14 mar 2010
13 mar 2010
W życiu nie jest łatwo, nowe czasy stawiają nowe wyzwania. Jakiś czas temu niespodziewanie stałem się wielbicielem elektronicznych serwisów bankowych, telefonicznych i wszelkich innych, nie wymagających stania w kolejkach, których chronicznie nie znoszę.
Atoli to, co pozornie łatwe, niesie nowe trudne wyzwania, pułapki nowego. Oto taki przypadek, śmieszny bardziej, niż groźny. A może to ja jestem śmieszny i nie rozumiem nowego. Rozsądźcie sami, poddam się z pokorą Waszej ocenie.
W elektronicznym serwisie bankowym, z którego nałogowo korzystam, czekała na mnie taka oto wiadomość:
Szanowny Kliencie
W związku z brakiem możliwości skontaktowania się drogą telefoniczną prosimy o aktualizację numeru telefonu do oddzwaniania, który jest niezbędny do korzystania z usługi naszego banku w pełnym zakresie.
No jasne, mają bankowcy rację, przecież ja od kilku lat nie mam w ogóle telefonu stacjonarnego, więc muszę podać aktualny numer komórki. Tylko się zaloguję i…
Zaraz, coś nie tak! Czytam dalej:
Zmiana numeru telefonu może być dokonana za pośrednictwem konsultanta, jeżeli użytkownik usługi (to o mnie) jest dostępny pod numerem telefonu widniejącym obecnie w naszym banku.
Tłumaczę sobie ten prosty komunikat i nie wiem, śmiać się, czy płakać. Otóż bank mówi mi mniej więcej tak: jeżeli zmieniłeś numer telefonu, musisz nas o tym powiadomić. Możemy to załatwić telefonicznie, ale zadzwonimy do ciebie na stary numer. Ale ja właśnie dlatego chcę wam podać nowy numer, że starego już nie mam. To co mam zrobić?
Na szczęście mogę też pójść osobiście do oddziału banku. Tylko że ja od kilku lat nie chodzę do żadnych oddziałów banków; bo tam trzeba dojechać, znaleźć wolne miejsce na samochód, kupić kartę postojową, wypełnić, stanąć w kolejce do okienka… Po to właśnie nauczyłem się korzystać z bankowości elektronicznej, żeby tej mitręgi uniknąć. Więc numeru do dziś nie zmieniłem, a bank nadal nie może się do mnie dodzwonić (o ile próbuje, w co szczerze wątpię).
Podobnie uśmiałem się kiedyś, gdy korzystając z poczty elektronicznej natknąłem się na komunikat: jeżeli zapomniałeś swojego hasła, kliknij tutaj – hasło wyślemy ci mailem. Łapiecie? Wyślą mi hasło na skrzynkę, do której nie mam dostępu, bo zapomniałem hasła.
04 mar 2010
Dziś dalszy ciąg wątku podróżniczego, tym razem jednak ze mną, a nie z GPS-em w roli głównej.
Jedna z wielu podróży służbowych po naszej pięknej warmińsko-mazurskiej krainie. Tym razem jadę z kolegą przez całą niemal długość (a może wysokość – z północy na południe) historycznej Warmii: z Braniewa do Olsztyna. Co prawda historyczność krainy zdaje się nie mieć żadnego znaczenia dla przedstawionych niżej faktów, ale niech łaskawy czytelnik wie, że się orientuję w dziejowych zawiłościach rodzinnej krainy. No więc tnę tę Warmię, dookoła mróz i śnieg, jak to zimą, ślisko jak cholera, więc pęd mamy raczej umiarkowany. I całe szczęście, bo w jakiejś tam mijanej wioszczynie na samym środku drogi stoi maluch – fiat 126 p gdyby ktoś nie wiedział – a wokół lata kilku ludzi; coś tam krzyczą, machają rękami do siebie, za chwilę machają do mnie Wyraźnie pokazują: stań! Nie mam wyjścia, i tak nie przejadę, bo maluch – choć mały – tarasuje całą oślizgłą od lodu szosę. Podbiega jakaś dziewczyna: pomoże pan?! No jasne, ale co się stało. Trzeba gonić, maluchem nie damy rady.
