Rany boskie, to już trzydzieści lat! Trzydzieści lat temu Lech Wałęsa wymachiwał swoim niesamowitym, karykaturalnie wielkim długopisem, którym w końcu złożył podpis pod historycznym porozumieniem. A my rok później w Olsztynie mieliśmy swoje pięć minut, czyli słynny strajk drukarzy. Miały być – jak w całej Polsce – dwa „Dni bez prasy”, czyli strajk ostrzegawczy, wymierzony w prasę partyjną. W Olsztynie trwał trzy tygodnie i był – po strajku w Stoczni Gdańskiej – najdłuższą taką akcją okresu tzw. pierwszej Solidarności. Olsztyńscy drukarze odmówili drukowania Gazety Olsztyńskiej, która przez cały ten czas co prawda nie przestała się ukazywać, ale wyglądała bardziej jak biuletyn uczniowski, niż poważna gazeta. Wówczas jednak nikomu nie było do śmiechu. Władza się piekliła i wygrażała, sam Lech Wałęsa wzywał do przerwania strajku – a olsztyńscy drukarze trwali w zaciętym uporze.
Pamiętam tę gorącą godzinę, kiedy w ogromnych emocjach pisaliśmy punkt po punkcie. Zaczęło się od Grześka Skwierczyńskiego, który wpadł jak burza na mój redakcyjny dyżur (przygotowywałem kronikę dnia) i wywołał gorącą dyskusję.
No i wybraźcie sobie, że głównym zarzutem, jaki przedstawiła mi bezpieka, była moja nieobecność w szeregach Solidarności. Pewnie uważali to za mój wyjątkowo perfidny kamuflaż.
Zaczęło się od tego, że mieliśmy kłopot z wymyśleniem kolejnego prezentu z okazji imienin czy urodzin teściowej, czyli mamy mojej niezrównanej małżonki. W końcu właśnie żona (nie darmo nosi tytuł „niezrównanej”) wymyśliła.
- Kupmy mamie komputer.
Nie mnie takie rzeczy dwa razy powtarzać. Internet, allegro, synku pomóż (to do najmłodszego, który akurat dziwnym trafem był w domu); jest, bierzemy. Kilka szybkich ruchów i komputer nasz. Mama oczywiście na razie nic nie wie, to ma być niespodzianka. Monitor już czekał; przy zakupie kolejnych komputerów i akcesoriów na potrzeby nasze i potomstwa niespodziewanie został w rezerwie. Finał opisałem w mojej cotygodniowej rubryce w Gazecie Olsztyńskiej. Oto ten felieton:
Komp który mówi
- Tu się włącza, tu się klika, a tu wyłącza – pouczyliśmy teściową z wyżyn naszej informatyczno-elektronicznej wiedzy. Zresztą mama – obecnie w wieku zdecydowanie poprodukcyjnym – miała już do czynienia z klawiaturą i myszką, jeszcze za czasów aktywności zawodowej. Jako księgowa (i to główna – bez fałszywej skromności), liczyła co trzeba najpierw „ręcznie” i na różnych tam liczydłach, a potem po prostu w tabelkach programu Excel. Z lubością zatem zasiadła do kompa, który daliśmy jej w prezencie i poprosiła o dalsze instrukcje. No i zaczęło się. Z pewną nieśmiałością pokazaliśmy możliwości Internetu, jakiś tam filmik, jakieś gadające głowy – ale w kompie cisza.
- Czemu tak cicho – zapytała nieśmiało nasza świeżo upieczona entuzjastka surfowania w sieci.
Spiekłem raka.
- Mamo, bo my jeszcze nie kupiliśmy głośników.
Poleciałem na skrzydłach wstydu po te głośniki, przywożę, podłączam – nic, głucho. Zapędziłem do roboty najmłodszego syna.
- Pewnie nie ma sterowników, poszukamy w sieci.
Szukał, szukał, coś tam znalazł, coś tam aktualizował – dalej głucho.
Przez jakiś czas mama pokornie używała kompa-niemowę, ale uwierało mnie to niby kamyk w bucie. Mamę akurat zabrali do szpitala na kilka dni na obserwację, więc zabrałem jej komputer i pojechałem do specjalisty – zresztą mojego dobrego kolegi.
- Pewnie trzeba znaleźć sterowniki – powtórzył diagnozę mojego syna. – Wpadnij jutro.
Wpadłem. Nie sterowniki, lecz karta dźwiękowa była nieczynna. Wiesiek kupił nową, włożył gdzie trzeba – działa!
Trzeba było widzieć minę mojej kochanej teściowej, gdy odsłoniliśmy jej nowe możliwości komputerowej skrzynki. W dodatku sprezentowaliśmy jej komplet płyt z muzyką klasyczną. Kiedy wychodziliśmy, z głośników płynęły dźwięki jednego z mazurków mistrza Fryderyka.
Czekałem, czekałem, aż się doczekałem. Przyjechał do mnie z rewizytą Krzysztof z francuskiego Strasburga. Zaplanowałem kilka atrakcji, ale niektóre nie wypaliły, niestety.
