21 wrz 2016

Dopiero co zakończone w kalendarzu lato przynagliło mnie do jak najszybszego powspominania starych, dobrych, mokrych czasów. To znaczy nie lato mnie przynagliło, tylko jego koniec, z którym to końcem nigdy nie mogę się pogodzić. Tak mam od kiedy pamiętam.

Trzej przyjaciele z jeziora – można by zanucić o nas piosenkę na melodię słynnej „Trzej przyjaciele z boiska”. Nie harataliśmy w gałę, nie strzelaliśmy bramek, nie dokopaliśmy ruskim ani nawet Albańczykom, bo naszym boiskiem były szerokie lub nieco węższe wody olsztyńskich (i nie tylko) jezior, które przemierzaliśmy wzdłuż, wszerz i w poprzek, a także niekiedy wokół lub przynajmniej po łuku.

To przemierzanie było tylko w jednej trzeciej legalne, bo o ile pamiętam tylko ja z naszej trójki miałem tzw. żółty czepek. Tak nazywano w skrócie specjalną kartę pływacką, uprawniającą do bezkarnego płynięcia na przykład z Dybowa na Wierzbę na styku jezior Mikołajskiego i Śniardwy, czego w swoim czasie prawie dokonałem. Prawie, bo zawrócił mnie w połowie drogi jakiś kajakarz czy żeglarz, zwracając uwagę, że słabo widać mój łeb w falującej wodzie i łacno może on zostać  (ten łeb oczywiście) przecięty dziobem omegi czy innej venuski, a w najlepszym razie walnięty wiosłem kajakarza. Co w efekcie doprowadziłoby do skutku zamierzonego – czyli wyeliminowania takich pływających wariatów z przestrzeni wodnej.

Wróćmy jednak do naszej trójki. Z braku żółtych czepków (osobiście co prawda posiadałem, ale sam się nie będę wygłupiał, więc nie nosiłem) wybieraliśmy akweny położone z dala od czujnych oczu ratowników i policyjnych patroli. Co zresztą nie zawsze się udawało, bo nasza odrodzona ojczyzna bezpieczeństwo obywateli stawiała za cel nadrzędny i otaczała troską szczególną, więc nawet na odcinku nielegalnych pływaków nie odpuszczała i ścigała z całą stanowczością. Inna sprawa, że jakoś nie przypominam sobie, żeby policyjna motorówka dopadła na środku jeziora całą naszą trójkę, więc to było raczej polowanie na jednego tylko pływającego zwierza, czyli na mnie.

Z zapartym tchem śledziłem na Facebooku (kto nie ma, niech żałuje) wyczyn młodej olsztynianki Mai. Przepłynęła ona otóż wszystkie olsztyńskie jeziora wpław, aby zwrócić uwagę na problem czystości wód. Przy okazji powstał film „Wpław przez Olsztyn” dla jednej z telewizji.

Maja zaczęła z wysokiego „c” – od przepłynięcia Krzywego na całej długości – a to ponad 5,5 kilometra! Płynąłem kiedyś podobny dystans w innym jeziorze, więc wiem, co to znaczy. Potem zaliczała kolejno wszystkie pozostałe, nawet tak obecnie dzikie i niesprzyjające kąpielom, jak Podkówka czy Nowodworskie.

No i patrzę, czytam i oczom nie wierzę: toż to córka jednego z tych moich przyjaciół od nielegalnego przepływania wszystkich możliwych i niemożliwych głębi. Jak widać, niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Zobaczcie dzielną Maję w jej zmaganiach z olsztyńskimi jeziorami:

ukiel start

Tak się zaczęło – Majka na plaży w Łupstychu, przed nią ok. 5,5 kilometra Jeziora Krzywego.

 

ukiel  ukiel2 ukiel3

To też Jezioro Krzywe, czyli Ukiel, Majka płynęła oczywiście z asekuracją łodzi ratowniczej. O ile wiem, ani razu nie skorzystała z pomocy, nie licząc symbolicznego kubka gorącej herbaty.

 

sukiel sukiel1

 To już jezioro Sukiel, o którym kiedyś pisałem, że nie nadaje się do kąpieli. Jak widać kłamałem.

 

Maja i Ewa

 A to Majka z mamą, znaną dziennikarką radiową Ewą Domaradzką.

 

 Więcej o projekcie (i mnóstwo zdjęć) znajdziecie tutaj:

http://www.facebook.com/WplawprzezOlsztyn/?fref=ts

 

Wszystkie zdjęcia pochodzą z facebookowego profilu Ewy Domaradzkiej, pobrałem je za jej wiedzą i zgodą, a także za aprobatą samej Majki. Dziękuję.