Bystry jestem z natury, więc zarządzam najpierw wsiadanego – czas nagli, w drodze dowiem się, o co chodzi. A jest tak: dziewczyna wracała z Braniewa do swojej wioski, zatrzymała na stopa tira, kierowca uprzejmie ją podrzucił, zostawił, gdzie chciała i pojechał. Ale torebka, torebka została w tirze! A w torebce portfel, dokumenty, komórka – no po prostu wszystko. Więc trzeba dogonić, wyprzedzić, zatrzymać i torebkę odzyskać. Pędzę więc jak Hołowczyc, ślizgam się na zakrętach, ocierając się niemal o przydrożne drzewa.
Wyglądało to mniej więcej tak:
Muszę zdążyć przed Pieniężnem, bo tam się drogi rozjeżdżają i skąd będę wiedział, którą pojechał nasz tir i nasza torebka. Między jednym a drugim wirażem wpadam na genialny pomysł: trzeba zadzwonić na tę komórkę w torebce, może kierowca usłyszy, zdziwi się i zatrzyma, spojrzy do tyłu i zobaczy tę nieszczęsną torebkę na tylnym siedzeniu. Pomysł padł, bo dziewczyna nie zna numeru. Jak to, własnego numeru telefonu nie zna? – zawołacie. A Wy znacie? To powiedzcie z pamięci. A do żony czy dziewczyny znacie? No nie znacie, bo zapisuje się w komórce i później wywołuje po nazwie. W dodatku ten telefon był nowy: dziewczyna właśnie odebrała go z Braniewa i wiozła do domu. Wszystkie dokumenty były też w torebce. Pozostaje dalej gnać na złamanie karku z nadzieją, że zdążymy.
No i wyobraźcie sobie, zdążyłem. Dopadłem gościa przed przejazdem kolejowym w Pieniężnie,
właśnie tu
Zrobiłem efektowny nawrót i dosłownie wyrzuciłem pasażerkę, przerywając w pół słowa podziękowania. Dziewczyna odzyskała swoja bezcenną torebkę, a ja zyskałem miano Hołowczyca powiatu braniewskiego.
Zdjęcia i film wykonałem wczoraj; jechałem ponownie tą trasą i naszły mnie wspomnienia…
01 mar 2010
Kupiłem jakiś czas temu sprytne urządzenie o zawiłym symbolu, zwane popularnie nawigacją samochodową. Nie pierwszy raz zresztą to dziwo nabyłem, jednak poprzednie służyło mi zaledwie 1 dzień.
Pozostawione na stole cudo techniki zostało brutalnie ściągnięte na podłogę przez mojego kota, co spowodowało nieodwracalny w skutkach wstrząs mózgu (elektronicznego, rzecz jasna).
Człowiek istota uparta, niezrażony zatem tak oczywistym znakiem opatrzności nabyłem (w promocji, a jakże) kolejny raz elektroniczną tabliczkę ze schowanym w środku Maciejem Wisławskim, legendarnym pilotem samego Krzysztofa Hołowczyca. Od tego czasu niestety utraciłem całkowicie samodzielność komunikacyjną; we wszystkim słucham wspomnianego Macieja W. Jak każe w lewo – jadę w lewo, jak w prawo – to w prawo. Z jednym wszak wyjątkiem. Mniej więcej w połowie trasy z Warszawy do Olsztyna mój elektroniczny przewodnik każe mi niespodziewanie skręcić w prawo. Gdy zdarzyło się to pierwszy raz, o mało nie zabiłem siebie i własnej żony, usiłując skręcić w nieistniejącą drogę w prawo. Do dziś nie mam pojęcia, o co chodzi, ale moja nawigacja nadal kieruje mnie w tym miejscu na manowce.