Napisałem o tym parę słów w moim felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej. Opatrzyłem ten tekst wyjątkowo frywolnym tytułem, który jednak – mam nadzieje – nikogo nie urazi. Zapraszam do lektury.
Grupowo z Jagną
- Kupą, mości panowie, kupą – nawoływali się bohaterowie powieści Henryka Sienkiewicza. I mieli rację. Liczy się tłum, kupa ludzi, grupa. Jednostka zerem, jednostka bzdurą, jak mawiali (i pisywali) więksi i mniejsi klasycy realnego socjalizmu.
Nie jestem grupą, niestety, więc automatycznie mam zdecydowanie mniej możliwości rozrywki, niż pierwszy lepszy tłumek. Nie wierzycie? Oto dowody.
Przyjechał do mnie z Francji długo wyczekiwany przyjaciel z żoną. Postanowiłem dostarczyć drogim gościom rozrywki w stylu jak najbardziej olsztyńskim: spływ Łyną od zamku do elektrowni. Znalazłem telefon do firmy, która takie spływy organizuje.
- Chciałbym spłynąć Łyną z przyjaciółmi – przedstawiłem swą zachciankę pani, która odebrała telefon.
- A ilu tych przyjaciół?
- Dwoje, ale dlaczego pani pyta?
- Dlatego, że spływy organizujemy tylko dla grup od 20 osób wzwyż.
- To znaczy, że nie spłynę.
- Powtarzam: spływy robimy tylko dla grup, bo kajaki mamy w magazynie i trzeba by je specjalnie przywozić…
- A dla naszej trójki się nie opłaca – dokończyłem ze zrozumieniem.
Zamiast na Łynę pojechaliśmy zatem do olsztyneckiego Skansenu. Przy niektórych obiektach siedziały lub stały wystrojone na ludowo panie, które mój przyjaciel nazywał pieszczotliwie Jagnami. Panie Jagny siedziały lub stały nieruchomo, zupełnie nie zajmując się gośćmi niezrzeszonymi. Co innego grupy: o, dla grupy były rozmowne i uśmiechnięte, niektóre szeroko opowiadały o wspaniałych wiatrakach i chałupach. Gwoli sprawiedliwości dodajmy jednak, że były to przewodniczki, przydzielone – a jakże – grupom. My – niezrzeszeni – nawet o takich fanaberiach nie pomyśleliśmy. Wiadomo, jednostka zerem, jednostka bzdurą…
Jak zawsze kilka słów wyjaśnienia. Sytuacja w skansenie była całkowicie naturalna. Trudno przecież wymagać, aby pracownicy muzeum (a skansen jest muzeum, choć dość szczególnym) zajmowali się każdym, kto się pojawi przy jakimś eksponacie lub obiekcie. Skansen w Olsztynku bardzo ożył pod dyrekcją mojego przyjaciela Mariana Juszczyńskiego, co przyzna każdy obiektywny obserwator. Nie chciałbym, żeby Marian odebrał mój felieton jako krytykę swojej pracy. Natomiast moim zdaniem nie ma wytłumaczenia dla organizatorów spływu Łyną. Ta atrakcja turystyczna powinna być stale promowana, reklamowana i obecna codziennie na polanie w pobliżu zamku. Nie wierzę, że tylko ten upierdliwy Bartnikowski miał ochotę popływać kajakiem po Łynie.
Jeszcze słowo o cytowanych słowach „jednostka zerem, jednostka bzdurą”. Tak, to sam Włodzimierz Majakowski, czołowy poeta rosyjskiego futuryzmu, niestrudzony piewca rewolucji, socjalizmu i Lenina, skądinąd postać tragiczna, pełna sprzeczności. Podobno popełnił samobójstwo, ale znając tamte czasy w Rosji nie byłbym taki pewny.
Lubię sobie od czasu do czasu pożeglować, chociaż okazja nie trafia się zbyt często. Ba, powiedziałbym nawet -zbyt rzadko.
Dzieje się tak z powodu mojego wrodzonego lenistwa oraz zamiłowania do stacjonarnego trybu życia. Czasem jednak zdarzają się sytuacje, które wysadzają mnie z wygodnego fotela i zmuszają do zażywania różnych form ruchu, w tym nawet żeglarstwa. Jedną z takich sytuacji opisałem w piątkowym felietonie w Gazecie Olsztyńskiej. Oto ten tekst:
Mieszkający w Krakowie syn uszczęśliwił mnie ostatnio kilkudniową wizytą. Ponieważ – jak wiadomo – szczęścia chodzą parami, przyjechał ze swoim 4-letnim synem, czyli moim wnukiem.
- Mam patent – pochwalił się syn. Ukończył właśnie kurs żeglarski.
- Pokaż.
- Jeszcze nie mam.
- A mówiłeś, że masz.
- Zdałem egzamin, ale dokument dopiero się wyrabia.
