03 lut 2012

Widzieliście kiedyś awarię sieci ciepłowniczej na ulicy? Spod ziemi bucha gorący gejzer, a wokół uwijają się ludzie w pomarańczowych kamizelkach.

Miałem coś takiego we własnej łazience. Gejzer podobny, tylko nie było nikogo w pomarańczowej kamizelce. Musiałem poradzić sobie sam. Z tej okazji napisałem – jak co tydzień – felieton do mojej rodzinnej Gazety Olsztyńskiej (jestem z nią już prawie 38 lat, to chyba nawet więcej, niż rodzina). Tak się rozemocjonowałem, że wyszedł mi dwa razy dłuższy, niż mógł się zmieścić. Szkoda mi się zrobiło tych od serca wyprodukowanych słów – więc  tam skróciłem, a całość przeniosłem żywcem na blog. Niby to samo – ale nie takie samo.

 

Takie grzanie to nie grzanie! Na górze po lewej gorąco, na dole po prawej – chłodno.

Jak grzejnik nie grzeje w każdym miejscu jednakowo, to znaczy, że zapowietrzony, trzeba odpowietrzyć. Żadna sztuka: odkręcić jedną śrubkę, poczekać, aż syknie powietrze i zakręcić z powrotem. Dziecinada.

Hm, śrubki są cztery, no bo grzejnik ma cztery końce. Ta nie – bo przy zaworze, ta nie – bo za duża, ta nie – bo za trudno się odkręca, no więc ta.

Odkręcam, łatwo nawet idzie; no co jest, zakrętka w ręku, a tam druga śrubka. No to kluczem ją, tak zwanym imbusem. Kręcę, kręcę, ale żadnego syku nie ma. Nagle jak nie gruchnie, jak nie strzeli. Już teraz wiem, co znaczy zwrot: wziąć na klatę. Właśnie wziąłem na klatę latającą nakrętkę, wypchniętą z końcówki kaloryfera siłą kilku/kilkunastu (nie miałem czasu mierzyć) atmosfer. Jednocześnie zostałem odepchnięty przez potężny strumień żółtawej, brudnawej, ale za to gorącej wody. Na szczęście nie tak gorącej, żeby parzyć, bo inaczej byłbym ugotowany. Dosłownie – jestem mokruteńki od stóp do głowy.

Jestem jednym z nielicznych wybrańców, którzy wiedzą, jak wygląda woda w sieci ciepłowniczej Olsztyna, ale nie mam czasu ani ochoty kontemplować tego wątpliwego wyróżnienia. Próbuję zatkać buchający wodą otwór palcem, potem całą dłonią – gdzież tam! To mniej więcej tak, jak w znanym powiedzeniu o zawracaniu Wisły kijem.

Rozpacz mnie ogarnia, bo sytuacja jest dosyć beznadziejna. Łazienka już cała pod wodą, fala przelewa się do przedpokoju, za chwilę spełni się marzenie o własnym basenie. Ale nie do żartów mi bynajmniej. Rozglądam się rozpaczliwie i buduję błyskawicznie trochę koślawy, ale w miarę skuteczny plan działań doraźnych. Łapię pierwszy lepszy ręcznik (tego na szczęście w łazience nie brakuje), owijam nim buchającą wodą rurę, drugi koniec ręcznika spuszczam do wanny. Teraz woda spływa do wanny, więc biorę inny ręcznik i próbuję osuszyć jezioro w mieszkaniu. Jako tako ogarniam i lecę na klatkę schodową, gdzie wisi tablica z różnymi numerami telefonów. Wybieram do pogotowia technicznego spółdzielni.

- Kaloryfer…, woda…, leci… ratunku!!! – drę się nieskładnie do słuchawki.

- Musi pan zadzwonić do pogotowia technicznego MPEC-u, oni się mieszczą na ulicy…

Było jednak widocznie coś szczególnego w moim wrzasku, bo po chwili słyszę:

- Niech pan czeka, zaraz do nich zadzwonię.

Wracam do mojej małej Islandii (kraina gejzerów, jakby ktoś nie wiedział) i rozglądam się trochę przytomniej. Woda w miarę bezpiecznie spływa obficie do wanny, a na podłodze poniewiera się nakrętka od tej rury. Próbuje nałożyć ją na gwint rury – mimo potężnego ciśnienia po paru próbach udaje mi się. Jestem prawie w domu – teraz woda sączy się tylko cienkim strumyczkiem. Zdejmuję mokrą koszulę, spodnie, skarpety, wkładam szlafrok, chcę poszukać suchej odzieży – nie zdążam, bo dzwonek do drzwi. Facet z pogotowia.

Fachowiec, opanowany, spokojny. Rzuca okiem i już wie. Każe się prowadzić do piwnicy, tam szybko odnajduje właściwy zawór (jest w zamkniętym pomieszczeniu, ale mój fachowiec ma klucz!), zakręca i wracamy do mojej łazienki. Teraz to już fraszka; wkręcamy śrubę na jej miejsce, po czym fachowiec pokazuje mi, co to znaczy odpowietrzyć kaloryfer. Śrubka odpowietrzająca jest na górze, trzeba ją lekko poluzować – mniej więcej o pół obrotu – wtedy syknie, a nie buchnie i robota skończona.

Ta katastrofa wydarzyła się w mojej łazience kilka lat temu. Trauma już minęła, teraz kusi mnie kaloryfer w pokoju. Jak myślicie – dam radę?

 

 

Wziąłem aparat Zorka pięć i zrobiłem parę zdjęć:

 

Tak wygląda mój kaloryfer w łazience. Jak widzicie, nie kłamałem – ma cztery końce, a na każdym jakąś śrubkę lub zakrętkę. Zabrałem się za tę na dole po lewej


Najpierw musiałem odkręcić tę nakrętkę – leciutko idzie, dałem radę dwoma palcami.

Jak zdjąłem nakrętkę, to pojawiła się taka śruba, wkręcona wewnątrz rury. Ten otwór w środku służy do włożenie klucza imbusowego.

Na suficie pozostały ciemne smugi po tej żółtej wodzie – nawet nie chciało mi się ich zamalować. Z kafelków zmyłem, ale brunatne plamki tu i tam prześwitują.

30 sty 2012

Nie miałem pojęcia, że sposoby na znaczną poprawę poziomu życia każdego z nas są dosłownie w zasięgu ręki. Wystarczy trochę kreatywności.