To jednak nic wobec tego, co przeżywamy w gęstwinie miejskich uliczek takiego na przykład Krakowa. Jechałem otóż z ulicy Starowiślnej (skrzyżowanie z Dietla) na ulicę Blich – kto ciekaw, niech zobaczy na mapie, odległość ze 400 metrów. Mój elektroniczny Cicerone prowadził mnie zaułkami szacownego grodu bez mała przez kilkanaście minut. Wszystko przez to, że w miejscu, gdzie zaparkowałem, stałem tyłem, a nie przodem do właściwego kierunku jazdy.
Wkrótce wybieram się za granicę. Mam dziwne wrażenie, że idąc za głosem Macieja W. odwiedzę liczne kraje, leżące zupełnie w innym kierunku, niż cel mojej podróży. Może po prostu jechać tyłem?
25 lut 2010
Zaiste zadziwiający splot nieprawdopodobnych zdarzeń doprowadził do tego, że mogę dziś pisać te słowa, dostarczając – mam nadzieję – niejakich wzruszeń lub innych przeżyć licznym bywalcom tego miejsca.
To, że się w ogóle urodziłem, graniczy z cudem nieledwie. Nie jestem tu specjalnym wyjątkiem, bowiem pojawienie się gatunku ludzkiego, którego jestem dziś skromnym reprezentantem, było – jak wykazuje Hoimar von Ditfurth – następstwem mnóstwa niewiarygodnych zdarzeń. Przywołuję tu zapomnianego już nieco Ditfurtha (zmarł w 1989 roku), bo jego trylogia (Dzieci Wszechświata, Na początku był wodór, Duch nie spadł z nieba) przypadkowo wpadła mi w ręce jakieś 30 lat temu i od tej pory jestem jej wielbicielem i niestrudzonym propagatorem.
Swoją drogą ciekawe – tu będzie dygresja filozoficzna – jak bardzo ludzkie losy przypominają chaos, towarzyszący podobno (któż to widział?) powstawaniu wszechświata. Przecież życie na Ziemi nie miałoby najmniejszych szans na inicjację, gdyby nie pojawiła się woda i tlen. Gdyby mój ojciec w 1944 roku wlazł do innego kanału w Warszawie, mógłby dziś być jednym z tysięcy poległych wówczas bohaterów. Przedziwny zbieg okoliczności sprawił, że po wojnie i niemieckim obozie trafił do Olsztyna, gdzie zafascynowała go dziewczyna z jasnym warkoczem i śpiewnym wschodnim akcentem – moja mama. Gdyby, gdyby… Dziś wrócę na chwilę do korzeni.
Moja mama urodziła się w 1926 roku we wsi Świątniki ok. 35 kilometrów od Wilna. To tyle, co Ostróda od Olsztyna. Wtedy jednak odległości liczyło się inaczej. Konnym zaprzęgiem to była całodniowa wyprawa. Skąd te Świątniki? Ano posłuchajcie…
Moja babcia, Jadwiga z domu Jagiełłowiczówna, była córką Walerii z domu Niniewicz i Antoniego Jagiełłowicza. Urodziła się we wsi Sarguny k/Poniewieża na Litwie. W owym czasie zarówno Litwa, jak i Polska wschodnia były pod zaborem rosyjskim, a Polacy w małych zaściankach i dworkach byli rozsiani po całej Litwie i pomieszani z ludnością litewską oraz rosyjską.
Moja prababcia Waleria i pradziadek Antoni (obojga oczywiście nie znałem) mieli troje dzieci: Jadwigę, Waleriana i Antoninę. Pradziadek wcześnie umarł i zostawił Walercię w zadłużonych Sargunach z trójką małych dzieci, zupełnie nie przygotowaną do życia. Zmagała się biedaczka z losem, w końcu jakoś oddała w lichą dzierżawę Sarguny i przeniosła się do Poniewieża, żeby dzieci oddać do szkół.