Chcąc nie chcąc odkurzyłem mój żeglarski patent sprzed lat prawie trzydziestu, bowiem syn koniecznie chciał sprawdzić świeżo nabyte umiejętności. Patent był potrzebny tylko w wypożyczalni w Olsztynie. W Ostródzie o takie błahostki nikt nie pytał – zresztą w zgodzie z przepisami, które nie wymagają papierów żeglarskich na jachty o długości poniżej 7,5 metra. Tak przy okazji – w Ostródzie za cały dzień pływania jachtem kabinowym typu orion zapłaciliśmy mniej, niż za niespełna dwugodzinny rejsik omegą z olsztyńskiej wypożyczalni.
Podobno w czasie deszczu dzieci się nudzą. Dodam od siebie: w czasie rejsu też. Nasz dzielny czterolatek postanowił zabić nudę ruchliwością. Co dziesięć sekund zmieniał miejsce pobytu: kabina – kokpit – kabina… Zajęci sterem i żaglami patrzyliśmy z lękiem na te wędrówki, aż wreszcie mój syn wpadł na genialny pomysł.
- Przywiążemy Mikołaja za nogę do gretingu (to taka kratka na podłodze kokpitu).
Mikołaj był zachwycony, my nieco mniej. Gdy mały wskakiwał do kokpitu, trzeba było zawiązać mu cumę do nogi, gdy zechciał wyjść do kabiny – cumę trzeba było odwiązać. Węzeł musiał być mocny, żeby się nie rozwiązał, ale i luźny, żeby nie uciskał zbytnio nogi, jednocześnie dość ciasny, by się nie ześliznął.
Czekam z niecierpliwością na kolejny rejs z wnukiem. Mam pomysł na nowy węzeł nożny cumowniczy.
Jak wygląda cuma do nogi – zobaczcie zdjęcie na moim blogu (adres powyżej)
Oto obiecane zdjęcie
Dzięki cumie na nodze cały rejs przebiegał bezkolizyjnie i bezproblemowo. Płynęliśmy z Ostródy (przystań LOK) do Piławek i z powrotem. Dodam jeszcze, że syn – świeżo upieczony żeglarz – spisał się znakomicie.
Zakupy w Internecie mogą skończyć się zgoła nieoczekiwanie. Wcale nie myślę jednak o tym, o czym Wy w tym momencie pomyśleliście. Ostatnią przygodę z tym związaną opisałem w moim stałym felietonie w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.
Zdarza mi się raz na jakiś czas kupować to i owo w Internecie. Ostatnio zamówiłem specjalne żarówki do samochodu i próbując zapłacić pojawiałem się i znikałem w wirtualnym sklepie raz za razem. Nazajutrz otrzymałem e-maila z zapytaniem: to ile tych żarówek ma być w końcu.
Jeszcze raz spojrzałem na historię mojego zakupu; rzeczywiście wyglądało, jakbym zakupił co najmniej osiem. Nie straciłem jednak rezonu.
Dwie, a nie widać? – odpisałem niewinnie.
Przesyłka dotarła do mnie błyskawicznie. Kurier dostarczył ją wprost do mieszkania. No i znowu zaczęło być dziwnie.
- Tu pan podpisze, oto paczka. A kafelki w łazience nie poodpadały?
Pomyślałem, że upał zbyt mocno uderzył mu do głowy.
- Co proszę, o co pan pytał?
- Pytałem, jak tam kafelki w łazience, trzymają się jeszcze?
Osobom z problemami psychiatrycznymi nie należy zaprzeczać, więc udałem, że wcale mnie nie dziwi jego trochę nietypowe jak na kuriera pytanie.
- W porządku, trzymają się jak trzeba.
- A w WC – indagował nieustępliwie.
- Tam też w porządku, ale przepraszam, teraz ja zapytam – dlaczego pan pyta?
- Bo ja te kafelki u pana układałem 8 lat temu. Pamięta pan.
- No tak, jasne, oczywiście, że pamiętam – roześmiałem się z ulgą, chociaż szczera twarz posłańca z nikim i z niczym mi się nie kojarzyła. Nie chciałem jednak ryzykować pytania, jakie to złe (a może dobre) siły sprawiły, że przedzierzgnął się z samodzielnego rzemieślnika w internetowego posłańca. Mimo tak niezwykłego zbiegu okoliczności, stwarzającego niepowtarzalną okazję bezpośredniego kontaktu, jakoś nie ośmieliłem się poprosić mojego gościa o poprawienie przebiegu jednej z rur, która wystaje bezwstydnie spoza schludnej zabudowy umywalki. No bo kafelki trzymają się mocno, tylko ta rura…
Jak zawsze kilka słów wyjaśnienia. Twarzy majstra rzeczywiście nie pamiętałem, ale jego kilkutygodniowy pobyt u mnie – jak najbardziej. Najmocniej utkwił mi w pamięci epizod z instalowaniem oświetlenia w WC. Kupiłem otóż nową oprawę oświetleniową, którą mój majster – po zakończeniu prac budowlano-kafelkowych – postanowił zainstalować. Zaczął pod moją nieobecność; często zostawialiśmy go samego w mieszkaniu. Jako bywalec cieszył się naszym pełnym zaufaniem. Zastałem go odpoczywającego, zamiast przy robocie, do tego w kompletnej ciemności.
- Korki wysiadły, musi pan dać nowe – poinformował lakonicznie.