 

01 wrz 2016

Z czym się Państwu kojarzy data 1 września? No tak, mnie też głównie z początkiem II Wojny Światowej, ostrzałem Westerplatte, obroną Poczty Gdańskiej i tak dalej. Znam jednak sporo osób, które kojarzą tę datę wyłącznie jako początek roku szkolnego. Jeszcze inni pamiętają, że 1 września 1989 roku zginął w USA jeden z najlepszych polskich piłkarzy Kazimierz Deyna.

Zapewne w polskiej historiografii, a być może i w narodowej świadomości historycznej, 1 września pozostanie na zawsze rocznicą napaści hitlerowskiej na Polskę. Równie dramatycznych wydarzeń nie było i – miejmy nadzieję – nigdy nie będzie już w naszej historii. Pamiętajmy jednak także, że:

1 września 1364 roku papież Urban V wydał bullę powołującą do życia Akademię Krakowską, dziś znaną jako Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. Uczelnia ta jest mi szczególnie bliska, bowiem wyposażyła w dyplomy magisterskie dwoje moich dzieci, uprzednio oczywiście przepuściwszy oboje przez solidny magiel wykładów, seminariów, kolokwiów i egzaminów;

1 września 1939 roku w niemieckim wówczas Olsztynie uruchomiono komunikację trolejbusową, odrestaurowaną także po II wojnie światowej w polskim już Olsztynie;

1 września  1961 roku urodził się Krzysztof Dariusz Szatrawski, olsztyński pisarz, krytyk muzyczny i literacki;

1 września 1969 roku w Libii nastąpił przewrót wojskowy, proklamowano utworzenie Libijskiej Republiki Arabskiej, władzę objął Muammar al-Kadafi, obaliwszy króla Idrisa I. Sam Kadafi także został obalony i zabity w wyniku wojny domowej w 2011 roku;

1 września 1972 roku na igrzyskach olimpijskich w Monachium Józef Zapędzki po raz drugi został mistrzem olimpijskim w konkurencji pistoletu szybkostrzelnego, co widziałem na własne oczy w czarno-białej wówczas telewizji;

1 września 1982 roku zmarł Władysław Gomułka, polski polityk, działacz komunistyczny, I sekretarz KC PPR, wicepremier, I sekretarz KC PZPR;

1 września 1985 roku odnaleziono wrak Titanica;

1 września 1999 roku założono Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie;

1 września 2016 roku dzieciaki poszły do szkoły i tam dowiedzą się, które z tych wydarzeń są ważne, które jeszcze ważniejsze, a o których można spokojnie zapomnieć.

 

22 sie 2016

Wywodzę się ze sfer mieszczańsko-ziemiańskich, więc w domach moich przodków służba bywała i pracowała na swój chleb powszedni, zamieszkując latami razem z „państwem” w ich domach czy mieszkaniach. Ten obyczaj w zdumiewający sposób odtworzył się w zrujnowanej, ubogiej, przez długie lata siermiężnej ojczyźnie powojennej.

Moi rodzice przez ładnych kilka lat mieli w domu służącą, o pardon, nianię, a może gosposię. Ktoś się musiał w końcu zająć nieznośnymi bachorami, czyli naszą wesołą trójką, a dodatkowo uwarzyć coś, co nadawałoby się do jedzenia. No i jeszcze oczywiście zakupy, sprzątanie, a nawet – o ile pamiętam – prace w ogródku. W tych ostatnich wspierała te nasze nianie moja babcia, która mieszkała z nami aż do śmierci, ale do prac gospodarskich (z wyjątkiem tego ogródka) specjalnie się nie wyrywała. W końcu szlachecka krew, do ksiąg bardziej powołana (babcia była nauczycielką już za cara) niż do pługa.

Nasza pierwsza niania miała na imię Monika – i to z grubsza wszystko, co o niej zapamiętałem. Ach, jeszcze ten obrazek: krztuszę się landrynką (a może dropsem), niania wali mnie po plecach i woła: żeby tylko nie stanęła! (ta landrynka, ma się rozumieć). Najwyraźniej landrynka ze strachu przed Moniką się położyła, bo jak widać żyję i mam się nie najgorzej (chociaż łupie mnie tu i tam w kościach, ale chyba nie przez tę landrynkę, na boga?!).