Tam to właśnie moje babcie Jadwiga i Antonina ukończyły średnią szkołę — oczywiście rosyjską. Polskiego nauczyły się po kryjomu, a wobec braku podręczników i właściwych nauczycieli wiedza była powierzchowna i ograniczała się do nauki poprawnego pisania, czytania oraz elementów literatury i historii Polski.
Stamtąd wymiotła ich pierwsza wojna światowa do Rosji aż pod Moskwę, gdzie obie siostry i matka zamieszkały we wsi Czubyszew. Była to duża wieś z siedmioklasową szkołą i kilkoma nauczycielami. Ponieważ — jak to w czasie wojny – większość mężczyzn poszła na wojnę, obie babcie zostały zatrudnione jako nauczycielki. Uczyły wszystkiego, nawet – wobec braku popa – religii prawosławnej. Tam też przeżyły rewolucję 1917r. I dopiero w 1921 roku z perypetiami wróciły do Polski, bo już wtedy była Polska niepodległa od Wilna po Lwów i od Gdańska po Śląsk.
Tu znowu mała dygresja. Babcia Antonina przed samą repatriacją zachorowała na tyfus i została w Rosji w szpitalu. Wówczas zakochała się w jednym z nauczycieli w szkole Czubyszewskiej, niejakim Bazylim Werstinie. Z owej to miłości i małżeństwa zawartego w cerkwi – bo nie było w pobliżu kościoła – urodził się Eugeniusz, mój ukochany wuj, o którym pisałem już na tym blogu. Ale jak to w życiu bywa, miłość gdzieś odpłynęła, został Gienio, którego w wieku półtora roku moja babcia Jadwiga z prababcią Walerią przywiozły do Polski – konkretnie do Wilna, gdzie zatrzymali się czasowo u kuzynostwa Pomarnackich na ul. Starej. Po powrocie zdrowej już babci Antoniny – matki Gienia – obie siostry zaczęły rozglądać się za jakąś pracą. Okazało się, że jak na tamte czasy miały dość wysokie wykształcenie. Matura była rzadkością, a że obie dobrze władały językiem polskim, bez trudu miały parę ofert – nawet w samym Wilnie. Babcia Antonina (zwana później babcia Tosią) jednak zdecydowanie wolała jakąś wieś. I tak obie trafiły jako nauczycielki do Świątnik.
Szkoła w Świątnikach, od lewej: pies, babcia Tosia z Gieniem na rękach, prababcia Waleria (trochę w cieniu), rok 1922
15 lut 2010
Często tak jest: wracam do domu późnym popołudniem, bywa, że i wieczorem, a tu na przykład nasi grają w ręczną albo w siatkę. No a dziś ta Justyna…
Trzynaście czynności muszę wykonać w ciągu dwudziestu minut. Kilkanaście sekund tracę na idiotyczne, kompletnie nikomu niepotrzebne wyliczenia, ile też sekund wypada statystycznie na jedną czynność. Wyszło mi półtorej minuty z maleńkim hakiem. No ale zakupy zajęły mi połowę całego czasu, więc na resztę zostaje po kilkadziesiąt sekund. Dobra: woda na ryż na gaz i chytry plan w głowie. Nie będę gotował tego ryżu, tylko zagotuję wodę, wsypię trochę ryżu do wrzątku, chwilę pogotuję – i pod poduszkę. Dojdzie. Stary ludowy sposób. Mój szatański plan działa: ryż dochodzi, a ja tu z Justyną… Szybciej, szybciej… Co to za smród, pewnie sąsiadka z góry zupę przypaliła… Dobra, drzwi zamknę, bo tu Justyna… Biegnij, biegnij, oooooooo, dopiero piąta, nie tak miało być. No spoko, jeszcze trzy biegi, tam będzie mocniejsza, zwłaszcza w klasyku… Co z tym smrodem?! O rany! Ryż!!!