Choćby takiej, jaką wykazali w swoim czasie Grecy. Pewnie, mają teraz trochę kłopotów, ale co użyli, to ich. A nam się wydawało, że to Polak potrafi. Tak to opisałem w moim stałym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.  Zobaczcie, jak to się robi w Grecji:

Czyste ręce

Przegapiliśmy swoją szansę, niestety. A konkretnie przegapił rząd, prezydent, parlament i wszyscy nasi – pożal się Boże – lobbyści.  Gdyby nie ich karygodne zaniechania, żylibyśmy w krainie mlekiem i miodem płynącej, zasilanej suto przez kiedyś obce, a dziś bratnie mocarstwa.

Zaniedbania nastąpiły na tzw. niwie ustaw, rozporządzeń i okólników, czyli krótko mówiąc prawodawstwa. Co nam szkodziło wprowadzić np. dodatek dla każdego pracownika za umycie rąk? Grecy tak mają, no nie wszyscy co prawda, ale np. kolejarze dostają – nie zgadniecie – w przeliczeniu na nasze jakieś 1900 złotych miesięcznie. Tylko dlatego, że powinni myć często ręce.

Jeżeli w Twoim pokoju biurowym stoi faks, to powinieneś się upomnieć o stosowny dodatek. W Grecji, tym bankrucie południowej Europy, pracownicy pewnego zakładu energetycznego za pracę z faksem dostawali (pewnie jeszcze dostają) dodatek w wysokości 4000 złotych. Oprócz normalnej pensji, rzecz jasna.

Warto też postarać się o pracę w Ministerstwie Sprawiedliwości. Tam panie i panowie urzędnicy (w Grecji oczywiście) dostają dodatek w wysokości 2700 złotych tylko za to, że dobrze prowadzą sprawy urzędowe. Jeżeli robotę olewają, nikt ich oczywiście nie wyleje, ale  dostaną gołą pensję. Osłodą są wtedy należne wszystkim pracownikom państwowym trzynaste i czternaste pensje.

No, ale najlepiej to mają chyba pracownicy pewnej greckiej rafinerii. Firma uruchomiła dla nich stołówkę, wydaje tam darmowe obiady i wypłaca jeszcze 550 złotych dodatku co miesiąc, żeby zechcieli te obiadki spożywać.

Niniejszym wysyłam ten felieton faksem (4000 złotych), po czym umyję ręce (1900) i pójdę na obiad do stołówki (550). Wygląda na to, że na tej pisaninie zarobiłem prawie sześć i pół tysiąca. No i mam czyste ręce.

Przyznacie, że bardzo popularne u nas powiedzonko o udawaniu Greka nabiera w tym kontekście o wiele BOGATSZEGO znaczenia.

 

23 sty 2012

Pierwszy śnieg tej zimy nastroił mnie trochę nostalgicznie, chociaż tak zwany biały puch kojarzy się równie dobrze z szusowaniem na nartach, jak i z bałwanami.

Ech, te zalesione górki w olsztyńskim lesie w okolicach Jeziora Długiego, do których wzdychaliśmy zimą na każdej lekcji. Po ostatnim dzwonku biegliśmy co tchu do domów, połykaliśmy coś w pośpiechu i gnaliśmy w las. Sanki, narty, łyżwy oraz tzw. bobsleje sunęły po stokach Diabelskiej Górki, Trzech Koron, Góry Wilczej, Mewy i dziesiątek innych nazwanych i bezimiennych stoków. Tak o tym pisałem w moim stałym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.

 

Zdarza mi się – chociaż dość rzadko niestety – wyskoczyć do lasu. Zgadnijcie, po co? Nie, nie – nie na grzyby, nie na ryby (rosną w śródleśnych jeziorkach), ani nawet nie na lwyby, że pojadę tekstem słynnej piosenki z Kabaretu Starszych Panów.  Łażę otóż po lesie głównie po to, żeby nikogo nie spotkać. Kiedyś takie wygody miałem w pierwszym lepszym sklepie mięsnym, gdzie mogłem w każdej chwili wejść i napawać się samotnością w towarzystwie błyszczących czystością półek i haków. Tylko czasami zdarzało się, że sklep tętnił życiem – to były te rzadkie chwile, kiedy „rzucali” karkówkę lub kiełbasę zwyczajną, o czym jakimś cudem wszyscy wiedzieli.  Odnosiłem wrażenie, że jako jedyny nigdy na czas nie posiadłem tej wiedzy, wskutek czego przez cały niemal okres PRL-u żywiłem się ochłapami. Miało to tę dobrą stronę, że szczyciłem się wyjątkowo szczupłą sylwetką, czego nikłe pozostałości można obserwować do dzisiaj.

Ale miało być o lesie, nie o mojej wątpliwej urodzie. Otóż w czasach mojej młodości las przez cały okrągły rok tętnił życiem. Nie tylko dzięki zwierzątkom leśnym, które zresztą pierzchały gdzie pieprz rośnie przed rozwrzeszczaną czeredą dzieciaków. Latem chodziliśmy na orzechy (rosną na leszczynie, nie w supermarketach), biegaliśmy, bawiliśmy się w podchody, wspinaliśmy na drzewa (kto nie spadł nigdy z drzewa, ten nie wie, co to młodość). Zimą śmigaliśmy z górek większych i mniejszych na nartach, sankach, łyżwach i własnej roboty tzw. bobslejach (dysponuję instrukcją budowy), wpadając co jakiś czas na liczne (jak to w lesie) drzewa, rozkwaszając sobie nosy i nabijając guzy i sińce na wszystkich możliwych i niemożliwych częściach ciała.

Dziś te same przygody – tyle że nierównie bardziej fascynujące – dziatwa znajduje w Internecie. No więc po co mają chodzić do lasu. Po te sińce i guzy?

 

 

Ku mojej wielkiej radości otrzymałem w tej sprawie taki list od pana Tomasza Drzazgowskiego z Olsztyna.

 

Piszę do Pana zainspirowany treścią Pana felietonu z piątkowej ” Gazety „. Otóż nie tylko jestem także posiadaczem instrukcji budowy tzw. bobsleja, ale zbudowałem taki pojazd (zwany w moim dawnym szkolnym towarzystwie bojerem) – w wersji letniej, na bazie kółek od łyżworolek. Załączam kilka zdjęć z budowy i doposażania. Jednocześnie zapraszam Pana Redaktora na ewentualną próbną jazdę (niestety dopiero wiosną).

 

A oto wspomniane zdjęcia:

Pojazd wyprobowują najpierw córka i wnuczka twórcy:

A potem sam mistrz „jazdy o kropelce”, przyjaciel konstruktora – Wiesław Bień:

Potem bobslej (bojer?) udał się na zasłużony odpoczynek do mieszkania budowniczego, gdzie został wszechstronnie obfotografowany:

Pan Tomasz czasami wsiadał na ulubiony wehikuł nawet w domu:

Ciekaw jestem, czy gdzieś zachował się egzemplarz oryginalnego bobsleja domowej roboty sprzed lat na przykład pięćdziesięciu – bo o takiej mniej więcej przeszłości traktuje mój felieton. Dziś pewnie byłby wart tyle, co najnowszy model lamborghini.