Etap drugi: Brygida. Nazywała się prawie tak jak my, więc niektórzy myśleli, że to może ktoś z rodziny ze wsi, co było fałszywe w założeniu, jako że rodziny na wsi nigdy nie posiadaliśmy, co nam zostało do dzisiaj. Brygida została z nami do czasu swojej pierwszej ciąży, której sprawcy nie chciała ujawnić. Sama postanowiła odejść na „wychowawczy” – i już nie wróciła. Z Brygidą robiliśmy różne figle dziecinne, które nam wydawały się przezabawne, ale ją doprowadzały do szewskiej pasji. Te niezrozumiałe dla nas emocje napędzały ją do prób zemsty, polegających na uganianiu się za nami z rózgą lub miotłą. O ile pamiętam, nigdy nikogo nie dogoniła, bo zawsze przez któreś z dwojga drzwi zdołaliśmy wymknąć się z domu, a na zewnątrz nie miała z nami szans w tych wyścigach, tym bardziej, że była obciążona tą rózgą albo miotłą, przy tym nigdy nie umiała skupić się na jednej ofierze i usiłowała dopaść nas wszystkich.

Już jako dorosły podejmowałem kilkakrotne nieudolne próby zatrudnienia pani do sprzątania, robienia zakupów i gotowania. Niestety, nie udało mi się odnaleźć Moniki ani nawet Brygidy, więc w końcu sam zakasałem rękawy.

 

 

28 lip 2016

Do pierwszej od dawna wycieczki zagranicznej przygotowałem się jak należy. Nie tylko przejrzałem przewodniki i mapy, ale też wykosztowałem się na nową torbę turystyczną i nowiuśkie buty marki sfałszowany adidas. No i ten fałsz podczas całej wycieczki uwierał mnie mocno, nie tylko w sensie moralnym.

Otóż te nowe buty marki fałszowanej wyglądały podobnie, jak prawdziwe, ale były niestety jedynie wyrobami butopodobnymi. Odczułem to niezwykle boleśnie na własnej skórze, obrosłej rychło bąblami, otarciami, pęcherzami i odparzeniami pierwszego i drugiego stopnia.

 

Ja i Strauss II - Kopia

W tych fatalnych butach wybrałem się wówczas do Wiednia. Tu stoję sobie z Johannem Straussem synem, tyle, że on pozłacany, a ja zwyczajny, beżowy

 

To były – jak to pięknie mówią rodacy – pierwsze początki polskiego kapitalizmu. Kiedy przyszły początki drugi, a potem trzeci i czwarty, wymiotły te fatalne przywary początków pierwszych, z niewygodnymi butami na czele.  Od tej pory wygodne buty, choćby fałszowanej marki, można nabyć na każdym rogu ulicy (nie licząc ulic zakończonych rondem).

Niektórzy jednak twierdzą, że naprawdę wygodne buty trzeba sobie zamówić u szewca. Pamiętam, jak ze czterdzieści lat temu odwiedziłem mojego wuja w Warszawie, a on – oprócz nowo wydanych książek i nowo namalowanych obrazów (był z niego naprawdę wszechstronny arysta, chociaż samouk) pokazał mi nowe buty. Niczym specjalnym  się nie wyróżniały: zwykłe, w miarę eleganckie, brązowe półbuty dla pana w średnim wieku.

- Cóż w nich takiego nadzwyczajnego – ośmieliłem się zapytać.

- Pasują – odparł wuj.

Okazało się, że obstalował te buty u szewca, a za ten luksus zapłacił mniej więcej równowartość swojej miesięcznej pensji.

Od jakiegoś czasu można kupić markowe buty (nietanie, ale przecież nie za taką górę kasy), naprawdę eleganckie i wygodne. Zresztą i tak prawie cały naród chodzi w butach sportowych, nic więc dziwnego, że współczesny szewc ma coraz mniej roboty. Nie to, co dziadek mojego kolegi Wiesia, do którego biegaliśmy z każdym odklejonym obcasem w pantoflach mamy czy urwanym językiem w eleganckich butach ojca (jak każdy wie, taki język to świetny surowiec do produkcji procy). Dziadek Wiesia miał taki tik, że w rozmowie kręcił głową. Kiedy więc pytaliśmy, pokazując jakiś strzęp buta, czy da się to naprawić, dziadek kręcił głową, ale zanim zdołaliśmy wybiec z jego pachnącej terpentyną pracowni, brał nasze wspomnienie po bucie na swoje kopyto. Tu poklepał, tam wbił szydło, gdzieś coś podkleił lub przybił drewnianymi gwoździkami (są, na własne oczy widziałem) i buciki były jak nowe. I jeszcze jedno: nigdy nie widziałem, żeby dziadek Wiesia wpadł w szewską pasję, nie słyszałem też, aby klął jak szewc.