Zapomniałem o tym cholernym ryżu, zostawiłem garnek na gazie. Zagotowało się, ryż wchłonął wodę zgodnie z planem, ale niezgodnie z planem zaczął się przypalać, bo wielki planista (czyli ja) nie zdjął gara z palnika. Mieliście kiedyś w domu przypalony ryż? Nie? No to macie szczęście. Garnek do wyrzucenia, mieszkanie do kilkugodzinnego wietrzenia. A znakomity kucharz do poprawki. Może z ziemniakami lepiej pójdzie? No chyba że znowu Justyna…
09 lut 2010
Bliskie spotkanie drugiego stopnia z dzikiem skończyło się dla mnie tylko wgniecionym błotnikiem i pękniętym zderzakiem. Dzik nie miał niestety wykupionego OC.
Noc, coś tam siąpi z nieba, mgła, więc jadę wolno, może z 70 km/h. Nagle metr przed samochodem wyrasta jak spod ziemi wielkie, czarne, szablaste bydlę. W ciągu ułamka sekundy musiałem podjąć życiową decyzję: gruchnąć drania czołowo, ryzykując swoją i jego śmierć; skręcić gwałtownie, ryzykując wpadnięcie do rowu ze skutkami jw. (ale dzik cały), czy też pokombinować tak, żeby uderzenie było bokiem – a więc lżejsze i teoretycznie bardziej bezpieczne. Wybrałem trzeci wariant, musnąłem czarnego bokiem; potrząsnął łbem i potruchtał do lasu, z którego w ogóle nie powinien był wyłazić. Przez chwile jechałem zygzakiem (na szczęście pusta szosa), ale już po chwili opanowałem wóz i nerwy i z wiszącym na cienkim kabelku kierunkowskazem pojechałem do domu. Na szczęście nie miałem daleko – niecałe 200 kilometrów.
Po powrocie mitręga naprawcza: najpierw ubezpieczyciel: chce pan skorzystać z autocasco? – pyta niezbyt uprzejmy agent ubezpieczeniowy. – Muszę, bo dzik nie dał mi numeru swojej polisy OC – odgryzam się tanim dowcipem. Potem wizyta przedstawiciela, oględziny, zdjęcia, protokoły, oświadczenia… Mając w garści dokumenty pojechałem do zaprzyjaźnionego warsztatu. Właściciele nie raz wybawiali mnie z różnych opresji, więc mogłem spać spokojnie. A że trochę pojeżdżę autobusami, pochodzę piechotą – tylko na zdrowie mi wyjdzie.
Po tygodniu samochód był gotowy. Rozliczeniami w ogóle się nie interesowałem – bo przecież bezgotówkowo. A tu po jakimś czasie otrzymuję pismo: szkoda numer taki a taki, przyznano odszkodowanie w wysokości takiej a takiej, pomniejszone o 50% kosztów amortyzacji/ Forma płatności – przelew na rachunek mojego warsztatu. Niewiele myśląc, przelałem kwotę amortyzacji na rachunek warsztatu, o czym nazajutrz poinformowałem właścicieli.
- Co pan najlepszego zrobił, przecież my nie użyliśmy części oryginalnych, ale tzw. alternatywnych, więc amortyzacji potrącać nie mieli prawa. Już napisaliśmy odwołanie.
Jakoż za kilka dni otrzymuję następne pismo: w związku ze szkodą numer taki a taki przyznane zostało odszkodowanie w wysokości takiej a takiej, która to kwota stanowi dopłatę wcześniej potrąconej amortyzacji. Wpłata na rachunek warsztatu nr…
W pierwszej chwili chciałem zrobić mojemu ubezpieczycielowi karczemną awanturę za to, że dwa razy domaga się ode mnie kwoty z tego samego tytułu. Dopiero kiedy wściekłość przestała mnie oślepiać dostrzegłem, że ani wtedy, ani teraz nikt nie chciał ode mnie żadnych pieniędzy. Po prostu otrzymywałem korespondencję pomiędzy ubezpieczycielem a moim warsztatem. Wszystko odbyło się tak, jak chciałem – bezgotówkowo. A że pospieszyłem się z niepotrzebną reakcją? Cóż: pośpiech jest złym doradcą, jak mówi stare przysłowie.