 

 

 

12 sty 2012

Znalazłem w Internecie film o Rekinie, ale nie o takim z zębami jak piła. Rekin to nazwa jachtu, który pod imieniem Christine wystąpił w filmie Romana Polańskiego Nóż w wodzie.

Nie wytrzymałem; pogrzebałem trochę w pamięci, jeszcze więcej w Internecie i wysmażyłem taki oto artykulik, opublikowany na stronie internetowej Gazety Olsztyńskiej, a dokładniej w serwisie Mojemazury.pl. Dałem przewrotny tytuł: Bohater Polańskiego umiera. Wygląda to tak:

 

Jacht „Rekin”, na którego pokładzie osadzono prawie całą akcję słynnego filmu Romana Polańskiego „Nóż w wodzie”, niszczeje od lat w giżyckim hangarze. Obecny właściciel na renowację nie ma pieniędzy.

Roman Polański to dziś jeden z najbardziej znanych reżyserów na świecie. Jego światowa kariera zaczęła się od obrazu „Nóż w wodzie”, który w komunistycznej Polsce wywołał oburzenie władz i wściekłość Władysława Gomułki, szefa rządzącej wówczas niepodzielnie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. „Nóż w wodzie” powstał w 1961 roku, a w 1963 roku był polskim kandydatem do Oscara. Przegrał z jeszcze słynniejszym „Osiem i pół” samego Federico Felliniego. Był debiutem fabularnym Romana Polańskiego, znanego już jako autora niekonwencjonalnej surrealistycznej etiudy filmowej „Dwaj ludzie z szafą”. „Nóż w wodzie” to jedyny film naszego sławnego reżysera, nakręcony w całości w Polsce, potem Roman Polański kręcił na całym świecie, głównie w USA i we Francji.

 

 

Genialny debiut Polańskiego

Jedna z najbardziej znanych scen, Leon Niemczyk (z lewej)
i Zygmunt Malanowicz.

„Nóż w wodzie” był fabularnym debiutem 28-letniego Polańskiego. W Polsce wywołał niezadowolenie władz. Mimo to – a może właśnie dlatego – film zgłoszono do Oscara (nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej) w kategorii filmów nieanglojęzycznych. To był pierwszy znaczący polski film, niezwiązany z tematyką II Wojny Światowej. Roman Polański zaprosił do współpracy Jerzego Skolimowskiego (współtwórca scenariusza), oraz Krzysztofa Komedę (muzyka). Obaj zrobili później błyskotliwą karierę międzynarodową, w przypadku Komedy przerwaną przedwczesną śmiercią.

 

 

Żeglarz Roman Polański

Roman Polański był niezłym żeglarzem, więc aktorzy, a zwłaszcza Leon Niemczyk jako filmowy właściciel i sternik jachtu, mieli z nim prawdziwy krzyż pański. Aktor podobno odbył nawet regularny kurs żeglarski pod okiem doświadczonych giżyckich instruktorów, dzięki czemu grany przez niego bohater w miarę sprawnie porusza się po jachcie i daje sobie radę z żaglami i linami. Mimo to na jachcie podczas kręcenia stale obecny był instruktor, ukryty w kabinie, który podpowiadał aktorom, jak mają się zachowywać w konkretnych sytuacjach. Polański – stary żeglarz – traktował całą ekipę aktorów trochę z góry, chociaż Niemczyka szanował jako aktora. Scenariusz „Noża w wodzie” powstał podobno specjalnie z myślą o Niemczyku. Najgorzej miała Jolanta Umecka, która nie była zawodową aktorką, ale wpadła Polańskiemu w oko na basenie w Warszawie. Pięknie wyglądała i dobrze pływała, ale na planie była marionetką w ręku reżysera, a nawet Leona Niemczyka. Jej głos w filmie jest głosem aktorki Anny Ciepielewskiej. Sam Polański natomiast użyczył swego chłopięcego głosu Zygmuntowi Malanowiczowi, który – mimo młodego wówczas wieku, miał głos bardzo męski, głęboki.

 

 

Mikołajki czy Giżycko?

W filmie „grają” też piękne mazurskie krajobrazy i jeziora. Część scen kręcono w Mikołajkach, które wówczas były niewielką, zapyziałą wioską. Filmowy jacht „Christina” (czyli nasz „Rekin”) pływa po jeziorach: Mikołajskim, Kisajno, Jagodne i Śniardwy. Na filmie wszystkie są całkowicie puste, co niespecjalnie dziwi – żeglarstwo w Polsce było wówczas mało jeszcze popularne. Mimo to po jeziorach pływały jakieś łódki, także żaglowe, ale wszystkie były przepędzane na żądanie ekipy filmowej. Filmowa „Christina” pokazywana jest z kamery, zamontowanej na specjalnie skonstruowanej tratwie, ale niektóre sceny były kręcone bezpośrednio z pokładu jachtu. Podczas jednej z takich scen operator wspiął się na maszt i … zgubił kamerę, która wpadła do wody i zapewne do dziś spoczywa na dnie jeziora Kisajno. Podobnie jak tytułowy nóż, który podczas innej sceny także wpada do wody.

 

 

Tym jachtem pływali Niemcy

Dodatkowego smaczku filmowi dodawał fakt, że jacht, będący scenerią prawie całej akcji filmu, przed wojną służył do rekreacyjnych wycieczek Niemcom. Po wojnie, wciąż w pełni sprawny, trafił do ośrodka żeglarskiego giżyckiego Almaturu, gdzie wypatrzył go Roman Polański.
Skąd się wziął „Rekin” w giżyckim Almaturze? Wraz z kilkoma innymi jednostkami trafił tu po wojnie z Ogonek nad jeziorem Święcajty jako mienie poniemieckie. Ogonki i tamtejszy tartak łączą się z nazwiskiem Georga Teppera, miejscowego właściciela ziemskiego, pasjonata żeglarstwa, zwłaszcza lodowego. Georg miał stocznię bojerów i zimą organizował imprezy na lodzie. Prawdopodobnie latem Tepper żeglował na jachtach. Budował je rękami miejscowych szkutników, albo zamawiał i sprowadzał nad Święcajty. Tego już teraz nie ustalimy.