 

14 lip 2016

Wbrew opiniom niektórych złośliwców nie jestem jeszcze w tym wieku, że mógłbym być naocznym świadkiem bitwy pod Grunwaldem. Zresztą gdybym nawet wówczas był w pobliżu, to niechybnie bym nie poprzestał na roli świadka. Jak nic chwyciłbym za miecz i pawęż.

Raz zresztą zdarzyło mi się wybrać na taką bitwę w wersji podwórkowej, którą młodzież z mojego osiedla zorganizowała w 550. rocznicę  bitwy pod Grunwaldem. Niestety okazało się, że z powodu młodego wieku, mikrego wzrostu i braku wprawy w robieniu mieczem mogłem odgrywać jedynie poniżającą rolę ludu cywilnego, oczekującego na powrót rycerzy z pola bitwy. Jak łatwo się domyśleć, ta trauma pozostała we mnie na długo i kolejne rocznice tej i innych ważnych bitew obchodziłem już tradycyjnie – w mojej kryjówce pod stołem.

Trzeba bowiem wiedzieć, że dzieckiem byłem tylko w miarę normalnym. Takie całkiem normalne dzieci bywają bowiem na ogół hałaśliwe i ruchliwe, ja natomiast we wczesnym dzieciństwie zajmowałem się głównie siedzeniem pod stołem i nierzucaniem się w oczy. Normalne dzieci latają po podwórzu z drewnianymi mieczykami i bawią się w wojnę, po czym z dumą obnoszą guzy, sińce i rany cięte, pozostające w nierozerwalnym związku z tego typu aktywnością. Ja mogłem najwyżej walnąć łbem – nadmiernie zresztą w dzieciństwie rozrośniętym – o kant lub nogę stołową podczas sięgania po kolejny tom baśni lub przygód Koziołka Matołka (uwielbiałem), a nieco później Winnetou czy innego Sokolego Oka.

Z tego chlubnego, niestety dość krótkiego, czasu mojej rycerskiej chwały pochodzi zdjęcie,  które mam w swoich archiwach.  Fotkę zrobiono dość dawno, a mistrzem obiektywu był mój najstarszy brat, który zresztą  nie tylko latał po domu i podwórzu z aparatem marki Lubitiel (lustrzanka, gdyby ktoś pytał), ale też własnoręcznie wywoływał klisze i robił odbitki za pomocą powiększalnika (marka nieznana). Wszystko to trwało w nieskończoność, powodując pewne perturbacje w życiu codziennym naszej rodziny, a to z powodu cyklicznego wyłączania z użytkowania jedynej w domu łazienki, przekształcanej za pomocą koca (łazienka z oknem  była, taki luksus) w fotograficzne laboratorium. Po tych alchemicznych doświadczeniach z pogranicza magii, po których brat wyłaniał się z ciemnych czeluści (to od tego koca) łazienki-laboratorium, zostawiał tam po sobie mokre płachty wiszących na sznurku gotowych już zdjęć oraz smród chemikaliów.

No i właśnie podczas jednej z takich sesji wyłonił się na papierze fotograficznym obraz rycerza w bojowej pozie, co prawda bez zbroi, ale za to w pełnym uzbrojeniu, z tarczą i mieczem. Niestety rycerz wygląda trochę komicznie, ponieważ spoza tej tarczy, wykonanej z dość tandetnej sklejki, wyłania się podgolony jasny łeb 8-latka, zaś komizmu dodawał ten mieczyk, wycięty niezgrabnie za pomocą piły o nazwie laubzega z resztek tej samej sklejki, która posłużyła jako materiał na puklerz. Jak łatwo się domyślić, rycerzem byłem ja sam, a zbroiłem się na okoliczność zbliżającej się okrągłej rocznicy Bitwy pod Grunwaldem. Co roku urządzaliśmy z tej okazji rycerskie pojedynki, a nawet regularne bitwy drużynowe, w których trup słał się gęsto. Tym razem miała to być wielka bitwa na sto mieczów, łuków, spis i kusz. Miałem nadzieję na udział w tych rycerskich zmaganiach, niestety – jak napisałem wyżej – nadzieje te spaliły na panewce.

W tym roku wybiorę się pod Grunwald bez oręża. Nie chcę znów przeżyć traumy odrzucenia.

 

06 lip 2016

Niedawno wróciłem z podróży sentymentalnej na Kresy Wschodnie. Oczywiście każdy ma swoje kresy – moje to Wileńszczyzna, gdzie mój  dziad i pradziad żyli sobie – nomen omen – z dziada pradziada, aż przyszła wielka wojna i wszystko w pył obróciła.