03 lut 2010
Sądząc po liczbie odwiedzin, wielu bywalców tego blogu bardzo zainteresował wątek historyczno-rodzinny, związany z pojawieniem się mojej rodziny w Olsztynie. Popatrzmy zatem, jak potoczyły się dalsze losy dziewczyny z warkoczem, bohaterki mojego poprzedniego wpisu, a prywatnie – mojej przyszłej mamy.
… W zrujnowanym Olsztynie budziło się życie. Otwierano sklepiki. Pamiętam sklep bławatny przy ul. 1-go Maja, który prowadziła sama p. Pieniężna. Spożywczy PSS Społem w odbudowanym z gruzów domu przy ul. Partyzantów. Przy ul. Warmińskiej powstała namiastka rynku. Kobiety z pobliskich wsi przyjeżdżały tu sprzedawać mleko w czajnikach, kiełbasy własnego wyrobu, warzywa. Nas trochę wspomagały paczki UNRRA z Ameryki. Przysyłano konserwy, kawę, papierosy i używaną odzież i obuwie.
Moja mama jakby odzyskała wigor. Poszła do Kuratorium i zaangażowała się do pracy jako nauczycielka matematyki w szkole podstawowej dla dorosłych, która mieściła się w budynku Szkoły Podstawowej Nr 1 przy ul. Moniuszki. Pieniądze nam się jakby podwoiły, więc i bułeczki zaczęły się pojawiać i czasami tzw. resztki wędlin, masło.
Nie mniej jak cierń kłuła nas nieobecność i losy tatusia i Miecia. Wysyłaliśmy nasz adres na Wileńszczyznę, ale na razie było głucho. Chodziłyśmy na spotkania przyjeżdżających transportów. Przyjeżdżało sporo osób z naszych okolic. Między innymi Leoś Jabłoński, mój świątnicki adorator.
Ja wygłodzona przez lata wojny brakiem towarzystwa i koleżanek włączyłam się natychmiast do różnych form działalności, jaka tylko zaczęła się rozwijać. Marysia Karpowiczówna wciągnęła mnie do chóru w katedrze św. Jakuba. Prowadził go Piotr Materski. Niektóre msze i pieśni były mi znane z chóru w Balingródku. Nie miałam nadzwyczajnego głosu, ale słuch bardzo dobry, toteż przydałam się nawet do kwartetu żeńskiego, który akurat przygotowywał program na powitanie kardynała Hlonda.
(…) Śpiewaliśmy dużo. Przede wszystkim na mszach i nieszporach, ale także na ślubach i co ważniejszych pogrzebach. Pamiętam uroczysty ślub córki p. Pieniężnej – działaczki polonijnej w Prusach. Żenili się koledzy z chóru: Edek Warzecha, Tadek Ziomek, Włodek Jarmołowicz, Krysia Decówna, Krysia Kwiatkowska i wielu innych. W pracy przyjaźniłam się z Marysią Karpowiczówną – jasną blondynką o niebieskich jak bławaty oczach, Reginą Suwałówną – niestety krótko, bo wyjechała do Radomia, Krysią Żuchewiczówną – elegancką (umiała się ubrać z niczego) Warszawianką, Irenką Szczerbicz elegancką sekretarką dyrektora. (…) Któregoś dnia szefowa kadr przyniosła i rozdała nam jakieś ankiety, kazała wypełnić i oddać jej. Nie wiedziałam zupełnie, o co chodzi – wypełniłam ankietę i oddałam. Za kilka dni otrzymaliśmy legitymację członka Polskiej Partii Socjalistycznej. Kiedy powiedziałam o tym mamie, złapała się za głowę – po cóż ty się wepchnęłaś do partii politycznej? Tłumaczyłam, że wszyscy się zapisywali. O! Przepraszam; jeden pan nie. Był to starszy woźny Boczkowski, który już należał do Polskiej Partii Robotniczej.