 

 

„Rekin” w sali balowej

Filmowa „Christina”, czyli stary, poczciwy „Rekin” stoi sobie od 25 lat w hangarze na przystani giżyckiego Almaturu i jakoś nie wygląda na to, że kiedykolwiek wróci na jeziora. Jego legenda nadal jednak żyje. W hangarze organizowane są czasem spotkania i zabawy, zwane balami pod Rekinem. Uczestnicy niekiedy zamawiają jako dodatkową atrakcje projekcję fragmentów „Noża w wodzie”.
Renowacją „Rekina” próbowano zainteresować samego Romana Polańskiego, ale bezskutecznie. Pomoc deklarował w swoim czasie Leon Niemczyk, ale aktor zmarł w listopadzie 2006 roku. Przyszłość „Rekina” stoi nadal pod wielkim znakiem zapytania.

 

 

PS. Idąc tropem jednego z komentarzy do tego artykułu na stronie mojemazury.pl dopisałem niewielki fragment o olsztyńskich konotacjach w życiorysie Zygmunta Malanowicz:

 

 

Malanowicz mieszkał w Olsztynie
Zygmunt Malanowicz związany jest z Warmią i Mazurami nie tylko poprzez film Nóż w wodzie. Przez kilkanaście lat mieszkał w Olsztynie, gdzie przyjechał z rodzicami w 1945 roku z Wileńszczyzny. Przypomniała to na swoim blogu Ada Romanowska, dziennikarka Gazety Olsztyńskiej i Naszego Olsztyniaka.
– Do podstawówki chodziłem na Zatorzu (Szkoła Podstawowa nr 1 przy ul. Moniuszki, pierwsza uruchomiona po wojnie podstawówka w Olsztynie – przyp. AB), a liceum miałem na ulicy Wyzwolenia — to taka uliczka w dół od ratusza (chodzi o 2. Liceum Ogólnokształcące im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, obecnie z siedzibą przy ul. Małłków – przyp. AB). Do tej pory na Dworcowej mieszka moja siostra. Czasami u niej bywam, ale niestety rzadko, bo jestem zajęty i często bywam zagranicą. Prędzej siostra do mnie przyjeżdża, bo jej łatwiej jest wyrwać się do Warszawy. Ale Olsztyn bardzo miło wspominam i trochę tęsknię. Wracam na Warmię wspomnieniami, ogarnia mnie nostalgia za dzieciństwem i krainą pełną jezior

 

Wspomniany na wstępie film o jachcie Rekin znajdziecie nie na Youtube, ale na zaprzyjaźnionej z nami stronie wolnatv.info.pl

 

Przy okazji przypomniałem sobie szkolną etiudę Polańskiego jeszcze z czasów łódzkiej „filmówki”. Pamiętacie? Film jest w dwóch kawałkach, to pierwszy:

 

 

a to drugi:

30 gru 2011

Kiedy koledzy z Gazety Olsztyńskiej zapytali mnie o najważniejsze wydarzenie roku 2011, nie miałem najmniejszych wątpliwości: MAZURY CUD NATURY – wyrecytowałem jednym tchem.

Wielkie Jeziora Mazurskie nie zostały co prawda jednym z siedmiu nowych cudów natury, ale i tak mieliśmy do czynienia z cudem. Dodatkowego smaczku słynnemu plebiscytowi, zorganizowanemu przez szwajcarską fundację New7Wonders dodawał fakt, że wyniki ogłoszono 11 listopada. Organizatorom chodziło o symboliczne zestawienie cyfr: 11.11.11 (czyli 11 listopada 2011 roku), ale nam przecież ta data mówi o wiele więcej. To dzień odrodzenia niepodległej Polski. I jak tu nie mówić o cudzie? Tak o tym pisałem w Gazecie Olsztyńskiej w piątek 30 grudnia:

Jak zostałem bogaczem

Ten felieton ma być inny niż wszystkie, bowiem ma w krótkiej formie, a jednocześnie z właściwą mi trafnością i błyskotliwym humorem podsumować najważniejsze wydarzenia mijającego roku. Takie résumé, że posłużę się językiem całkowicie mi obcym, ale wciąż uchodzącym za szczyt elegancji i dobrego wychowania.

No więc jeżeli mnie ktoś zapyta (a właśnie redaktorzy Gazety pytają i żądają odpowiedzi krótkiej, błyskotliwej itd.) to odpowiem: rok 2011 zasłużył się tym przede wszystkim, że uczynił mnie człowiekiem niesłychanie bogatym, by nie rzec krezusem. Zawsze byłem dość ruchliwy i mobilny, ale żeby w ciągu paru miesięcy odwiedzić i Alaskę, i Amazonię, i Senegal, i Holandię, i Australię i… nawet nie pamiętam wszystkich tych cudownych miejsc. Co więcej, wszystko to w ramach podróży służbowych, czyli tzw. delegacji.

Spieszę wyjaśnić, że szefowie Gazety nie zafundowali mi wycieczki dookoła świata. Wzmiankowane podróże odbywałem, nie ruszając się poza granice naszego regionu, a to dzięki błyskotliwej kampanii promocyjnej. Kampania z grubsza opierała się na pomyśle, że w krainie Wielkich Jezior Mazurskich kumulują się najlepsze, najciekawsze elementy wszystkich kultowych miejsc na świecie. Pamiętacie te słynne hasła? To Mazury nie Amazonia, To Mazury nie Alaska – i tak dalej.

11 listopada tkwiłem od rana przy komputerze, śledząc na bieżąco skąpe informacje, sączone przez organizatorów plebiscytu na 7 nowych cudów natury na stronie internetowej szwajcarskiej fundacji New7Wonders. Najpierw dowiedzieliśmy się, że  Mazury są w pierwszej czternastce i to jako jedyne miejsce w Europie. Już był sukces, prawie euforia, ale czekaliśmy na więcej. Czekaliśmy na cud z naszym cudem. 

Wyniki wszyscy znamy. Ostatecznie Kraina Wielkich Jezior Mazurskich (to był nasz oficjalny kandydat, nie po prostu Mazury, jak często mylnie informowano) nie znalazła się wśród siedmiu nowych cudów natury. Jednak – jak trafnie powiedział marszałek naszego województwa w jednym z wywiadów – przeskoczyliśmy Wielki Kanion. Tego bogactwa nikt nam nie zabierze.

12 gru 2011

Oglądam w telewizji wielki test z historii Polski, dotyczący lat 80. XX wieku.  Trochę lipa, bo miało być całe dziesięciolecie, a wszystko i tak krąży wokół stanu wojennego.

Przygotujcie się na trochę dłuższe posiedzenie na tym blogu (można z przerwami), bo chciałbym przytoczyć tu aż trzy moje wspomnienia z tych trudnych, jakże przełomowych czasów. Przecież to nie tylko mroczna noc stanu wojennego, ale też pierwszy festiwal Solidarności i pierwsze zachłyśnięcie wolnością. Jak się okazało – przedwczesne.

Przytoczone tu felietony ukazały się w Gazecie Olsztyńskiej.