Znalazłem w szufladzie bezpiecznik, wkręciłem w miejsce przepalonego. Majster zabrał się ponownie do roboty. Za chwilę strzeliło, jakby odkorkował szampana. To jednak nie był szampan dla uczczenia końca prac, to po raz kolejny wystrzelił korek. Więcej nie miałem, więc poszedłem do sąsiadów; mieli, pożyczyli, wkręciłem. Niestety, za chwilę wystrzelił kolejny szampan.
- Ta oprawka jakaś felerna, musi pan poradzić się elektryka, bo ja głównie od kafelków jestem – stwierdził na pożegnanie i sobie poszedł.
Nazajutrz zawołałem elektryka, którym zresztą był mój rodzony brat. Na początek zapragnął dostać się do instalacji. Trzeba było skuć kilka świeżo położonych kafelków. Kable były w porządku. Dopiero wtedy brat zabrał się za podłączanie oprawy. Szampana nie było. Okazało sie, że mój majster z uporem pchał kabel zasilający nie w tę dziurkę, co trzeba, powodując efektowne krótkie spięcia.
Jestem – jak wszyscy prawie faceci (wyjątkiem jest mój przyjaciel Marek z blogu obok) – kibicem piłki nożnej. Kiedyś jednak byłem kibicem piłkarskim bardziej, dzisiaj mniej. Zawsze natomiast jeszcze bardziej byłem kibicem lekkiej atletyki.
Był czas, że na wyrywki znałem wszystkich złotych medalistów olimpijskich w biegach, skokach i rzutach. Dziś trochę osłabłem w kolekcjonowaniu tej wiedzy, ale zawsze z przyjemnością i emocjami oglądam zmagania na lekkoatletycznych arenach. Ta fascynacja tkwi we mnie od wczesnego dzieciństwa. Z okazji trwających właśnie Mistrzostw Europy w Barcelonie napisałem do Gazety Olsztyńskiej taki oto felieton.
Starszy brat wygrywa
Nasze podwórko miało strukturę – powiedzielibyśmy dzisiaj – tarasową. Na poziomie niższym był teren niezagospodarowany, wyżej tzw. ogród – też przeważnie niezagospodarowany. W ogrodzie wśród rozłożystych łopianów i wszechobecnego perzu przebijały gdzieniegdzie rachityczne tulipany, a w lepsze lata zdarzała się nawet marchewka, buraczki i ulubiony przez nas groszek. Taką marchewkę wyrywało się z ziemi, płukało pod ogrodowym kranem i chrupało w dwie sekundy. A strączek grochu naciskało się w odpowiednim miejscu – pękał na dwie nierówne połówki (nie ma nierównych połówek, powie matematyk, ale czy matematyk łuskał kiedyś groch?). Ziarnka wyjadało się od razu, a z zielonych łupinek trzeba było zdjąć cienką wewnętrzną błonkę – i za chwile trzaskała soczyście w zębach. Pycha.
Na dolnym ugorze urządzaliśmy igrzyska. Skakaliśmy w dal, wzwyż, rzucaliśmy. Rzut oszczepem, dyskiem, trójskok i wszystkie biegi odbywały się na naszej ulicy Morskiej. Zapraszaliśmy kolegów; pamiętam, że z mojej klasy przychodzili ś.p. Andrzej, Krzysiek – to była stała paka. Czasem wpadał Wiesiek, dwóch innych Andrzejów, jeszcze rzadziej Marek. Pamiętam, że Marek – chłopak silny, wysportowany, ambitny – tak się przyłożył do pchnięcia kulą, że ta wymknęła mu się z dłoni i przetoczyła po głowie.
Najczęściej wszystko wygrywał mój najstarszy brat, ja najczęściej byłem ostatni. On miał 16 lat, ja 12 – to chyba wiele tłumaczy, ale też miał chyba jakiś większy dryg do sportu. Niekiedy przenosiliśmy nasze igrzyska do lasu, nad Jezioro Długie. Brat leciał dookoła jeziora (przez niedawno rozebraną kładkę), ja się włączałem do biegu mniej więcej w połowie, ale i tak mi dokładał na finiszu.
W Barcelonie trwają Mistrzostwa Europy w lekkoatletyce. Kto tam będzie najstarszym bratem?
Dziś już nie ma mostu nad Jeziorem Długim, po którym przebiegał mój brat w drodze po kolejne nade mną zwycięstwo. Tuż przed jego rozebraniem nakręciłem taki oto sentymentalny filmik:
Kilka słów komentarza do treści felietonu. Igrzyska lekkoatletyczne urządzaliśmy niezbyt często; częściej tą samą paką chodziliśmy na boisko Technikum Łączności przy ul. Bałtyckiej (dziś Liceum i Gimnazjum Akademickie) pograć w kosza lub w nogę. Po meczu, potwornie zgrzani i zziajani, wchodziliśmy do pustego budynku szkoły i prosto z kranu (był chyba na korytarzu) żłopaliśmy bez umiaru zimną wodę.