Z tym życiem spokojnym to może trochę przesadziłem, bo o ile pradziad rzeczywiście gospodarzył jak umiał w niewielkim mająteczku w Sargunach pod Wiłkomierzem, o tyle już dziadek Franio wdawał się w różne wojenne awantury. Najpierw pod generałem Żeligowskim w 1920 roku zdobywał (lub może odzyskiwał) Wilno, a dwadzieścia parę lat później spiskował z partyzantami z wileńskiej AK, których całe rzesze przewinęły się przez skromną chałupę moich dziadków pod lasem, niedaleko stacji kolejowej Santoka na linii Warszawa – Petersburg.

 

Bujwidze kosciol

W tym koścele w Bujwidzach w 1925 roku brali ślub mój dziadek Franio z babcią Jadzią

 

Dziadek konspirował, a babcia w tym czasie gotowała ogromne gary barszczu czy kapuśniaku i żywiła tym „leśnych”. Moja mama i jej brat, jako małolaty, byli trzymani z daleka od tych niebezpiecznych konspiracji.

 

Swiatniki

 

To właśnie ten dom moich dziadków, oczywiście po wielu przeróbkach, aktualnie zresztą też w remoncie. Ten młody człowiek obok mnie jest obecnie właścicielem. Być może jest moim dalekim kuzynem, bo jego matka, z którą właśnie rozmawiam przez telefon,  jest z domu Lipińska – tak jak moja mama

 

Do tej chałupy z partyzancką przeszłością jeszcze wrócę, na razie jestem w Wilnie i rozmyślam nad fenomenem tego niezwykłego miasta. Jakie właściwie jest Wilno? Geograficznie i politycznie oczywiście litewskie – tak zdecydowała współczesna historia tych ziem. Nasza tradycja historyczna i literacka odpowie: oczywiście polskie! Tu przecież mieszkał i studiował Adam Mickiewicz (Litwini powiedzą przekornie: Adomas Mickievicius).

No ale z drugiej strony tenże Mickiewicz pisał w swoim arcydziele: Litwo, ojczyzno moja… Ba, ale za czasów Mickiewicza Litwę zamieszkiwali mniej więcej po równo Polacy i Litwini, narody połączone wielowiekową unią w Rzeczpospolitą Obojga Narodów, z domieszką jeszcze kilku innych nacji. Więc Mickiewicz pisząc swoją Inwokację myślał tak naprawdę o Polsce.

 

Mickiewicz wie3zienie 1

Zrekonstruowana „Cela Konrada”, w rzeczywistości cela, w której więziono młodego Mickiewicza znajdowała się w budynku obok, gdzie obecnie jest hotel

 

Podobnie przecież później poeci opiewali piękno na ten przykład Mazowsza, Podhala czy Pomorza. Wszak to wszystko „to Polska właśnie”, cytując wielkiego Stanisława Wyspiańskiego.

Na pewno nie jest Wilno rosyjskie, chociaż cała Litwa przez ładnych kilkadziesiąt lat stanowiła część Związku Radzieckiego. Tomas Venclowa, litewski poeta, eseista, publicysta, wykładowca w amerykańskich uniwersytetach, przyjaciel Czesława Miłosza (wspólnie napisali pamiętny Dialog o Wilnie), pisze w swoim eseju Opisać Wilno, że nie sposób jasno określić przynależność kulturową tego miasta. On sam, Litwin przecież, przyznaje, że w całych dziejach Wilna przeważały na przemian żywioły litewskie i polskie.

Dla mnie Wilno jest przede wszystkim miejscem sentymentalnie bliskim, chociaż jako miasto – tu będę bluźniercą poniekąd – wcale mi się nie podoba. Zbyt dużo w nim chaosu, zbyt wiele widocznych zaniedbań. Ale wystarczy wejść do skromnego muzeum Adama Mickiewicza przy zaułku Bernardyńskim (Bernardinų g. 11), urządzonego w dawnym mieszkaniu lekarza Jana Życkiego, aby zanurzyć się w początki polskiego Romantyzmu.

 

Muzeum Mickiewicza

 

Niewielkie Muzeum Adama Mickiewicza przy Uniwersytecie Wileńskim

 

Tu student Uniwersytetu Wileńskiego Adam Mickiewicz podnajmował przez kilka miesięcy 1822 roku jeden pokój, tu pisał poemat Grażyna, tu napisał także zbiór Ballady i romanse, który powszechnie uważa się za literacki początek polskiego Romantyzmu.