Tak o tym pisałem w roku 2007:

Pożytki ze słuchania radia

Niedziela, mróz jak cholera, a ja wstaję o 7, bo na 8 muszę już być w WDK (obecnie CEIK). Odpalam malucha (o dziwo bez problemów) i jadę po Tomka. Razem musimy wydać kolejny numer biuletynu z okazji odbywającego się właśnie przeglądu filmowego.

Tomek jeszcze niegotowy, więc czekam w stygnącym maluchu pod oknem jego bloku, ale widzę, że wychyla się z okna i coś wrzeszczy, gwałtownie gestykulując. Gramolę się z ciepławej jeszcze kabiny na mróz i nasłuchuję.

- Radio, włącz radio – krzyczy ze swojego drugiego pietra.

Włączam posłusznie. Poważna, żałobna muzyka. Rany boskie, ktoś ważny umarł.

- Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – słyszę z głośnika znajomy głos. – Dziś w nocy Rada Państwa podjęła uchwałę o wprowadzeniu stanu wojennego na terenie całego kraju…

W taki sposób, marznąc 13 grudnia 1981 roku pod oknem kolegi, dowiedziałem się o tym nieprawdopodobnym zwrocie we współczesnej historii mojego kraju. Mimo wszystko przygotowaliśmy kolejny numer biuletynu (nielegalnie, bowiem zawieszono wydawanie wszystkich gazet i czasopism), informując na pierwszej stronie o stanie wojennym. Byliśmy pierwszą gazetą w kraju (choć w nakładzie ledwie kilkuset egzemplarzy), która poinformowała o tym wydarzeniu. Tuż obok znalazło się słabej jakości zdjęcie Andrzeja Munka, słynnego reżysera, patrona naszego minifestiwalu. Sylwetka reżysera w charakterystycznych ciemnych okularach do złudzenia przypominała postać generała Wojciecha Jaruzelskiego, lektora porannej audycji radiowej.

Wszystko to dziś, z perspektywy 26 lat, wydaje się nierealne. Nawet to, że trzy dni później zostałem na kilka miesięcy zawieszony w prawach dziennikarza, wspólnie zresztą z Tomkiem i paroma innymi kolegami. Ale czy trzeba było aż stanu wojennego, żeby ukrócić mój niewyparzony jęzor?

A to felieton z roku 2009:

Kiedy znów się ogolę?

Kiedy pokazuję mojej córce stare zdjęcia, na których mam twarzyczkę gładko ogoloną, uśmiecha się tylko i woła: tato, to ty? Mama, gdy jeszcze żyła, pytała mnie czasami: synu, kiedy się wreszcie ogolisz? Ale moja żona nie chce słyszeć o goleniu, takiego mnie poznała i takim (mam nadzieję) chce; wystarczy, że na górze głowy robi się już całkiem gładko… Tymczasem moja broda to nie taka sobie zwyczajna szczecina, siwiejąca już niestety. To zarost o podłożu politycznym jak najbardziej.

W niedzielę minie kolejna rocznica pamiętnego 13 grudnia 1981. To od tamtego czasu noszę brodę. Kontestacyjną – jak wtedy mówiłem. Dziś też to powtarzam, ale nikt nie rozumie. Trudne słowo, a poza tym co tu dzisiaj kontestować? Kryzys? Głupotę? Ta ostatnia zawsze była i dalej ma się dobrze. To dzięki niej tak łatwo zrozumieć teraźniejszość, przeszłość i przyszłość. To dzięki niej tak łatwo osądzać, wydawać wyroki, wygłaszać opinie. Przed stanem wojennym była tylko opozycja, później tylko Solidarność, a później znów tylko opozycja, czyli podziemie. I tak doczekaliśmy demokracji.

Nigdy nie byłem w podziemiu, w opozycji w sensie organizacyjnym także nie. Czasami zdarzało mi się wygłaszać poglądy, co właśnie w grudniu 1981 przypłaciłem utratą pracy. No i wówczas jako bezrobotny zacząłem – z braku innych zajęć – zapuszczanie brody. Szło mi nieźle, atoli po kilku dniach od wojennej deklaracji generała J. musiałem się ogolić, bo wezwano mnie na tzw. rozmowę weryfikacyjną. Wszyscyśmy przez to musieli przejść – my, dziennikarze wówczas partyjnej gazety. Weryfikacja przebiegła pomyślnie, więc mogłem wracać do domu, a nie do pracy. To wówczas obiecałem sobie, że ogolę się na gładko, gdy w moim kraju będzie już normalnie. Na razie idę na kompromis: podstrzygam, podgalam, ale wciąż nie likwiduję. Czekam…

 

To felieton sprzed roku:

 

Wojna i bezrobocie

Stan wojenny kojarzy mi się głównie z przeraźliwym zimnem, bezruchem i bezrobociem. Symbolem wojny polsko-jaruzelskiej, jak trafnie stan wojenny określił prof. Andrzej Paczkowski, stał się legendarny koksownik. Było to urządzenie raczej mało skomplikowane; składało się z żelaznych, żaroodpornych prętów, pospawanych w kształt dużego, ażurowego  kosza na śmieci. Kosz wypełniało się rozżarzonym węglem lub koksem, dzięki czemu powstawał przenośny piecyk, przy którym można było ogrzać zziębnięte dłonie i inne części ciała. Przepustką do koksownika był wojskowy mundur; nigdy nie widziałem żadnego cywila, grzejącego się przy rozpalonym do czerwoności koszu. Koksowniki były po prostu wówczas wyposażeniem ogólnowojskowym, podobnie jak karabin Kałasznikowa, czapka z orzełkiem bez korony, saperka czy brudnozielone onuce. Nigdy natomiast nie dowiedziałem się, skąd brał się rozżarzony do czerwoności węgiel. Być może po prostu wygarniano żar z pieców ówczesnych kotłowni i rozwożono po ulicach.

Stan wojenny – jak wiadomo – miał przede wszystkim wybić  z głowy ówczesnej opozycji walkę z wiatrakami – czyli z panującym miłościwie systemem władzy. Do opozycji formalnie nie należałem, ale potężna machina państwowa postanowiła uporządkować także moje nieco rozwichrzone myśli. Żebym miał czas na solidne przemyślenia, zostałem wysłany na bezrobocie. Takiego pojęcia w ówczesnym prawie nie było, więc 15 czy 16 grudnia dowiedziałem się, że jestem na przymusowym urlopie bezterminowym. Pozbawiony obowiązku świadczenia pracy stawiałem się w redakcji tylko raz w miesiącu, aby odebrać należny zasiłek.

Po jakimś czasie zostałem przywrócony do pracy. Zapewne słusznie uznano, że  niebezpieczeństwo obalenia ustroju przeze mnie siłą zostało zażegnane. 8 lat później załatwił to za mnie Lech Wałęsa.