Koledzy, których wspominam, byli w dzieciństwie i szkolnej młodości moimi najbliższymi przyjaciółmi. Z Andrzejem i Krzysztofem byliśmy praktycznie nierozłączni. Mieszkaliśmy blisko siebie na kameralnym osiedlu Nad Jeziorem Długim, z jednym i drugim siadywałem w jednej ławce w szkole, razem rozrabialiśmy, czasem wagarowaliśmy, bywaliśmy u siebie prawie codziennie. Andrzej niestety zmarł wkrótce po maturze na wyjątkowo złośliwą odmianę raka. Z Krzysztofem ostatnio odnowiłem kontakty; wyjechał z Polski w latach 80. ubiegłego wieku, mieszka w Strasbourgu we Francji, gdzie niedawno go odwiedziłem. Wkrótce przyjedzie na urlop do Olsztyna, na pewno się spotkamy, ale raczej nie zagramy w kosza na boisku Łączności…
Dziś dalszy ciąg wątku pływackiego, który ciągnę regularnie jako jeden z ulubionych. Na razie jednak z moich wpisów pływackich trudno wyczytać jakiś powód do chwały mojej osobistej. To oczywisty dowód mojej wrodzonej skromności i obiecanej rok temu pełnej szczerości. Niczego przed Państwem nie ukrywam, dzisiaj w dodatku podzielę się z Wami tym, co mam najlepszego. To jednak za chwilę, najpierw najnowsza lektura obowiązkowa (tak nazywa się rubryka z moimi felietonami w Gazecie Olsztyńskiej)
Dziewiąta fala
Pierwsza fala podcięła mi nogi tak mocno, że z trudem – ale jednak – utrzymałem równowagę. Odwróciłem się z triumfującym uśmiechem w kierunku siedzącej na brzegu żony i w tym momencie druga fala zwaliła mnie w płytkie przybrzeżne odmęty. Usiłowałem stanąć na śliskich kamieniach, wyściełających dno, ale kolejna fala zakręciła mną jak spławikiem i grzmotnęła o wspomniane kamienie. Znów się podniosłem i stanąłem chwiejnie na szeroko rozstawionych nogach, co okazało się taktyką skuteczną; kolejna fala tylko potężnie mną zachwiała, ale utrzymałem pion.
Postanowiłem zmienić technikę i zaatakować wodę tyłem. Odwróciłem się i zobaczyłem wysokiego blondyna, z wyglądu typowego Szweda, który miał podobne problemy i naśladował jak w lustrze wszystkie moje ruchy. Teraz też stanął tyłem do morza i patrzył na mnie wyczekująco.
Ruch tyłem do przodu ma swoje zalety, ale jedną ogromną wadę – nie widać przeciwnika, czyli fali. Kolejna zaatakowała moje nogi, powodując mimowolne kucnięcie; następna zakryła mnie i Szweda całkowicie i skotłowała po dnie. Ta nowa pozycja zainspirowała mnie do kolejnej zmiany taktyki; postanowiłem mianowicie w ogóle się nie wynurzać i dotrzeć na głębinę pod wodą, gdzie siła fal jest mniej powalająca. Nic z tego – nieuchronny odpływ obnażył nie tylko moje umęczone ciało, ale i potężne luki w mojej nowej taktyce. Powróciłem do pionu, ale tylko na chwilę, by znów lec na dnie po nierównym pojedynku z ryczącym jak samolot grzywaczem.
Ostatnia próba: opadam na czworaki i pełznę do przodu najszybciej jak potrafię; kolejna fala była szybsza i ponownie wymusiła kilka niekontrolowanych fikołków. Byłem jednak już nieco dalej od brzegu, dziewiąta fala już tylko przetoczyła się nade mną, a wracając poniosła na zbawczą głębię.
Wczasy w egzotycznych krajach to wielce ryzykowna, najeżona niebezpieczeństwami forma wypoczynku.
Jak zawsze kilka słów objaśnień i uzupełnień. Rzecz dzieje się na wybrzeżu Morza Śródziemnego, konkretnie w Alanyi w Turcji, gdzie spędzaliśmy z moją niezastąpioną małżonką upojny tydzień z okazji 20. rocznicy ślubu. Wszystko, co napisałem jest czystą, wykąpaną w morzu prawdą – jedynie szczegół z liczbą fal może być nieco naciągany. Ta dziewiąta fala pasowała mi idealnie do tytułu (czy ktoś coś w związku z tym kojarzy? – ogłaszam błyskawiczny konkurs literacki, oczywiście bez nagród).
Specjalnie na ten wyjazd kupiliśmy nowy aparat fotograficzny, oczywiście z funkcją nagrywania filmów. Niestety moja żona nie nagrała mnie w walce z morzem – nie była w stanie, po prostu zwijała się w konwulsyjnym śmiechu. Za to ja nagrałem ją później, jak wychodziła z morskich odmętów, mniej już co prawda wzburzonych. Zauważcie Państwo charakterystyczne przykucniecie – to właśnie skutek dziewiątej fali.
Filmik wstawiłem oczywiście za zgodą bohaterki. Myślę, że wypadła znakomicie, zwłaszcza w konfrontacji z moimi kompromitującymi fikołkami, a także na tle tła.