Muzyczne zamiłowania mojej mamy przekształciły się w zawód: ukończyła Państwową Szkołę Muzyczną i jako dyplomowany muzyk dorabiała przez prawie całe dorosłe życie prowadzeniem chórów i lekcjami fortepianu.
29 sty 2010
Chciałbym dziś wrócić do wydarzeń sprzed lat 64, które w pewnym sensie zdecydowały o moim pojawieniu się na tym łez padole (czyli na świecie – to objaśnienie dla tych, którzy już nie kojarzą staromodnych przenośni). 31 stycznia 1946 roku na zrujnowany dworzec główny w Olsztynie wjechał pociąg z tłumem wychudzonych, brudnych, przemarzniętych ludzi.
To transport repatriantów z Wileńszczyzny, wśród nich trzy kobiety: dwie około pięćdziesiątki i 20-letnia dziewczyna z jasnym warkoczem. Te starsze to moje babcie, dziewczyna z warkoczem to moja mama. Wyjechały z rodzinnej Wileńszczyzny do nowej ziemi obiecanej. Poniżej fragment pamiętnika mojej mamy, spisanego parę lat przed śmiercią. Mam nadzieję, że zaciekawi moich czytelników.
31 stycznia 1946r. wieczorem koło godz. 18 wjechaliśmy na dworzec główny w Olsztynie, który był całkowicie zrujnowany. Przesunięto nas na bocznicę towarową. Ludzie zaczęli wysiadać – większość witała już rodzina, a my jak sieroty ostatnie stałyśmy na pustym prawie peronie. Ktoś do nas podszedł i spytał, dokąd nas podwieźć. Kursował taki półciężarowy samochód i rozwoził przybyłych. Zrobiłyśmy głupie miny i powiedziałyśmy, że nie wiemy, bo na nas nikt nie czeka. Jakiś facet zgarnął nasze rzeczy na samochód i kazał nam też wsiadać (pamiętam, że padał wówczas ulewny deszcz) i powiózł nas do baraków drewnianych na ul. Lubelską. Wpuścił do dużej sali, gdzie przebywało już około czterdziestu osób. Kobiety, mężczyźni, dzieci. W dwóch szeregach stało kilkadziesiąt piętrowych łóżek. Pośrodku stał żelazny piec – tak zwany kukuruźnik, było to jedyne ogrzewanie baraku. Pod sufitem paliła się słaba żarówka. Salą rządził jakiś stary jegomość. Niezbyt przychylnie nas przyjął. Wskazał dwa wolne łóżka i od razu zaznaczył, że nie możemy ot tak sobie wygrzewać się – musimy starać się o węgiel. Nie bardzo wiedziałyśmy, jak to staranie ma wyglądać. Okazało się, że trzeba z wiadrem chodzić koło wagonów towarowych przywożących węgiel i po prostu podkradać co nieco. Ulokowałyśmy się na łóżku – mama na dole, ja na piętrze. Ciocia rozłożyła przywiezione ze sobą składane łóżko. Przykryłyśmy się jako tako, ale czekała nas nowa niespodzianka – pluskwy! Jak tylko zgasło światło, sypały się na oczy jak groch. W tej sytuacji światło musiało palić się bez przerwy, Nazajutrz była niedziela, poszłyśmy do katedry. Był to kawał drogi. Przy okazji zwiedzałyśmy Olsztyn. Szokowały nas niektóre napisy po polsku, np. zupełnie nie wiedziałam, co oznaczał duży napis na jednym budynku „Związek Walki Młodych”. W kościele wzruszył nas chór śpiewający polskie kolędy.
Zaczęła nam dokuczać bieda. Zapasy się wyczerpały, zostało trochę sucharów. Wszystkie trzy zachorowałyśmy na tzw. Olsztynkę, to taka biegunka z gorączką…
W Olsztynie mama poznała mojego ojca, urodzonego warszawiaka, który po Powstaniu Warszawskim trafił do niemieckiego obozu (tzw. stalagu), a stamtąd – razem ze swoim ojcem, też powstańcem warszawskim – na ziemie odzyskane. No i wskutek tego nieprawdopodobnego splotu wydarzeń pojawiłem się na świecie, dając jednak pierwszeństwo moim dwóm braciom.