Specjalnie dla was znalazłem zdjęcie koksownika. To oczywiście nie oryginał z roku 1981, lecz replika ustawiona na zimowym jarmarku w Olsztynie w roku 2010.

 

 

A to ostatni felieton, który ukazał się w piątek 9 grudnia 2011 roku:

Wszyscy byliśmy żołnierzami

- Jaki stan wojenny, o czym wy mówicie – Marek nie rozumiał, czym tak się podniecamy.

- No co ty? Radia nie słuchasz, telewizji nie oglądasz.

Okazało się, że zasiedział się trochę w nocy i rano przyjechał prosto tutaj, do prowizorycznej redakcji naszego biuletynu. Był zimowy, niedzielny poranek, więc nawet pustki na ulicach i przystankach go nie zdziwiły, a wojsko jeszcze nie wyszło na ulice. W ówczesnym Wojewódzkim Domu Kultury w Olsztynie trwało seminarium filmowe, poświęcone twórczości młodych filmowców, skupionych w Studiu im. Andrzeja Munka. Z kilkoma kolegami redagowałem biuletyn okolicznościowy.

Po kilku godzinach ukazał się nasz biuletyn. Była to prawdopodobnie pierwsza gazeta w Polsce, informująca o wprowadzeniu stanu wojennego. Ukazała się 13 grudnia 1981 roku około południa. Co prawda w nakładzie zaledwie kilkuset egzemplarzy i o zasięgu hiperlokalnym, ale zawsze.

Później były tzw. rozmowy weryfikacyjne, obejmujące chyba wszystkich dziennikarzy. To był rodzaj egzaminu, który oblałem niestety. Zesłany na kilkumiesięczną bezczynność czekałem na wyrok ostateczny. Po jakimś czasie rygory trochę zelżały, śmiertelne zagrożenie ze strony tego dzieciaka Bartnikowskiego minęło, no i dostałem drugie życie, czyli szansę dalszej pracy.

Nasze prowincjonalne wydawnictwo stało się tzw. jednostką zmilitaryzowaną. Nie wiadomo dokładnie, na czym to miało polegać, widocznie wojskowa władza uznała, że wszyscy jesteśmy żołnierzami. Wprowadzono całodobowe dyżury dla ochrony … no właśnie, przed czym? Raz spędziłem całą noc jako samotny dyżurny w sekretariacie dyrektora naszego wydawnictwa. Jakoś przetrwałem, chociaż z nudów o mało nie umarłem. Jakiś czas później wymyślono Internet, abyśmy się nie nudzili podczas takich idiotycznych dyżurów. Niestety, było to już po stanie wojennym.

Jak widzicie, wrócił temat biuletynu, który wydaliśmy – chyba nielegalnie – w małym pokoiku ówczesnego Wojewódzkiego Domu Kultury przy ul. Parkowej w Olsztynie. Na koniec zatem zapraszam do obejrzenia tego skromnego dziełka z pierwszą w polskim piśmiennictwie informacją o wprowadzeniu stanu wojennego. Przypominam – biuletyn ukazał się w niedziele 13 grudnia 1981 roku.

Tak wyglądała strona 1. Zwróćcie uwagę na rysunek postaci z papierosem. Kazik Napiórkowski, nasz grafik, chciał pokazać (i pokazał) Andrzeja Munka, znakomitego reżysera, patrona grupy młodych twórców filmowych, którym poświęcone było to seminarium. Ale skojarzenie jest chyba jednoznaczne – to przecież wykapany generał Jaruzelski.

Wstępniak w prawym górnym rogu pisaliśmy na bieżąco w niedzielę 13 grudnia, pozostałe teksty powstały poprzedniego dnia wieczorem i w nocy z 12 na 13 grudnia.

Strona 2 – dwie recenzje filmowe. Ciekawe, czy zgadniecie, o jakie filmy chodzi.

Strona 3 – znów popisy moje i Marka.

I wreszcie strona czwarta, ostatnia – skromny ten nasz biuletynik. Rubryka Kronika Tow. to mój autorski pomysł; nawiązywał do powszechnego wtedy w naszym pięknym kraju obyczaju zwracania się do wszystkich per „towarzyszu”.

Biuletyn był bardziej zabawą, niż poważnym dziennikarstwem. Wrzucaliśmy sobie na luz, który nie był raczej możliwy w naszej codziennej pracy w „prawdziwej” gazecie.

05 gru 2011

Nie mam już siły na te wszystkie promocje. Nic nie chcę, o nic nie proszę, a tu okazje same się pchają drzwiami i oknami. Internetowymi rzecz jasna.

Kiedyś poczta elektroniczna służyła mi wyłącznie do korespondencji służbowej. Teraz niby też, ale oprócz tego mój adres zdobyli pleniący się jak szarańcza agenci, handlowcy, sprzedawcy i inni kusiciele. Tylko dotknij takiego maila, a za parę dni masz gwarantowaną taką rozmowę, jaką opisałem w felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej:

- Otrzymał pan od nas ofertę bezpłatnej wycieczki, tak? – głos kobiety brzmiał dość groźnie.

- Być może, nie pamiętam… no tak – przypomniałem sobie w końcu.

- To dlaczego pan nie skorzystał? – indagowała stalowym głosem.

- No bo…, nie pamiętam…, chyba…, przepraszam, ale chyba nie musze się tłumaczyć – odnalazłem w sobie resztki asertywności.

Ogarnęły mnie wątpliwości. Nie żebym wystraszył się tej ukrytej groźby, ale okazji jednak szkoda. Byłem już wprawdzie w tym słonecznym kraju, pełnym starożytnych pamiątek i współczesnej komercji, nawet bardzo mi się podobało. Wolałbym co prawda coś nowego, ale z drugiej strony morze to nie rzeka, do której podobno nie wchodzi się dwa razy. A w dodatku za darmochę! Może się jednak zdecyduję? Odgrzebałem ten zapomniany mail i wczytałem się w szczegóły. Wycieczka była rzeczywiście bezpłatna, ale pod warunkiem, że zabrałbym z sobą osobę towarzyszącą, za którą zapłaciłbym według cennika, czyli mniej więcej o połowę drożej, niż za standardową ofertę biura podróży. „No to mogłeś pojechać sam, przecież to za darmo, ofermo!” – zakrzyknie ktoś z Was w świętym oburzeniu na moja głupotę. Niby racja, ale za darmo to dostałem tylko tego maila z ofertą. Przeczytajmy, jak to jest z tym niepłaceniem: „Pokrywa Pan tylko niezależne od nas koszty opłat lotniskowych/serwisowych w kwocie 490 zł od osoby oraz koszt ubezpieczenia KL, NNW i bagażu 30 zł od osoby. W przypadku 1 uczestnika obowiązuje dopłata do pokoju 1-osobowego w kwocie 145 zł za dobę”. Policzyłem, wyszło mi ok. 1650 złotych. Wybrana na chybił trafił w Internecie oferta w to samo miejsce, w tym samym terminie i w porównywalnym standardzie kosztowała 1353 złote. Wygląda na to, że jadąc za darmo będę miał drożej o trzy stówy.