Oglądam na stronie internetowej mojej gazety fotki z plaży miejskiej w Olsztynie. Niby ta sama, ale nie taka sama. Brakuje skoczni, układ pomostów jest inny, nie ma restauracji i przebieralni.
Na plażę miejską nie chadzam od wielu lat, wolę jakieś mniej ludne miejsca. Ale kiedyś… Zanim opowiem, zapraszam do lektury felietonu z piątkowej Gazety Olsztyńskiej.
Pływanie z cytryną
Plażę miejską w Olsztynie darzę sentymentem głównie dlatego, że tu nauczyłem się pływać. Kiedy jeszcze mieszkałem w domu rodzinnym przy ul. Morskiej, na plażę chodziliśmy z braćmi i kolegami nielegalnym przejściem przez tory. Oczywiście tylko wtedy, gdy szliśmy bez rodziców. Schodziliśmy z nasypu w pobliżu dzisiejszej restauracji Przystań. Wtedy też tam była przystań, tyle że klubu sportowego Budowlani. Tu plażowała elita. Na przystań bowiem wpuszczano tylko członków klubu, ich rodziny i inne uprzywilejowane osoby. Inna sprawa, że na plaży miejskiej było o wiele fajniej; był piasek, przebieralnie, kioski z lodami, kanapkami i napojami, a nawet prawdziwa restauracja.
Ale miało być o nauce pływania. Umiejętność tę nabyłem poniekąd przypadkiem; pamiętam, że już dość pewnie utrzymywałem się na wodzie, gorzej było z przemieszczaniem się. Mój „pierwszy raz”, czyli wypłynięcie na głęboką wodę, odbył się na dystansie od mola do mola, czyli kilkunastu metrów. Jednak już poprzedniego lata na koloniach letnich w Mrągowie wychowawca wręczył mi (jak całej zresztą grupie kolonistów) odznakę „Już pływam”.
- Umiesz pływać? – zapytał mnie przed uroczystym apelem, połączonym z wręczaniem odznak.
- Nie – odpowiedziałem zgodnie z prawda.
Skrzywił się, jakby zjadł na raz całą cytrynę, co wówczas zresztą było marzeniem ściętej głowy. Cytryny można było kupić dopiero tuż przed Bożym Narodzeniem.
- Ale przecież kąpałeś się z grupą, potrafisz utrzymać się na wodzie.
- No tak, ale… – brnąłem w przesadnie uczciwe zeznania.
- No to świetnie – przerwał moje jąkanie. – Dostaniesz odznakę, jak wszyscy.
Bo przecież chodziło o to, żeby w odpowiedniej rubryce sprawozdania z kolonii można było napisać: wszyscy koloniści opanowali pływanie w stopniu podstawowym. Nawet ten niezdara Bartnikowski.
Być może to nieco wstydliwe wspomnienie z przeszłości spowodowało, że później sztukę pływania opanowałem w stopniu całkiem przyzwoitym, głównie metodą samokształcenia. Kilka właściwych ruchów (mówię o pływaniu oczywiście) pokazała mi przystojna pani magister od wuefu na studiach – i to wszystko, jeżeli chodzi o pracę nad techniką.
Te trochę wyższe niż przeciętne umiejętności poruszania się w wodzie stały się źródłem moich kłopotów. Nie byłem w stanie wytrzymać rygoru poruszania się w ciasnych akwenach, wyznaczonych przez boje, skutkiem czego byłem stale wygwizdywany przez ratowników i policję wodną. Wyrobiłem sobie papiery na swobodne pływanie w postaci specjalnej karty pływackiej (tzw. żółty czepek), ale nadal byłem wygwizdywany, no bo przecież nie miałem wypisane na plecach, że posiadam specjalne uprawnienia. Należało po pierwsze nosić znak rozpoznawczy w postaci idiotycznego żółtego czepka, który zgubiłem przy pierwszym kontakcie z falą w Bałtyku, po wtóre – przed zamierzonym pływaniem pozabojowym – pójść do ratownika i okazać mu stosowne dokumenty. Stąd moja życiowa decyzja: pływam tylko w miejscach odludnych z dala od czujnych oczu ratowników i policji wodnej.
Najbardziej ekstremalny wyczyn stał się moim udziałem w nadmorskim jeziorze o nazwie bodaj Bukowiec niedaleko Darłowa. Postanowiliśmy otóż z kolegą odbyć malowniczy spacer wąskim paskiem lądu, oddzielającym to jezioro od otwartego morza. Po jakichś 5 kilometrach wędrówki w potwornym upale weszliśmy do jeziora, aby dopłynąć do miejsca startu, gdzie czekały na nas żony z już rozpalonym grillem. Niestety, jezioro miało kształt lekko łukowaty, co wyraźnie wydłużyło naszą drogę do żon i dzieci. Wróciliśmy po 4 godzinach.
Wtedy życie jasno dało mi odczuć różnicę między zawodowstwem a amatorstwem. Kolegą, o którym wyżej wspominam, był Andrzej zwany Płetwą (to z uwagi na imponujący rozmiar stopy), trener pływania, niegdyś znakomity pływak, mistrz Polski w różnych kategoriach wiekowych. Otóż podczas gdy ja młóciłem wodę w mojej najszybszej wersji kraula, on leżał sobie na plecach, poruszając tylko swoimi imponującymi stopami. W żaden sposób nie mogłem go wyprzedzić. Po dwóch godzinach miałem tego dość.