A co z tymi moimi sentymentami? Podobnie jak zapewne połowa mieszkańców Warmii i Mazur, mam w Wilnie i okolicach miejsca związane z przeszłością mojej rodziny, czyli – jak to się poetycko mówi – z moimi korzeniami. W niewielkich Świątnikach w parafii Bujwidze urodziła się moja śp. mama, w Sargunach pod Wiłkomierzem mieli majątek moi pradziadowie Jagiełłowiczowie (a więc być może wywodzący się z rodu króla Jagiełły). W rodzinnej wsi mojej mamy kilka rodzin nosi jej panieńskie nazwisko: Lipiński. Jeden z Lipińskich był moim przewodnikiem po polach i zabudowaniach, należących niegdyś do mojego dziadka.  Z pewnością wrócę tu, aby głębiej pokopać w poszukiwaniu tych rodzinnych korzeni. Wrócę też do dalszego ciągu tych rozważań, które ułożą się zapewne w sentymentalno-rodzinny pamiętnik.

14 cze 2016

Kiedy byłem mały, Dworzec Zachodni w Olsztynie wyznaczał swego rodzaju granicę naszego świata. Nasz świat to było dzisiejsze Osiedle nad Jeziorem Długim, które rozciągało się – podobnie jak dzisiaj – od przejazdu w Likusach do wiaduktu na styku Bałtyckiej i Grunwaldzkiej. Pod torami był tam tunel – jedyny w Olsztynie, pod którym przejeżdżał tramwaj.

Ten tunel, chociaż długi ledwie na dziesięć, może kilkanaście metrów, miał swój urok w czasie jazdy tramwajem, bo na chwilę robiło się prawie ciemno i widać było tryskające spod pałąka iskry za oknem. No a dodatkowo stanowił tę granice nieprzekraczalną, choć czysto umowną.

Jako dziecko raczej rzadko zapuszczałem się poza tunel, bo nie było po co. Wszystko, co potrzeba, miałem na osiedlu: przedszkole, szkołę, kumpli, plażę i osiedlowy sklep z chrupiącym chlebem, po który posyłały nas zabiegane matki i którego piętkę wszyscy ogryzaliśmy w drodze ze sklepu do domów. Kto nie ogryzał piętki z chleba, biegnąc tzw. uliczką, łączącą Aleję Róż z Aleją Przyjaciół, ten nie wie, na czym polega szczęście dziesięcio-, dwunastolatka.

Dobra, dość o tym chlebie, to nie jest poradnik młodego piekarza, miało być o tunelu, a właściwie o Dworcu Zachodnim. No więc na tym dworcu właściwie w ogóle nie bywałem, bo jak już gdzieś wyjeżdżaliśmy pociągiem, to zawsze z Dworca Głównego. Tak się jakoś utarło zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież wszystkie pociągi w kierunku Warszawy, Wrocławia czy Krakowa, a to były kierunki najczęściej – choć nieprzesadnie często – przez nas nawiedzane, przejeżdżały przez Zachodni i zawsze się tu zatrzymywały. Mieszkaliśmy w pobliżu, więc wydawałoby się, że ten Zachodni jakoś bardziej swojski, bardziej przyjazny… A my na ten Główny. Może chodziło o to, że wtedy ludziska nałogowo jeździli koleją, przez co już na Głównym ścisk był taki, że do tej puszki sardynek już nie dało się nikogo wcisnąć, więc ci, którzy naiwnie próbowali wsiąść na Zachodnim, zostawali na peronach z bezużytecznymi biletami w garści.

Ech, wspomnienia. Kto dzisiaj jeździ pociągami? Gdzie te tłumy? Gdzie ten ścisk? Gdzie ci zostający na Zachodnim podróżni? Niniejszym solennie obiecuję, że kiedy już stanie nowy Zachodni, wówczas wybiorę się w podróż bliską lub daleką właśnie pociągiem, właśnie stamtąd. No chyba że znowu ten ścisk i te sardynki mnie nie wpuszczą…

 

zachodni Zbigniew_Woźniak]

Fot. Zbigniew Woźniak

A to Zachodni obecnie – jak widać pociągi wciąż jeżdża, ale gdzie te sardynki?

19 maj 2016

Od kiedy niejaki Izaak Newton odkrył i sformułował powszechne prawo ciążenia, waga rzeczy materialnych jest – zdawałoby się – dość łatwo mierzalna. Nic bardziej mylnego.

Od jakiegoś czasu jestem – warto się pochwalić nową specjalnością – wybitnym znawcą wag i ważenia. Studiów w tym zakresie co prawda nie ukończyłem, ale zdobyłem całkiem niemałą praktykę, a ta – jak wiadomo – w życiu ważniejsza jest od najlepszych nawet uniwersytetów.