Żeby nie było, że coś ściemniam, kilka fotek z tego dość egzotycznego, ale obeznanego już przez Polaków miejsca:

Wodospad w centrum Antalyi, półmilionowym mieście na rivierze tureckiej.

Ruiny starożytnego miasta Perge. Ta drobina w jasnym kapelusiku i jasnych spodenkach przed kolanka, spoczywająca na podeście pamiętającym czasy rzymskie – to Ewunia, moja małżonka.

W kamiennym amfiteatrze w Aspendos. Przez szacunek dla widzów zdjąłem czapkę.

Po plaży chodziłem topless, jak niektóre panie.

Zimne piwko przy stoliku nad hotelowym basenem – idealny stereotyp wczasowicza w tropikach (chociaż to tylko Turcja).

 

28 lis 2011

Chcę się z tobą zestarzeć – mówi śmiertelnie zakochana dziewczyna swojemu śmiertelnie zakochanemu chłopakowi. To nawet mocniejsze, niż zwykła przysięga małżeńska.

Nieoczekiwanie te wzniosłe słowa nabierają całkiem nowego znaczenia. Ma być bowiem tak, że niezależnie od tego, czy nosimy na co dzień spodnie czy spódnicę, w świetle prawa pracy będziemy równi. A to oznacza, że prawo do emerytury nabędziemy dokładnie w tym samym wieku – a będzie to wiek nieco późniejszy niż obecnie, niestety.

Jestem twardym zwolennikiem równości, jedności i braterstwa – także w sferze tak zwanych świadczeń. Diabli mnie biorą, gdy tak zwane wyjątki stają się regułą, a reguła – wyjątkiem. W naszym pięknym kraju ustawowy wiek emerytalny wynosi – póki co – 60 lat dla pań, 65 dla panów. Przeciętny emeryt (niezależnie od płci) otrzymał to świadczenie w wieku lat 56! Wyjątki zatem górą!

Padają głosy, aby wysokość emerytury uzależnić wyłącznie od liczby przepracowanych lat i kwoty zebranych składek. Jestem za, chociaż oczywiście (niestety) nadal musiałyby być wyjątki. Zauważcie moi drodzy, że wszelkie ustawy i kodeksy tworzy się tylko dla tych wyjątków właśnie. Przecież gdyby ich nie było, wówczas cała ustawa np. o emeryturach zawierałaby jedno tylko zdanie: Prawo do emerytury nabywa obywatel w wieku …. lat. Tymczasem ustawa zawiera chyba z 200 paragrafów, każdy z punktami, podpunktami i ustępami. Czy planowane przez rząd nowe przepisy chociaż trochę ją uproszczą. Daj Boże. Z tęsknoty za taką paragrafową prostotą napisałem taki oto felieton, który zamieściła piątkowa Gazeta Olsztyńska.

I Twoja żona też

Dżentelmeni nie rozmawiają o emeryturach, oni te emerytury mają. Tak można strawestować znane powiedzenie Winstona Churchilla o pieniądzach. 

Z myślą o tych nielicznych, którzy jeszcze w naszym kraju emerytury nie pobierają, postanowiono usprawnić system ich rozdawnictwa. Dla tych, którzy jeszcze nie zgłębili nowych propozycji, przedstawionych przez premiera w expose sejmowym, mam dwie wiadomości: złą i dobrą. Wiadomość zła jest taka: będziesz pracował dłużej. Wiadomość dobra: Twoja żona też.

Osobiście jestem zdania, że jest to propozycja jak najbardziej słuszna. Powszechnie wiadomo wszak, że my – dorośli, pracujący dziś rodacy – nie spisaliśmy się specjalnie na odcinku, z przeproszeniem, rozmnażania. Z ochotą przejdziemy na emeryturkę, ale kto nam zapłaci? Państwo? Przecież państwo to my właśnie, nasze dzieci i wnuki, których coraz mniej.

Reforma systemu emerytur i rent z 1998 roku była w moim odczuciu reformą trochę udawaną. Największym jej osiągnięciem było powołanie otwartych funduszy emerytalnych, które – moim zdaniem – okazały się kompletną klapą. Nigdy nie mogłem pojąć i nikt mi nie potrafił wyjaśnić, dlaczego takich OFE nie można było utworzyć w strukturach ZUS. Bez powoływania kilkunastu spółek z zarządami, prezesami, siedzibami. Chciałbym wiedzieć, ile w to wszystko umoczyliśmy kasy. No i po co? W imię źle pojętej nowoczesności? Niezależności? Nie rozśmieszajcie mnie, proszę. Słyszę głosy o możliwej likwidacji OFE. Nie będę płakał.

Współczesny polski emeryt przeszedł w stan spoczynku przeciętnie w wieku 56 lat. Nawet biorąc pod uwagę szerokie możliwości, jakie daje system tzw. wcześniejszych emerytur, jest to wynik naprawdę imponujący. Mam nadzieję, że to rekord z tych nie do poprawienia.

Podobno jestem kojarzony raczej z krotochwilą, niż poważnymi rozważaniami. Zatem kto chce, niech potraktuje wszystko, co powyżej, w kategoriach żartu właśnie.

21 lis 2011

Mój najmłodszy syn jeździ samochodem, którego jestem współwłaścicielem. Niesie to przede wszystkim dodatkowe obowiązki, powiązane niestety z dodatkowymi kosztami.

Samochód musi mieć koła, kierownicę i benzynę w baku, ale też różne papierki, z których najważniejsza jest polisa ubezpieczeniowa, po części dobrowolna (tzw. AC – autocasco), po części obowiązkowe (zwana w skrócie OC). Jak się ma na głowie kilka takich samochodów do upilnowania (to właśnie mój przypadek), można się nieco pogubić w terminach wszystkich tych przeglądów technicznych, wymian opon, wykupów polis ubezpieczeniowych itd. Na szczęście moją wątłą pamięć wspierają różne instytucje, dbające o moje bezpieczeństwo oraz o swoje pieniądze. Jeden z przypadków takiego właśnie wspierania opisałem w felietonie w piątkowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej:

 

Przypominamy, że zbliża się koniec okresu, na jaki została zawarta umowa  ubezpieczenia Twojego pojazdu – pisze do mnie anonimowy przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej, którą rok temu zmusiłem do zatroszczenia się o mój 12-letni już, ale wciąż żwawy samochód renomowanej marki. Pan lub pani przedstawiciel proponuje mi przedłużenie umowy; wystarczy wypełnić specjalnie dla mnie przygotowany formularz w Internecie. Taki formularz to po prostu dziecinna igraszka.  Większość rubryk już wypełniono, łącznie z rubryką „rodzaj ubezpieczenia – OC+AC”. Stop! Nadziewam się na komunikat: Informujemy, że nie możemy obecnie przedstawić oferty na kontynuację ubezpieczenia AC dla Twojego pojazdu.