- Andrzej, płyń do dziewczyn i powiedz, że trochę się spóźnimy na tego grilla.
- Dasz sobie radę? – upewnił się mój przyjaciel.
- No jasne, płyń, po co mają się martwić.
Andrzej ruszył spokojnym kraulem, za chwilę już go nie było widać.
Kiedy dopłynąłem po dalszych dwóch godzinach, na brzegu panowała dziwna cisza. To był początek cichych dni pomiędzy nami pływakami, a naszymi nieocenionymi małżonkami. A grilla i tak rozpaliliśmy.
W lipcu często zbiera mi się na wspominki. Częściowo to efekt rozmiękczenia mózgu, spowodowanego upałami, częściowo być może zaawansowanego wieku. Podobno starcy żyją wyłącznie przeszłością.
Inna sprawa, że akurat w lipcu miały miejsce doniosłe wydarzenia, w tym moja zawodowa inicjacja, i to podwójna. 1 lipca 1974 r dostałem etat w Gazecie Olsztyńskiej, gdzie – jak widzicie – tkwię do dziś. Prawdziwa inicjacja była jednak dwa lata wcześniej, kiedy to jako nieopierzony studencina załapałem się na rodzaj letniej praktyki w Gazecie – nie ukrywam, że po znajomości. Oto felieton na ten temat z piątkowej Gazety Olsztyńskiej.
Żeglarski babiniec
Kierownik działu sportowego okazał się postawnym mężczyzną po czterdziestce. Spojrzał na mnie dość przychylnie, był wszak starym kumplem mojego ojca.
- Dziennikarz pracuje nogami, nie d… – uświadomił mnie od razu mój pierwszy szef. – Zasuwaj w teren.
- Ale co, ale gdzie, ale ja nie wiem – bąkałem bezradnie jak dziecko.
- No masz, to ja mam ci tematy wynajdywać? Dobra, jedź nad Krzywe, tam podobno jest obóz żeglarski. Zobacz, jak to wygląda.
Trzeba Państwu wiedzieć, że wtedy brzegi Krzywego nie wyglądały tak, jak teraz. Sporo jeszcze było dzikich miejsc, sporo obozowisk – tych zorganizowanych i tych zupełnie prywatnych. Łaziłem od namiotu do namiotu pytając, czy przypadkiem lokatorzy nie są uczestnikami obozu żeglarskiego. W końcu trafiłem; rany boskie – same baby. Ktoś wymyślił taki obóz szkoleniowy tylko dla dziewczyn. Obległy mnie z radosnym szczebiotem, opowiadając o swoich przeżyciach. Wszystko sumiennie notowałem, odpytałem też kadrę i z ciężkim notesem pojechałem do domu, gdzie do nocy skrobałem pracowicie pierwszy – pożal się Boże – reportaż mojego życia.
Kiedy nazajutrz szef otrzymał pokaźnych rozmiarów maszynopis, wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
- Co ty mi tu bracie przyniosłeś. Przecież miało być o obozie kadry żeglarskiej, a nie o babach – rechotał. – No dobra – dodał widząc moją nieszczęśliwą minę – coś z tego zrobimy.
Coś pokreślił, coś dopisał i nad wszystkim napisał wielkimi kulfonami: ŻEGLARSKI BABINIEC.
To był mój pierwszy materiał dziennikarski, opublikowany – nie uwierzycie – w lipcu 1972 roku. Jak więc widać, dziennikarzem zostałem dawno, dawno temu, w dodatku przez pomyłkę. Na dalszy ciąg wspomnień o moich pierwocinach zawodowych zapraszam na mój blog.
Kilka słów komentarza. Szefem działu sportowego był wówczas Ryszard Zalewski, partnerował mu Wojtek Zachalski – i to cały zespół. Gazeta przeznaczała wówczas na sport dwie szpalty w codziennym wydaniu, zaś w poniedziałek całą stronę. O dodatkach sportowych nikt wtedy nawet nie myślał, wszak cały naród żył wydarzeniami nierównie bardziej doniosłymi, jak na przykład kolejne plena (plenum to po prostu zebranie delegatów) jedynie słusznej partii (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, gdyby ktoś nie pamiętał).
Jako pacholę marzyłem o karierze dziennikarza sportowego, ale kiedy stawiłem się po raz pierwszy do pracy – już etatowej – skierowano mnie do działu miejskiego. Tam szefem był ś.p. Mietek Szczepański, który na odczepnego (wiadomo, z młodymi same kłopoty, więc trzeba ich czymś zająć) wymyślił mi zebranie informacji o patronach olsztyńskich ulic, oczywiście tych związanych z naszym regionem.
Zabrałem się za robotę niezwykle skrupulatnie, grzebałem w archiwach, encyklopediach, przewodnikach. Publikowałem te kawałki w rubryce „Znane i nieznane”, obficie dzieląc się z czytelnikami zdobyta wiedzą. Któregoś dnia wezwał mnie Romek Wachowiec, wówczas zastępca sekretarza redakcji, późniejszy wieloletni zastępca redaktora naczelnego.
