu. Kiedyś przez cały grudzień latałem na mrozie (wtedy jeszcze zimy były zimne, a nawet mroźne) po ulicach i zamkniętych obiektach z przeproszeniem publicznych, przebrany w długą, ciężką, czerwoną suknię, nakryty wielkim czerwonym, stożkowatym kapturem i dodatkowo zamaskowany brodą na gumce. Ta broda miała kolosalną zaletę; kiedy Mikołajowi serwowano tradycyjny polski poczęstunek, wystarczyło tylko pociągnąć ręką za brodę i odsłaniały się usta, gotowe na przyjęcie napoju.

No więc uzbrojony w takie doświadczenie postanowiłem po czterdziestu latach ponownie przywdziać czerwoną bluzę, takież spodnie, gustowny czerwony kapturek i dość słabą imitację gęstej, siwej mikołajowej brody. Wziąłem na plecy worek z prezentami i wyszedłem do czekających niecierpliwie żony, dorosłych dzieci i dwóch przyjaciółek.

- Ho, ho, ho – zawołałem jak prawdziwy Mikołaj. – Czy są tu grzeczne dzieci.

Wszyscy się zgłosili, na tyle, na ile mogli w przerwach pomiędzy spazmami. Ze śmiechu te spazmy. Podobno wyglądałem jak idiota – ale przecież żeby osiągnąć taki efekt wcale nie musiałem się przebierać za nikogo, a już tym bardziej zasłaniać twarzy.

Pomimo trwających wzmiankowanych spazmów twardo egzekwowałem wierszyki i piosenki od zgromadzonych. Najbardziej rozwinięty brzmiał tak: Mikołaju, Mikołaju, zostań dłużej w naszym kraju. Pozostałe były skromniejszych rozmiarów, za to z jeszcze lepszymi rymami.

Okazałem się bardzo szczodrym Mikołajem, mój worek wydawał się być bez dna. To dno w końcu się jednak pokazało i wówczas zaczęła się sesja zdjęciowa, bo każdy przecież chciał mieć zdjęcie z Mikołajem. Kiedy później znajomi oglądali te zdjęcia, rechotali jeszcze szerzej, niż moi bliscy (to ci od spazmów). Wszyscy życzyli sobie Wesołych Świąt. Naprawdę wesoło było u mnie przed choinką.

Zobaczcie, jak wyglądałem jako Mikołaj:

P1030049

Mikołaj z żoną i córką

P1030050

Mikołaj z żoną i z synem, który przykucnął, bo – jak powiedział – nikt nie może być większy od Mikołaja

 

P1030065

Mikołaj naprawdę ciężko pracuje

P1030056

Mikołaj donosi

P1030066

Mikołaj od tego donoszenia zgubił brodę

P1030057

Mikołaj wręcza i słucha wierszyka

20 lis 2015

Jako młody człowiek nie lubiłem Wesela. Mam na myśli oczywiście dramat Stanisława Wyspiańskiego, bo takie zwykłe wesela przez małe „w” były mi wtedy jeszcze raczej obojętne. Na cudze nie chadzałem, własnego nawet w planach nie miałem.

Więc tylko ten Wyspiański z weselem mi się kojarzył. Dość traumatycznie. Nie przeczytałem na czas i dostałem pierwszą chyba w życiu, ale jakże zasłużoną, pałę z języka polskiego. Ta pała – zasłużona, ale jakże paląca moją duszę humanisty – zraziła mnie niestety do arcydzieła Wyspiańskiego jeszcze mocniej. Przeczytałem co prawda, ale bez należytego zaangażowania, po prostu żeby zaliczyć i żeby belfrowie się nie czepiali.

Dopiero jako człowiek dojrzały dojrzałem do wielkości tego arcydzieła. Zobaczyłem na scenie raz i drugi, zobaczyłem wielki (moim zdaniem) film Andrzeja Wajdy, a niedawno zobaczyłem wystawienie Wesela absolutnie niezwykłe. Na najbardziej narodowy dramat polski porwała się amatorska ekipa z Gietrzwałdu: Wspaniały Teatr bez Nazwy. Jako felietonista kpiący i obśmiewający powinienem coś obśmiać i zakpić parę razy – ale nie mogę niestety. Poziom przedstawienia wręcz zawodowy, tekst przycięty i skrócony tak zręcznie (Andrzej Fabisiak – niskie ukłony), że nawet szwów nie widać, rewelacyjne słowo wstępne z rysem historycznym i anegdotycznym (znów Andrzej Fabisiak – jeszcze niższe ukłony). No i te perełki, płynące ze sceny. Na dziś dedykuję ten cytat:

A, ja myśle, ze panowie
duza by juz mogli mieć,
ino oni nie chcom chcieć!”

Tym z Gietrzwałdu wciąż „chce się chcieć”, a Wam?

 

P1020869

Tu właśnie Andrzej Fabisiak, prywatnie zresztą mój szwagier, wygłasza słowo wstępne

P1020865

A tu mój przyjaciel Andrzej Dramiński, znany prawnik, cieszy się niewymownie na okoliczność przytulenia mojej żony

P1020867

Byłem z żoną (ta ruda w środku), bratową (blondyna po prawej) i recenzentką Gazety Olsztyńskiej Ewą Mazgal

taniec chocholi

Końcowa scena – słynny chocholi taniec

P1020914

Spotkałem Stefana Brzozowskiego, lidera Czerwonego Tulipana, a prywatnie mojego przyjaciela od lat…. naprawdę bardzo wielu

P1020917

A to dwie Ewy: z prawej moja żona, z lewej jej serdeczna przyjaciółka Ewa Cichocka z Czerwonego Tulipana

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.