27 sty 2010
Pamiętacie, jak wyglądało Wasze spotkanie z największym, ekstremalnym mrozem? Moje pamiętam tak…
Bawełniane gatki, wełniane skarpety i takież nauszniki – to cały mój strój. Jeszcze drewniane saboty na nogach i maska chirurgiczna na twarzy. Tak wystrojony idę do lekarza; puls, ciśnienie i werdykt: nadaje się.
Wypisz wymaluj komisja wojskowa, tylko po co te kretyńskie nauszniki i maska, o podkolanówkach nie wspominając? Otóż za chwilę mam znaleźć się z kilkoma kolegami w najzimniejszym miejscu w Polsce. To miejsce to pierwsza w kraju kabina kriogeniczna, Spała, Centralny Ośrodek Sportu.
Najpierw przedsionek, gdzie jest jeszcze dość ciepło – tylko minus 60 stopni C. Po około minucie otwierają się boczne drzwi do właściwej kriokomory z chłodkiem sięgającym minus 170 stopni. Zaleca się spokojny marsz w kółko (uwaga, lepiej nie dotykać innych uczestników zabiegu, bo można się nawzajem poparzyć!) i spokojne, płytkie oddychanie, żeby sobie płuc nie odmrozić. Seans trwa ok. 2 minut, ale i tak zdążymy przemarznąć dosłownie do szpiku kości, chociaż tego wcale nie czujemy. Ten niewyobrażalny mróz spowodował błyskawiczne zamrożenie naszych receptorów na powierzchni skóry, dzięki czemu stoimy goli i czujemy się jak we własnej łazience. Może to sposób na przetrwanie obecnych mrozów.
Z dzieciństwa pamiętam inne oblicze mrozu. W moim domu rodzinnym zostawione na noc w kuchni mleko rano znajdowaliśmy pod postacią lodu. Takie zamarznięte mleko dawało wiele radości, bo po pierwsze nie można go było podać na śniadanie, po wtóre zaś było znakiem nieomylnym, że dziś, najdalej jutro zamkną szkołę i będziemy mieli niezaplanowane ferie. Mróz trzaskający zamrażał bowiem nie tylko nasze mleko, ale też cały system oświatowy, chociaż szkoły były ogrzewane zdecydowanie lepiej, niż wzmiankowana kuchnia. Widocznie obawiano się, że nieszczęsne dzieci zamarzną w drodze po kaganek oświaty, co było typowym strachem na Lachy. Kiedy bowiem odchodziliśmy od szkoły bram, zamkniętych z powodu mrozu, czym prędzej nurkowaliśmy do przepastnych piwnic po przybory rozrywkowe, jako to: sanki, łyżwy, narty (nieliczni szczęśliwcy) czy bobsleje własnej roboty. Wszystkie te urządzenia ciągnęliśmy z piekielnym łoskotem do pobliskiego lasu, gdzie rozbijaliśmy je w drebiezgi na drzewach, porastających nasze trasy zjazdowe (znacie las nad jeziorem Długim w Olsztynie?). Stąd tak wielkie powodzenie wzmiankowanych bobslejów, bowiem zjeżdżało się na nich w pozycji leżącej, dzięki czemu na drzewie rozbijaliśmy łeb, pozostawiając nietknięty drogocenny sprzęt. A wszystko to przy mrozie minus 30 stopni, w kurteczkach wiatrem podszytych, w rękawiczkach dziurawych i zawsze przemokniętych, w butach zdartych do skarpetek.
Tegoroczna zima spisała się na medal, ośmieszyła wrony, kraczące o globalnym ociepleniu. Dzieciakom dała radochę w postaci zamykanych szkół, zupełnie jak za moich szkolnych czasów. Tak trzymać (byle bez przesady).
Blog Adama Bartnikowskiego
Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.