- Adam, co ty tak ciągle o tych biskupach, kanonikach, księżach. To nie jest gazeta kościelna, a raczej – można powiedzieć – wprost przeciwnie.
Tak się bowiem składało, że co patron – to duchowny. Najśmieszniej było z Wacławem Osińskim; na jednym końcu ulicy jego imienia widniała tabliczka: KS. WACŁAWA OSIŃSKIEGO, a na drugim KSIĘCIA WACŁAWA OSIŃSKIEGO. Do dziś nie wiem, czy ten lapsus popełniono z głupoty, czy rozmyślnie, aby chociaż na jednym krańcu ulicy schować tego nieszczęsnego księdza. Tak czy siak po mojej publikacji tabliczkę wymieniono.
Pewnie jak przejdę na emeryturę (nie tak szybko, jeszcze się nie cieszcie) napiszę wspomnienia o ówczesnej Gazecie i jej ludziach. Czy kogoś to jeszcze dzisiaj interesuje?
Dziś dalszy ciąg wątku samochodowego z akcentem dydaktyczno-wychowawczym. Zacznijmy tradycyjnie od felietonu w piątkowej Gazecie Olsztyńskiej.
W lewo czy w prawo?
W czym jak w czym, ale w wychowaniu dzieci sukcesy odnoszę bezsporne. Ostatnio uzyskałem kolejny dowód karności i posłuszeństwa mojego najmłodszego syna, z zawodu studenta, mieszkającego w Łodzi. Otóż w jakimś dziwacznym geście dobroczynności przekazałem temuż studentowi samochód marki i wieku średniego, ale o wysokim współczynniku sprawności i wygody. Syn był zachwycony, atoli po mniej więcej miesiącu puściły mu hamulce. Samochodowi, nie synowi. Czas był sesyjny na uczelni, więc auto stało bezczynnie i – wydawało się – bezpiecznie na peryferiach łódzkiej metropolii, czekając na litościwe zainteresowanie nowego pana. Traf jednak chciał, że któregoś dnia włączył się alarm i wył przez cały dzień aż do kompletnego wyczerpania akumulatora. Nie było komu wyłączyć, bo syn przecież na zajęciach. Od tej pory auto przestało reagować na pilota, bowiem zamek centralny działa jak wiadomo na prąd, a prądu akurat w syna samochodzie zabrakło.
- Spróbuj otworzyć kluczykiem, przekręć najpierw lekko w lewo, potem spróbuj mocniej, tylko nie połam kluczyka – poradziłem przez telefon.
Syn spróbował – nic z tego nie wyszło. Powstawały kolejne warianty dostania się do zamarłego pojazdu: wezwać fachowca od zamków (250 złotych), wybić szybę i otworzyć od środka (od 100 do 400 złotych).
Nie wytrzymałem, pojechałem do Łodzi pomóc synowi w biedzie.
- Wybijemy szybę w tylnych drzwiach, tę trójkątną – zdecydowałem. – Przynieś młotek i coś do przyłożenia.
Przed egzekucją raz jeszcze spróbowałem kluczykiem – i co powiecie? Poszło jak po maśle, tyle że musiałem kręcić w prawą stronę. Mój posłuszny syn kręcił cały czas w lewą, tak jak mu doradziłem.
Spotkanie w Łodzi miało swój dalszy ciąg – bodaj jeszcze ciekawszy. Zapraszam na swój blog (adres poniżej).
Już po opublikowaniu niniejszego dopadły mnie wyrzuty sumienia – bo to wygląda, jakbym chciał własnego syna ośmieszyć. Nawet mi to do głowy nie przyszło, chciałem tylko pokazać śmieszność sytuacji, kiedy to czynność zdawałoby się niewykonalna okazuje się banalnie prosta.
A oto obiecany w felietonie ciąg dalszy. Po wyjaśnieniu sprawy zamkniętego samochodu zaczęliśmy pakować do mojego auta parę rzeczy ze skromnego dobytku mojego studenta, które miałem zabrać do Olsztyna. Przymierzyliśmy się m.in. do zapakowania roweru. Męczyliśmy się długo, wpychając go raz tak, raz siak do kabiny – za cholerę nie chciał wleźć. Mój syn palił w trakcie tych czynności papierosa, co ostatecznie wyprowadziło mnie z równowagi.
- Wyjmij tę fajkę z ust – rzuciłem wściekły, chociaż związek między paleniem a niemieszczeniem się roweru był raczej wątły.
- Wyjąłem, ale rower nadal nie wchodzi – odpowiedział ze stoickim spokojem syn.
Ryknęliśmy wszyscy śmiechem. Ostatecznie – po odkręceniu obydwu kół – rower jakoś zmieścił się do samochodu.
Historia ta jak w bajce ma dobre zakończenie. Samochód syna wylądował u mechaników; teraz czekamy na obu (tzn. na syna i jego samochód) w Olsztynie. Już się cieszymy na wspólne wakacje.
Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.