Kiwam głową ze zrozumieniem. Wiem, że większość towarzystw ubezpieczeniowych nie sprzedaje polisy AC dla rzęchów ponaddziesięcioletnich. Dobra, cofnę się w formularzu do poprzedniej strony i wybiorę opcję „tylko ubezpieczenie OC”. Nic właśnie, nic nie wybiorę, nie ma takiej opcji. Bierzesz wszystko albo uciekaj z naszego formularza. Ba, ale wszystkiego (OC+AC) też wziąć nie mogę! Więc po cholerę ten formularz mi wysłali?

Z takim pytaniem, choć sformułowanym w języku ludzi kulturalnych, jakim się na co dzień posługuję, zadzwoniłem do Biura Obsługi Klienta. Uprzejmy pan wyjaśnił mi, że takie formularze rozsyłane są wszystkim klientom jak leci. Doleciało więc i do mnie, ale i tak powinienem na piśmie wypowiedzieć umowę i zawrzeć nową.

Zgoda, ale to jeszcze  nie koniec. W piśmie, o którym wspomniałem na początku, zostałem poinformowany, że o ile nie wypełnię formularza (co – jak wykazałem – jest niemożliwe) lub nie wypowiem sam umowy, otrzymam automatycznie kolejną umowę na takich samych warunkach, jak rok temu. Pytanie godne Sherlocka Holmesa: czy w tej ofercie będzie polisa AC, którą wciąż posiadam, a która mi się przecież nie należy?

 

Polisa AC teoretycznie nie należy mi się od momentu ukończenia przez moje auto 10 lat – co nastąpiło pod koniec roku 2009. Mimo to otrzymałem AC nie tylko na rok 2010, ale też – jako przedłużenie poprzedniej polisy – na rok 2011. Nie chcąc narażać mojego towarzystwa ubezpieczeniowego na konsekwencje niewłaściwej decyzji (którą – jak wykazuje dwuletnie już doświadczenie – może znowu podjąć) sam rozwiązałem umowę. Nową umowę podpiszę z tym samym towarzystwem, oczywiście za pośrednictwem Internetu. Mogliśmy – i ja, i moje towarzystwo – uniknąć niepotrzebnej mitręgi z tym wypowiadaniem i ponownym podpisywaniem. Wystarczyło tylko porządnie przygotować formularz, który przedłożono mi do wypełnienia, a którego – jak wykazałem – wypełnić się nie dało. Tylko tyle i aż tyle.

14 lis 2011

Wymieniliście już opony w swoich samochodach? Ja nie musiałem.

Kiedyś było prościej; kupowało się samochód, który miał wszystko, co trzeba: drzwi, okna, wycieraczki, świece, simeringi i oczywiście cztery lub pięć kół (stąd znane powiedzenie – piąte koło u wozu). Na kołach były opony, czyli gumy, które zdejmowało się dopiero wtedy, gdy wytarły się do gładkości i trzeba było kupić nowe. Nie tak dawno ludzkość odkryła, że lepiej latem jeździć na oponach twardych, a zimą na nieco bardziej miękkich, dzięki czemu podobno miało być mniej wypadków. No i odtąd oprócz szczytów G8 (obecnie bodaj G20 – spotkanie szefów najbogatszych krajów świata, liczba po G oznacza, że jest tych bogaczy coraz więcej) i szczytów porannych na ulicach, mamy też szczyty jesienne i wiosenne, związane z sezonową wymianą opon.

U mnie jak zawsze było trochę nietypowo, co tak opisałem w ostatnim magazynowym wydaniu Gazety Olsztyńskiej.

Operację wymiany opon w samochodzie przeciętny kierowca przeprowadza dwa razy w roku. Teoretycznie mam tak samo, ale moje dwa razy trzeba przemnożyć jeszcze przez dwa, bowiem moja nieoceniona małżonka, niewiasta mnóstwa zalet i urody niezwykłej, jest posiadaczką pojazdu odrębnego, acz niewydzielonego z małżeńskiej wspólnoty majątkowej. Jest to więc samochód poniekąd mój także, która to cecha objawia mu się z całą mocą wczesną wiosną i późną jesienią, gdy nadchodzi czas wymiany opon.

Korzystając z nieobecności urlopowanej od służbowych i domowych obowiązków wzmiankowanej małżonki postanowiłem powitać ją po powrocie samochodem obutym w zimówki. W tym celu przewróciłem najpierw do góry nogami cały dom w poszukiwaniu zapasowych kluczyków, powtórzyłem tę operację, aby odnaleźć karteczkę zaświadczającą o przechowaniu opon i pojechałem do odpowiedniego warsztatu. Stojąc w dość długiej kolejce spojrzałem raz jeszcze na niepozorną karteczkę i zamarłem – widniała tam data listopad 2010. To znaczyć mogło nie mniej ni więcej tylko tyle, że w przechowalni spoczywały od roku moje opony letnie! Gdzie są w takim razie zimowe? Z tym pytaniem pobiegłem do biura serwisu. Sympatyczna pani spojrzała na mnie dziwnie i oddała karteczkę właścicielowi. Razem poszliśmy do mojego (?) samochodu.

- Panie, przecież pan ma w samochodzie założone opony zimowe! Co pan chce wymieniać?

Okazało się, że samochód przejeździł całe lato na zimówkach, co mu zresztą specjalnie nie zaszkodziło wobec znikomego przebiegu. Widocznie wiosną nie wykonałem rutynowej w naszym stadle usługi wymiany, czego moja wielu zalet małżonka nawet nie zauważyła.

- A co miała zauważyć? Opony, proszę pana, to męska rzecz – pouczyła mnie miła pani w serwisie, inkasując należność za wydłużone składowanie.

Te moje żarty nie oznaczają oczywiście, że naigrawam się z samej idei wymiany opon. Osobiście jestem przekonany, że zimowe kalosze na kołach mojego samochodu wielokrotnie uratowały mi życie na naszych przeuroczych warmińsko-mazurskich drogach, zdobnych w śnieg, lód i inne uroki zimy.

Blog Adama Bartnikowskiego

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.