Praktykowanie rozpocząłem całkiem niewinnie w pewnym przybytku, nazwanym – jak na urągowisko – centrum zdrowia i urody. Ja i uroda! Co do tego elementu nie mam najmniejszych złudzeń, ale zdrowie, zdawało mi się, całkiem, całkiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę wiek mocno zaawansowany i zaniedbania rażące na odcinku diety i aktywności fizycznej. Tymczasem cóż pokazuje nam cudowne urządzenie, które waży nie tylko kilogramy żywej wagi, ale też nasycenie tłuszczem, wodą, minerałami, muskulaturę i coś tam jeszcze? Ano pokazuje, żem okazem zaniedbań i zaniechań, raczej ruina niż okaz rześkości i zdrowia.

Biorę się więc za siebie, co objawia się przede wszystkim zakupem podobnie zdrowotnej wagi, tyle że w wersji domowej. Zmierzy mi w zaciszu własnej łazienki te wszystkie zawartości, o których wyżej. Niestety, waga zmierzyła raz, a potem przestała. Pokazywała samą masę całości, bez analizy i rozkładu na czynniki pierwsze.

„To pewnie dlatego, że kupiłem tani model” – pomyślałem z lekką pogardą dla własnego skąpstwa, po czym zamówiłem nową wagę, tym razem produkt renomowanej firmy zagranicznej, mniej więcej dwukrotnie droższą, ale jeszcze mieszczącą się cenowo w moich dość ograniczonych niestety  możliwościach finansowych. Kiedy już kupiłem tę drugą zorientowałem się, że ta pierwsza wcale nie jest zepsuta, tylko wymaga odpowiedniej postawy ważonego pajaca, czyli mnie. Trzeba otóż stopami dotykać metalowych fragmentów, pod którymi kryją się elektrody – ja zaś wyczyniałem przedziwne łamańce, żeby broń Boże tych właśnie blach nie dotknąć, bo zimne były.

Mam teraz dwie wagi super-hiper i trzecią zwykłą. Żeby było ciekawiej, każda pokazuje co innego, zaś jeszcze co innego odczytujemy na wadze we wspomnianym centrum zdrowia i urody. Na wszelki wypadek zrezygnowałem na razie z wizyt w tym centrum, ale nadal mam do rozstrzygnięcia wcale niebagatelny dylemat: którą z tych domowych wag wybrać. Której uwierzyć? To pytanie – nomen omen – najwyższej wagi.

29 kwi 2016

Ostatni przyszpiliła mnie telefonicznie wierna czytelniczka pani Irena L. i zażądała: napisz pan wreszcie, jak obiecałeś, o tym stole z powyłamywanymi nogami! Temat zresztą na czasie, bo to przecież czas majówek, czas spotkań, także przy stole.

Dobra, sami chcieliście, ale żeby zacząć, muszę ponownie wrócić do motywu mocno ostatnio zgranego: mojego osobistego ślubu mianowicie. Ślub jak ślub, każdy kto przeżył wie mniej więcej, jak to wszystko wygląda: śliczna panna młoda, kwiaty, obrączki, przysięgi, buzi, buzi i można wreszcie oddać się przyjemnościom, czyli hulankom i swawolom.

U nas impreza weselna odbyła się w skromnych warunkach wynajmowanego dwupokojowego mieszkanka, dość skromnie umeblowanego, za to z aż dwoma stołami. Niestety były to bardzo modne wówczas i diabelsko niewygodne tzw. ławy, przy czym jedna ława była rozkładana i dość wysoka, druga zaś nieduża i niska, z cienkimi przykręcanymi nóżkami. Przy jednej goście nijak by się nie zmieścili, a kiedy się jedną ławę przystawiło do drugiej, wyglądały bardziej jak schody niż jak połączone stoły biesiadne.

Od czego jednak powszechnie znana w świecie polska pomysłowość. Wypatrzyłem otóż w garażu moich teściów piękny, kwadratowy kawał drewna o długości niespełna metra. Policzyłem, że jeżeli potnę go na cztery kawałki, każdy będzie miał wysokość ok. 20 centymetrów – akurat tyle, ile wynosiła różnica poziomów między tymi nieszczęsnymi stołami.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Przy pomocy ręcznej piły i teścia pociąłem kloc na cztery klocki, po czym w jeden z końców każdego klocka wbiłem długi gwóźdź z obciętym łebkiem. Już kumacie? Wystarczyło drugi koniec gwoździa wbić w nogi tego niższego stołu, co skutecznie przedłużało – cóż, że niezbyt trwale – ich długość. Teraz po zestawieniu obu stołów otrzymałem piękną powierzchnię biesiadną. Przykryta gustownym obrusem i bogato zastawiona jadłem i napitkami prezentowała się jak należy. Bieda w tym, że gdy jeden z biesiadników nieopatrznie oparł się o tę moją misterną konstrukcję, spowodował niezwykle głęboki przechył, powodujący niekontrolowanie zsuwanie się naczyń, w tym tych niedużych, ale jakże ważnych dla podtrzymania dobrego nastroju. Zniszczenia były jednak na szczęście nieduże, a po mojej reprymendzie ani ten, ani żaden inny z biesiadników już nie dotykał mojego podkutego klockami stołu, dzięki czemu dalsza część przyjęcia przebiegła w przyjemniej, niezmąconej żadnymi ekscesami atmosferze.

 

 

20160418_105107

 

Oto szczęśliwa para młoda, czyli my po 30 latach od tamtej pamiętnej uczty przy stole z poprzybijanymi nogami. Jubileuszowy tort stoi na solidnym stole redakcyjnym.

 

2

 

 A to sam tort – te jubileuszowe świeczki zdmuchnęliśmy wspólnie w domu.

27 kwi 2016

Strach do sklepu wyjść po prostu. Kupuję chleb czy jakiś tam twarożek, a ekspedientka do mnie: dawno pan bloga nie aktualizował! Czytelnik osoba święta, więc czas na nowości, tym bardziej, że nazbierało się trochę.

Kwiecień to u mnie miesiąc rocznic; służowo i prywatnie. Najpierw trzeba było ogarnąć jubileusz Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej matki, do której zaprowadził mnie w swoim czasie mój pierwszy (i jedyny) ojciec. A ponieważ wszelkie przykazania ludzkie i boskie powiadają, że rodziców trzeba szanować i kochać jak siebie samego, więc zostałem w tej gazecie na dłużej.

Jakże słuszna to była decyzja; trochę posiedziałem, trochę się pokręciłem, trochę pochodziłem tu i tam – no i wychodziłem sobie małżonkę osobistą jak najbardziej. Tak się składa, że małżeńska nasza klamka zapadła w kwietniu, dokładnie 2 dni po setnej rocznicy wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej, mojej drugiej – jako się rzekło – matki i w ogóle rodziny. Od tamtej pory ja i Gazeta obchodzimy niemal jednocześnie dwie rocznice: prywatną i służbową. Tę prywatną też poniekąd służbowo, bo ostatnio jubileuszowy tort kroiliśmy w obecności i wśród wiwatów przyjaciół z Gazety. I nam, i im trochę się to wszystko mieszało, bo przecież dwa dni wcześniej też kroiliśmy i pochłanialiśmy tort, tyle że trochę większy i wobec nieporównanie większej liczby świadków, którzy rychło zmienili swój status na konsumentów. Tamten miał wypisaną zielonym kremem liczbę 130, nasz na czekoladowo tylko skromne 30, co w przypadku małżeństwa oznacza rocznicę… no zgadnijcie jaką. Nie srebrną, nie złotą, ale perłową – o czym sam nie miałem pojęcia. Na rocznicę Gazety nie starczyło już drogich kamieni, dlatego nie sposób nazwać ją jednym słowem.

 

1986.04.16 order

To zdjęcie sprzed 30 lat z małym kawałkiem. Z okazji 100-lecia wydania pierwszego numeru Gazety Olsztyńskiej niektórym z nas przypinano ordery. Załapałem się na jeden. Na zdjęciu jestem z moją dobrą koleżanką, nieżyjącą już niestety Ludmiłą Kamińską-Bartochą, która otrzymała identyczne wyróżnienie.

 

Wspomnienia, ech wspomnienia. Wspominaliśmy sobie w gronie długoletnich pracowników to stulecie Gazety no i nagle pojawiło się pytanie: gdzie była impreza jubileuszowa – bo że była, to nikt nie miał wątpliwości. No i co powiecie? Każdy pamięta inaczej, a ja wcale nie pamiętam. Nie z tych powodów, o których myślicie pewnie z życzliwym lub złośliwym uśmieszkiem. Nie, ja po prostu nie byłem na tej imprezie, no bo miałem własną, ślubną, zwaną swojsko weselem. Może mniej szumną, ale za to dwudniową, bo część rodziny z jakichś tam powodów nie dojechała na czas. Bohaterem wieczoru był nie pan młody, nawet nie pani młoda; bohaterem był stół z powyłamywanymi nogami. O tym jednak już w następnym odcinku.

 

 

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.